7 minut grzechu

7 minut grzechu

Autor: Aeliana Thorne

Rozdział 1 1
Autor: Aeliana Thorne
23 cze 2026
NORA — Czy mam pani pełną uwagę, panno Mercer? Przełykam ślinę i ponownie skupiam wzrok na moim szefie. Wiktor Wołkow patrzy na mnie wilkiem — nie dlatego, że zrobiłam coś źle, ale po prostu tak na mnie zawsze patrzy. Właściwie to on tak zawsze patrzy na *wszystkich*. Jestem niemal pewna, że to ten nieszczęsny przypadek, o którym matki zawsze opowiadają dzieciom: kiedyś zrobił kwaśną minę i tak mu już zostało. Mówiąc szczerze, tym razem ma ku temu powód. Przyłapał mnie bowiem w samym środku dość szokująco brutalnej fantazji o zszyciu jego pięknych ust zszywaczem stojącym na biurku, a następnie wyrzuceniu go przez wspaniałe okno jego gabinetu na trzydziestym piętrze. Zasłużyłby na to. I mógłby winić tylko siebie. Bo jestem wykończona — pisanymi wielkimi literami — spełnianiem dzisiaj każdej jego zachcianki. Zjawiłam się w biurze o samym bladym świcie. Przez cały dzień nie miałam dla siebie więcej niż dziesięć sekund z rzędu. I dopiero teraz, gdy zegar zbliża się do dziewiątej wieczorem, widzę jakikolwiek cień końca tego dnia pracy z piekła rodem. Gdyby nie kroplówka z poczwórnego espresso, byłabym już tylko pyłem na wietrze. Ale nawet mimo mojego uzależnienia od kofeiny, czuję się skołowana wewnętrznie i zewnętrznie. W myślach przeklinam dawną siebie za to, że byłam na tyle głupia, by kupić te szpilki o pół rozmiaru za małe tylko dlatego, że były na wyprzedaży. Podbicia moich stóp są gotowe dopuścić się zbrodni wojennych, byle tylko odzyskać wolność. Wiktor natomiast wygląda tak nieskazitelnie jak zawsze. To wręcz obraźliwe, jak dobrze się prezentuje, mimo że pracował jak maszyna przez dokładnie tyle samo czasu co ja. Jego garnitur jest nienaganny, podobnie jak ciemny, wieczorny zarost, a intensywność w jego palących, bursztynowych oczach nie przygasła ani o milimetr. — Panno Mercer. Zadałem pani pytanie. — Uh, tak — jąkam się. — Tak, ma pan moją uwagę. — Zerkam na swój notatnik. — Zwolnienie z procesowania musi trafić do Colina Banksa z działu prawnego jutro z samego rana. Zamówiono nowe krzesła do sali konferencyjnej na siedemnastym piętrze, sprawdzę daty dostawy. Przesuwam pana spotkanie z czternastej na jedenastą trzydzieści, jedenastą trzydzieści na siódmą piętnaście, siódmą piętnaście na przyszły czwartek, a tym z przyszłego czwartku każę — cytuję — „żreć gówno i zdechnąć”. Czy coś pominęłam? Wiktor unosi jedną niesprawiedliwie piękną brew. Serio — gdybym mogła przeszczepić te cudeńka na własną twarz, pewnie bym to zrobiła. Są ciemne, wyraziste i przekazują połowę jego gróźb bez ani jednego słowa. — Wyczuwam pewien ton. Utrzymuję twarz w idealnie neutralnym wyrazie. — Nie, proszę pana. Żadnego tonu. Wyraźnie prosił pan o „brak złośliwości” po debaklu z sałatką na lunch w zeszłym miesiącu. Nie zapomniałabym o tym. — Hm. Podobnie jak jego brew, ta jedna jedyna sylaba — niebędąca nawet słowem — wypowiedziana przez niesławnego pana Wołkowa, dyrektora generalnego Vanguard Industries, wystarczy, by dorośli mężczyźni zalewali się łzami. Widziałam to na własne oczy. Dosłownie. Kiedy dopiero zaczynałam tutaj pracę, jeden z dostawców mikroprocesorów, których Vanguard używa w naszym flagowym systemie bezpieczeństwa domu, przyszedł na spotkanie i próbował negocjować wyższe ceny. Po zakończeniu twardej prezentacji tego idioty, Wiktor po prostu uniósł brew i powiedział: „Hm”. Mężczyzna zaczął się tak trząść, że musieli go wywieźć z sali konferencyjnej na krześle obrotowym, jakby to były nosze w karetce. I nie on jeden. Bóg mi świadkiem, że Wiktor nie raz doprowadził mnie na skraj płaczu i jeszcze dalej w ciągu osiemnastu miesięcy, odkąd dla niego pracuję. Wszyscy mnie ostrzegali, zanim przyjęłam tę posadę, że nie będzie łatwo. Jego trzy ostatnie osobiste asystentki wytrzymały odpowiednio sześć, cztery i pół miesiąca, zanim uciekły gdzie pieprz rośnie. Krąży plotka, że jedna z nich wciąż przebywa na terapii stacjonarnej gdzieś w Vermont. Dość powiedzieć, że wszyscy mieli rację. Życie pod lupą Wiktora Wołkowa nie należy do łatwych. Zaczyna się wcześnie i kończy późno. Jest surowe. Dynamiczne. On nie mówi „proszę” i nie zna znaczenia słowa „dziękuję”. Ale trzymam się tutaj z jednego i tylko jednego powodu: muszę. Właściwie to nie jest cała prawda. Zostałam tu z trzech powodów. A nazywają się one Jace Hayes, Chloe Hayes i Riley Hayes. Zerkam w dół na ekran blokady telefonu leżącego na moich kolanach. Patrzą na mnie trzy uśmiechnięte buzie. Pięcioletnia Riley Hayes właśnie straciła przedni ząb i ta mała gapcia wystawia język przez szparę. Chloe Hayes ma dopiero sześć lat, ale już ćwiczy „uśmiechanie się oczami” i pozy do selfie z przyciągniętym podbródkiem. Złamie serca tylu chłopcom, gdy tylko pozwolę jej założyć konto na Instagramie. Jace Hayes, mając osiem lat, jest najstarszy — ale patrząc na niego, można by pomyśleć, że jest o dekadę starszy, niż w rzeczywistości. Ma coś takiego w oczach. Jakiś cień. Chłód. Kamienne poczucie odpowiedzialności, które nie pasuje do chłopca zbyt młodego, by urosły mu włosy pod pachami. Strata mamy robi coś takiego z człowiekiem. Wiem o tym — poniekąd — bo strata siostry z pewnością zrobiła to ze mną. Szybko liczę w pamięci. Dziś jest dziewiąty marca, a Tessa Hayes zmarła we wrześniu trzy lata temu. A więc minęły trzy lata, sześć miesięcy i cztery dni, odkąd ostatni raz ją przytuliłam lub słyszałam jej śmiech. Trzy lata, sześć miesięcy i cztery dni, odkąd w mgnieniu oka z cioci stałam się mamą. Trzy lata, sześć miesięcy i cztery dni, odkąd moje życie zmieniło się na zawsze. Wiktor wstaje i poprawia mankiety. Przychodzi mu to bez wysiłku, jak wszystko inne, co robi. Można by mu wybaczyć myślenie, że jest modelem z okładki *GQ*. Strzela kłykciami, potem karkiem, cały czas mnie obserwując. Siedzę na krześle i skupiam się na oddechu. Osiemnaście miesięcy to wystarczająco długo, bym sądziła, że moje zauroczenie już dawno minęło. Myliłam się jednak. Jeśli już, to on jest jeszcze piękniejszy niż w dniu, w którym po raz pierwszy tu weszłam. Wciąż pamiętam, jak to wyglądało. Skręciłam za róg i stanęłam jak wryta, gapiąc się na niego jak wariatka z cieknącą śliną. *Ten* człowiek zarządzał największym przedsiębiorstwem systemów bezpieczeństwa na świecie? Czy na pewno nie był dublerem z Hollywood? Ze swojej strony Wiktor rzucił mi jedno spojrzenie, po czym zapytał: „Czy zamierza pani ułatwić mi życie, czy je utrudnić, panno Mercer? Jeśli to drugie, to niech pani nawet nie zawraca sobie głowy odkładaniem rzeczy; niech pani zawróci, póki jeszcze może”. To w zasadzie nadało ton naszej relacji zawodowej. — Wychodzę — ogłasza Wiktor, wracając do teraźniejszości. — Proszę dopilnować, aby teczki na poranne spotkanie kierowników działów były przygotowane. — Obchodzi biurko i idzie w moją stronę. Serce mi przyspiesza, gdy podchodzi na tyle blisko, że czuję jego wodę kolońską. Dzisiejsza jest drzewna. Przydymiona. Rześka. — Tak jest, proszę pana — chrypię cicho. — Aha — dodaje — potrzebuję też mojego smokingu w penthousie na czterdziestym ósmym. Dzisiaj wieczorem. — Dzisiaj wieczorem? — wzdragam się. — Ale ja muszę... Już go nie ma. Wypadł za drzwi, nie racząc się obejrzeć. Jedyne, co po sobie zostawił, to snująca się smuga zapachu jego perfum.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 1 1 – 7 minut grzechu | Czytaj powieści online na beletrystyka