— I na koniec, choć wcale nie najmniej ważna – laureatka tegorocznej nagrody za wybitne osiągnięcia naukowe, Sienna Vance!
Wkraczam na scenę i odbieram nagrodę oraz świadectwo ukończenia szkoły z rąk pana Andersona, naszego dyrektora.
Kiedy stoję obok niego, pozując do zdjęcia, omiatam wzrokiem tłum, szukając kasztanowej czupryny mojej matki, ale bezskutecznie. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego spodziewałam się czegoś innego.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy bardzo się ode mnie oddaliła; nigdy nie ma jej w domu, a kiedy już się pojawi, ledwo raczy zamienić ze mną słowo.
To dlatego, że poznała nowego faceta, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że umyka mi coś jeszcze.
Po wiwatach i oklaskach wszyscy rozchodzą się w tłumie, szukając przyjaciół i rodziny.
Piper, moja najlepsza przyjaciółka od przedszkola, pędzi w moją stronę z szerokim uśmiechem i szeroko rozpostartymi ramionami.
— W końcu nam się udało! — wrzeszczy mi prosto w twarz, po czym rzuca mi się w ramiona. Nie potrafię powstrzymać uśmiechu.
Przy moich stu siedemdziesięciu trzech centymetrach wzrostu, jej sto pięćdziesiąt pięć centymetrów to niemal miniatura. Fakt, że ja mam pełne, kobiece kształty, a ona jest szczupła i drobna, ani trochę nie łagodzi tej różnicy. Ale nie chciałybyśmy, żeby było inaczej.
Ponad jej ramieniem napotykam wzrok jej rodziców, państwa Harringtonów; oboje uśmiechają się szeroko i dumnie.
Od pierwszego dnia przyjęli mnie pod swój dach i traktowali jak przybraną córkę. To pani Harrington nauczyła mnie przyrządzać pyszne potrawy, piec niesamowite ciasteczka i ciasta, a nawet planować domowy budżet. Z kolei pan Harrington nauczył mnie zmieniać koło w samochodzie, wymieniać żarówkę, wieszać półki, a nawet wiązać krawat (tak na wszelki wypadek).
— Twoja mama pewnie utknęła w pracy — szepcze mi do ucha pani Harrington, kiedy tuli mnie do siebie. Doceniam tę próbę pocieszenia, ale obie dobrze wiemy, że to nie jest prawdziwy powód jej nieobecności.
Pakujemy się wszyscy do samochodu Harringtonów i ruszamy do lokalnej restauracji z owocami morza, słynącej z wyśmienitych dań i doskonałej obsługi — to prezent od państwa Harringtonów z okazji naszego wyjątkowego dnia.
Jesteśmy już na miejscu. Kiedy czekamy, aż podejdzie do nas hostess, omiatam wzrokiem wnętrze, chłonąc jego niezwykły wystrój i atmosferę, bo sama nigdy wcześniej tu nie byłam.
Moje spojrzenie krzyżuje się z parą niesamowitych, zielonych oczu, które wpatrują się prosto we mnie. Zapiera mi dech, a serce gubi rytm, gdy siła tego spojrzenia uderza we mnie niczym taran. Co to, u licha, miało być?
Gdy odzyskuję rezon, zaczynam dostrzegać inne szczegóły: mocno zarysowaną linię szczęki, która mogłaby ciąć diamenty, nieskazitelną, złocistą cerę, ciemnobrązowe, niemal czarne kręcone włosy, krótko przycięte po bokach i nieco dłuższe na czubku głowy (idealne, by wsunąć w nie palce i mocno chwycić), wysoką, umięśnioną sylwetkę przywodzącą na myśl pływaka oraz grzeszne usta, których kącik unosił się właśnie w seksownym uśmieszku, od którego miękły kolana. O rany!
Piper szarpie mnie za ramię, żebym poszła za nimi do stolika. Zerkam za siebie po raz ostatni, ale on zdążył już zniknąć. Może to i lepiej; nie mogę sobie teraz pozwolić na żadne rozpraszacze.
Podchodzi nasza kelnerka, przedstawia się jako Meghan, przyjmuje zamówienie na napoje i szybko się oddala, zostawiając nam kilka minut na przestudiowanie menu.
Słyszę, jak Piper i jej rodzice dyskutują o pozycjach w karcie, ale nie skupiam się na tym, co dzieje się wokół. Myślami krążę wokół nieobecności mojej matki, jestem rozczarowana sobą, że w ogóle liczyłam na coś innego, i wciąż mam przed oczami tę parę zielonych oczu.
Przede mną ląduje Shirley Temple, a kiedy mam już podziękować Meghan, słowa więzną mi w gardle, bo uświadamiam sobie, że obok mnie stoi nie kto inny, jak pan Zielonooki z uwodzicielskim uśmiechem na twarzy.
— Cześć, mam na imię Gavin i przejmę stolik po Meghan. Musiała pilnie wyjść z powodu nagłej sytuacji rodzinnej. Mam nadzieję, że państwu to nie przeszkadza? — zwraca się do całego stolika, ale pod koniec zdania jego wzrok zatrzymuje się na mnie. Jestem tak zmieszana, że czuję, jak rumieniec wypływa mi na szyję, więc spuszczam głowę, żeby tego nie zauważył. Co ze mną jest nie tak? Nigdy nie denerwuję się tak przy facetach!
Państwo Harrington zamawiają rybę dnia, Piper decyduje się na paellę, a ja waham się między zupą z owoców morza a kremowym linguine z krewetkami. Gavin podchodzi bliżej, pochyla się odrobinę i pyta: — A na co ty masz ochotę, ślicznotko?
Spoglądam na niego, *znów* się rumieniąc, ale udaje mi się wydusić z siebie słowa, choć mój głos brzmi nieco chrapliwie. Czyżbym miała suchość w gardle? — Co byś polecił? Zupę z owoców morza czy linguine z krewetkami?
Patrzy na mnie z góry, zniża głos tak, bym tylko ja go słyszała, i mówi: — To, na co ja mam ochotę, nie jest ujęte w menu. — Po czym puszcza do mnie oko, a mnie całkowicie odbiera mowę. Czy w kuchni wybuchł pożar? Dlaczego nagle zrobiło się tu tak gorąco? Czy ktoś powinien wezwać straż pożarną?
Chrząkam i biorę łyk napoju, żeby zyskać kilka sekund na uporządkowanie myśli, i dopiero wtedy spoglądam na niego spod rzęs. — Poproszę zupę.
Zapisuje moje zamówienie, salutuje nam gestem uchylenia niewidzialnego kapelusza, po czym niespiesznie oddala się w stronę kuchni.
Gdy kilka sekund później podnoszę głowę, napotykam wzrok Piper, która przygląda mi się z kpiącym uśmieszkiem i złośliwym błyskiem w oku. Znam to spojrzenie, nie wróży mi ono nic dobrego. Ech!
Czekając na jedzenie, przepraszam zebranych i wymykam się na chwilę do toalety. Wchodzę do środka, korzystam z najbliższej kabiny, a potem podchodzę do umywalki, żeby umyć ręce i ochlapać zimną wodą szyję oraz nadgarstki. Muszę odzyskać panowanie nad sobą. Muszę się ogarnąć.
Kiedy już udaje mi się uspokoić, wychodzę z toalety. Gdy skręcam za róg w korytarz prowadzący do sali restauracyjnej, wpadam na ścianę, której nie było tu jeszcze dziesięć minut temu. Silne dłonie chwytają mnie za ramiona, żeby pomóc mi złapać równowagę, a moje zmysły atakuje oszałamiający zapach cynamonu i wanilii.
— Ostrożnie, ślicznotko.
— Tak strasznie przepraszam, najwyraźniej nie patrzyłam, dokąd idę. — Gdzieś pomiędzy momentem, w którym mnie złapał, a naszą wymianą zdań, moje dłonie powędrowały w stronę jego torsu i oparły się o jego brzuch. Pod palcami wyczuwam jego napięte mięśnie i czuję instynktowną potrzebę przesunięcia dłoni w górę, przez brzuch, ramiona, aż po same włosy. Zła Sienna!
Gavin przez chwilę wpatruje się w moje oczy, po czym pochyla głowę jeszcze niżej i szepcze tuż przy moim uchu: — Nie usłyszysz ode mnie ani jednego słowa skargi. Możesz na mnie wpadać, kiedy tylko zechcesz.
Czuję jego oddech na skórze tuż pod uchem i wzdycham w duchu. Gdybym przechyliła głowę choć odrobinę w bok, miałby idealną pozycję, by przesunąć nosem wzdłuż mojej szyi, liznąć mnie tuż za uchem i delikatnie przygryźć płatek ucha.
Zamiast tego moje palce zaciskają się nieco mocniej na jego ciele, po czym robię krok w tył, by stworzyć tak bardzo potrzebny dystans między nami.
— Dzięki, że mnie złapałeś, ale muszę już wracać do stolika. — Omijam go, a gdy obok niego przechodzę, hiszpańskie palce muskają wierzch mojej dłoni. W ułamku sekundy dreszcz przebiega przez moją rękę prosto do serca, sprawiając, że gwałtownie wciągam powietrze. Kiedy jestem już trzy kroki dalej, spoglądam przez ramię i widzę, że stoi jak wryty, z lekko rozszerzonymi z niedowierzania oczami. Chyba ten dotyk zaskoczył go równie mocno jak mnie. Oby!
Reszta posiłku mija bez zakłóceń, jeśli nie liczyć momentów, gdy Gavin podchodzi do naszego stolika, by coś przynieść lub zabrać brudne naczynia. Za każdym razem się rumienię, a on za każdym razem znajduje powód, by ukradkiem mnie dotknąć.
Nasze palce stykają się, gdy podaję mu swój pusty talerz, a przechodząc za moim krzesłem, delikatnie gładzi mnie po łopatkach. Za każdym razem działa to na mnie tak samo elektryzująco, jak za pierwszym razem.
Kiedy pan Harrington płaci rachunek, wstajemy, żeby założyć kurtki. Gavin natychmiast się pojawia, by podać mi dłoń, gdy podnoszę się z miejsca.
Przyjmuję jego dłoń, a kiedy moje palce delikatnie splatają się z jego, czuję, że wsuwa mi w dłoń mały skrawek papieru. Uśmiecha się do mnie z lekka zmieszany, po czym puszcza moją rękę i odwraca się do Piper i pani Harrington, by im również pomóc wstać.
Wychodzimy na zewnątrz, a Piper w ułamku sekundy dopada do mnie, ściska mnie za ramię i uśmiecha się jak wariatka. Nie umknęła jej ta wymiana gestów między mną a Gavinem. W domu czeka mnie porządne przesłuchanie. No i pięknie!