Camden uścisnął moją dłoń, podszedł do drzwi i przywołał pielęgniarkę. Uśmiechnął się do mnie jeszcze raz, zanim zamknął za sobą drzwi.
— Czy mogłaby mi pani pomóc się ubrać? — zapytałam. Pielęgniarka skinęła głową z życzliwym uśmiechem i wzięła ubranie medyczne złożone na stoliku bocznym, kładąc je obok mnie na łóżku.
— Dobrze, kochana. Najpierw zdejmiemy z ciebie to wszystko. — Jej głos był spokojny i przyjemny, gdy zaczęła odłączać przewody, odklejać warstwy plastra i ostrożnie wyjmować kroplówkę.
Gdy już posadziła mnie pionowo, pomogła mi ostrożnie zdjąć szpitalną koszulę przez złamaną rękę; jej dłonie były pewne i wyćwiczone. Właśnie gdy uwalniałyśmy rękaw, z korytarza dobiegły podniesione głosy. Krzyki trwały jeszcze przez kilka chwil, pełne emocji, choć przytłumione, po czym zapadła niepokojąca cisza. Pielęgniarka posłała mi uspokajające spojrzenie, ale napięcie wciąż się utrzymywało.
— Minie jeszcze trochę czasu, zanim będziesz gotowa do wyjścia — powiedziała, kładąc mnie z powrotem do łóżka. — Trzeba przejrzeć sporo dokumentów i umówić wizyty kontrolne.
— Brzmi nieźle. Dziękuję — odparłam, patrząc, jak uprząta zużyte materiały i rurki. Wychodząc, podniosła małą torbę z moimi rzeczami i położyła ją w nogach łóżka, tak bym mogła ją widzieć.
Gdy drzwi się za nią zamknęły, Camden odsunął się od framugi, o którą się opierał. Wszedł do pokoju, zamykając drzwi za sobą. Omiótł mnie wzrokiem, sprawdzając, czy jest mi wygodnie, po czym przysunął krzesło dla gości do wezgłowia łóżka i opadł na nie z westchnieniem. Znów sięgnął po moją dłoń i ciepło ją uścisnął.
— Gdybyś nie słyszała, przekonałem tatę, żebym to ja zabrał cię do domu. Chciał cię zabrać na konferencję prasową, którą ma za godzinę, ale twój lekarz powiedział mu, że nie zostaniesz wypisana na czas. — Camden przeczesał ręką włosy, kręcąc głową z wyraźną irytacją. — Całkiem się wściekł, gdy nie postawił na swoim, ale pojechał się przygotować.
— Czekaj... czekaj — powiedziałam powoli, mrugając do niego. — Zajmuje mu całą godzinę przygotowanie się do stania przed stadem mikrofonów?
Wyrwał mi się cichy śmiech; zerknęłam na Camdena, niepewna, czy wypada żartować z jego ojca. Ale jego uśmiech powiedział mi, że nie przekroczyłam żadnej granicy.
— Tak — odparł z chichotem. — Bądź przygotowana. Jutro będzie chciał wyciągnąć cię na scenę i opowiadać wszystkim, jak wspaniałą masz opiekę po tym „strasznym wypadku”. — Wywrócił oczami przy ostatnim słowie, ale moja twarz stężała.
— Co. To. Ma. Być — wydyszałam, a mój głos drżał. — W jakim sensie wypadku? Czy ja przypadkiem weszłam na pięść mojego ojca? Czy on przypadkiem złamał mi rękę albo kopnął w żebra? Nie, on dokładnie wiedział, co robi. — Mój głos się podniósł, był ostry i pełen wściekłości, aż łzy znów wezbrały mi w oczach.
Camden nie wahał się ani chwili. Wdrapał się na łóżko obok mnie i objął mnie ramieniem, szepcząc kojące słowa, gdy szlochałam.
— Dlaczego on to robi? — wykrztusiłam. — Dopiero dzisiaj go poznałam, a jutro mamy udawać jedną wielką szczęśliwą rodzinę?
Camden gładził moje plecy powolnymi, miarowymi ruchami, podczas gdy ja pociągałam nosem w materiał jego bluzy.
— Nic nie wiem o waszej rodzinie — kontynuowałam, czując narastającą w piersi panikę. — Matkę poznałam wczoraj pierwszy raz w życiu. Jasno dała mi do zrozumienia, że nie chce mnie w waszym domu. Mój ojczym chce mnie tylko po to, żeby ludzie mu współczuli i na niego głosowali. Nie wiem nic o moich pozostałych trzech przyrodnich braciach, poza tym, że jeden to twój bliźniak, a inni są za granicą.
Słowa płynęły ze mnie coraz szybciej, oddech stał się płytki. Camden przestał gładzić moje plecy i mocno, choć delikatnie, uścisnął moją dłoń.
— Okej, Cassie. Oddychaj. Głębokie wdechy. Jesteś bezpieczna, mam cię. — Jego głos był niski i opanowany. Gdy nie reagowałam, zagroził, że zawoła pielęgniarkę i lekarza. To wystarczyło, bym wciągnęła drżący haust powietrza. Powoli wirujący świat zaczął się stabilizować. Camden puścił moją dłoń, ale poklepał ją jeszcze raz uspokajająco, po czym zsunął się z łóżka z powrotem na krzesło. Wypuścił głośno powietrze.
— Dobrze. Wszystko po kolei, słoneczko — powiedział z łobuzerskim uśmiechem.
— Nie jestem żadne słoneczko, tylko zrzęda — mruknęłam.
— No, jesteś — droczył się, a jego uśmiech zmienił się w szeroki szczerz.
Camden zaczął się śmiać, podczas gdy ja gromiłam go wzrokiem; zajęło mu kilka minut, zanim się uspokoił.
— Dobra — powiedział już poważniej. — Zacznijmy od tego, w czym mogę pomóc. Pytaj o co chcesz.
Szczelniej owinęłam ramiona kocem. — Opowiedz mi więcej o swoich braciach.
— Jasne. Griffin jest najstarszy – ma dwadzieścia sześć lat i jest medykiem w armii. Beckett ma dwadzieścia cztery i jest snajperem w siłach specjalnych. Colton i ja mamy po dziewiętnaście lat i jesienią zaczynamy pierwszy rok na Uniwersytecie Stonehaven. — Przerwał, po czym dodał: — Wszyscy jesteśmy ze sobą zżyci. Rozmawiamy lub piszemy maile co tydzień, bez względu na wszystko. A Colton i ja wyjeżdżamy na studia dopiero we wrześniu, więc całe lato będziemy w domu.
— To dobrze — powiedziałam. — Cieszę się, że będę miała wokół siebie jakieś przyjazne twarze.
Camden uśmiechnął się i przez następne dwadzieścia minut opowiadał mi historie o ich dorastaniu we czwórkę – o kawałach, które sobie robili, idiotycznych kłótniach o płatki śniadaniowe, letnich wycieczkach samochodem, podczas których ktoś zawsze dostawał choroby lokomocyjnej. Przez cały ten czas zauważyłam jedno – o Barretcie, ich ojcu, prawie w ogóle nie wspominał. Zawsze chodziło o ich matkę. A po jej śmierci pałeczkę przejmowały różne nianie.
To miało sens – ta dziwna mieszanka opiekuńczości i swobody w oczach Camdena. Wychowywali się nawzajem od bardzo dawna.
W końcu wróciła pielęgniarka z plikiem dokumentów wypisowych i lekami przeciwbólowymi. Przejrzała wszystko uważnie, przypominając Camdenowi, by dopilnował, żebym dużo odpoczywała. Gdy była już usatysfakcjonowana, usadowiła mnie na wózku inwalidzkim i przewiozła korytarzem, podczas gdy Camden poszedł po samochód.
Dotarliśmy do głównego wejścia dokładnie w momencie, gdy lśniący czarny SUV wjechał do strefy podjazdu. Camden wyskoczył z auta i bez wysiłku uniósł mnie z wózka, sadowiąc na fotelu pasażera.
— Wow. Ładny samochód — powiedziałam, przyglądając się wypolerowanemu wnętrzu pełnemu fantazyjnych ekranów i świecących przycisków.
— To SUV — poprawił mnie z uśmiechem — nie samochód.
— Mądrala — mruknęłam, mocując się z pasem. Ręka mnie bolała, a pas był zaplątany.
— Czekaj, ja to zrobię. — Camden zawahał się, szukając w moich oczach pozwolenia. Skinęłam mu lekko głową, a on pochylił się, uważając, by nie urazić moich ran. Przeciągnął pas naramienny, ostrożnie omijając moją rękę, i zatrzasnął go w klamrze.
Przy okazji jego palce musnęły moje udo – lekkie jak piórko dotknięcie, które sprawiło, że uderzyła we mnie fala gorąca. Zamarłam. Rodzina, przypomniałam sobie gorączkowo. To twój przyrodni brat. Nie powinnaś czuć podniecenia.
















