7 minut grzechu

7 minut grzechu

Autor: Aeliana Thorne

Rozdział 3 3
Autor: Aeliana Thorne
24 cze 2026
— Ciociu Nor! Ciociu Nor, obudź się. Budzę się gwałtownie. Słońce wpada przez żaluzje, a ja nie mam bladego pojęcia, na jakiej planecie się znajduję. Czuję ostry ból w policzku. Dopiero po dłuższej chwili orientuję się, że to przez sznurowadło przyklejone do skóry. Odklejam je z sykiem i spoglądam w górę na Jace'a Hayesa stojącego nade mną. — Ciociu Nor, jest siódma czterdzieści pięć. Spóźnimy się do szkoły. — Cholera! Zrywam się na równe nogi — i natychmiast padam z powrotem na tyłek, bo nogi mam całkowicie zdrętwiałe od spania w tak dziwnej embrionalnej pozycji, zwinięta u stóp biurka Jace'a niczym zdechły karaluch. Następne piętnaście minut to jedna wielka seryjna migawka. Budzę dziewczynki i ubieram je w najbardziej niedobrane stroje w historii gównianego rodzicielstwa. Wrzucam losowe jedzenie do ich pudełek śniadaniowych, nie zważając na żadne wartości odżywcze. A potem wszyscy pędzimy do wyjścia. Derek Hayes, co nie wymaga dodawania, nie kiwnął nawet palcem, żeby pomóc. Od recepcjonistki w szkole dzieci dostaję „złe spojrzenie”, gdy podrzucam je w połowie pierwszej lekcji, ale może sobie wsadzić te swoje oceny głęboko w tyłek. Po prostu daję każdemu z nich buziaka w czoło, a potem obracam się na pięcie, by gnać do Vanguard. Od recepcjonistki w lobby tam również dostaję „złe spojrzenie”, ale nie do końca rozumiem dlaczego, dopóki nie wsiadam do windy na trzydzieste piętro i nie dostrzegam swojego odbicia w wypolerowanym brązie. Wyglądam jak absolutne nieszczęście. Moje włosy to gniazdo szczurów, a bluzkę mam założoną tył na przód. Modne wycięcie na jedno ramię zamiast gustownego kawałka nagiego ramienia odsłania mój postrzępiony ramiączek od stanika. Mokre bezdomne psy są bardziej ogarnięte niż ja. Jest już jednak o wiele za późno, by wracać. Już wyobrażam sobie brew Wiktora. Prawdopodobnie jest już w połowie jego skalpu. Jego głos będzie absolutnie lodowaty, gdy usłyszy, jak wtaczam się do środka. Coś w stylu: — Chyba sobie pani, kurwa, żartuje. Chwila. To nie była moja wyobraźnia. To naprawdę był jego głos. Otwieram oczy i odwracam się, by uświadomić sobie, że drzwi windy się otworzyły — a kto tam stoi, jeśli nie mój ukochany, dobrotliwy szef? Oczywiście jego brew jest już na pozycji, a ta okrutnie ostra szczęka zaciśnięta tak mocno, że zastanawiam się, czy ma pod ręką dobrego dentystę. Otwieram usta, by się bronić, ale co tu właściwie można powiedzieć? — Przepraszam — wyrzucam z siebie. — Zasnęłam po... To była długa noc i... Przepraszam. Tak strasznie pana przepraszam. On nawet nie mrugnie. — Oczekuję, że do pracy będzie się pani ubierać stosownie, panno Mercer — warczy. — A nie urządzać sobie spacer wstydu przez mój budynek. Marszczę brwi. — Spacer...? Chwileczkę. Nie, to nie tak. Ja nie... — Ma pani na sobie wczorajszą spódnicę i obnosi się z bielizną, jakby sądziła, że zdoła się pani wywieść uwodzeniem z bycia... — sprawdza zegarek — ...spóźnioną o dwie i pół godziny. Nie wiem, czy uważa mnie pani za głupca, czy za naiwniaka. Nie jestem też pewien, która z tych dwóch opcji obraziłaby mnie bardziej. Jedno słowo przykuwa moją uwagę. — Uwodzeniem? — powtarzam głupio. Znikąd przez moją głowę przelatują myśli o tym, jak mogłoby wyglądać uwodzenie Wiktora Wołkowa. Owijam jego krawat wokół pięści i przyciągam ten kpiący grymas do moich ust, by go skosztować. Leżę na jego biurku, spódnica ołówkowa podciągnięta nad biodra, podczas gdy on przesuwa moje majtki na bok i pożera mnie niczym swój ostatni posiłek. Na kolanach na wykładzinie w jego gabinecie, gdy on stoi nade mną i... — Panno Mercer, nie interesują mnie pani wyjaśnienia. Proszę iść do pracy. Zanim znajdę kogoś innego, kto zrobi to za panią. Z tymi słowami mija mnie i wsiada do windy. Patrzę na niego otępiale, gdy drzwi zamykają mu się przed twarzą. Ostatnią rzeczą, jaką widzę, jest aroganckie wygięcie jego ust. Potem i to znika. Moje policzki płoną czerwienią przez resztę dnia. Na szczęście mam w biurku zapasowy kardigan, więc udaje mi się zakryć najgorsze skutki mojej modowej katastrofy. Ale mój telefon przez cały dzień pika wiadomościami od Wiktora. Zrób to. Wyślij tamto. Sfaksuj to. Wyślij e-mail tam. Jest nieznośny jak zawsze. Wszystko, od daty ważności jego śmietanki do kawy po status krzeseł w sali konferencyjnej, na punkcie których ma obsesję, zasługuje na kolejny zjadliwy komentarz. A po wczorajszym koszmarze jadę już na oparach. Jedynym ratunkiem jest to, że wieczorem ma galę, więc planowo opuszcza biuro punktualnie o piątej po południu. Odliczam ostatnie dziesięć sekund do piątej, jakbym była imprezowiczką na Times Square w sylwestra. — Siedem... Sześć... Pięć... Cztery... Trzy... Dwa... Jeden... Ping. Kolejny SMS. Jęczę i spoglądam w dół — na ekranie pojawia się imię diabła. WIKTOR: Do gabinetu. Natychmiast. Niech to szlag. Byłam tak blisko. Z westchnieniem wstaję i wślizguję się do środka. — Zamknij drzwi — rozkazuje. Jest tu ciemno. Zasłony są szczelnie zaciągnięte, a temperatura iście arktyczna. On jest bryłą cieni za biurkiem, potężny i pachnący. Jedyne, co widzę, to ostre światło jego bursztynowych oczu. — Siadaj. — Cienista dłoń wskazuje krzesło naprzeciwko biurka. Siadam na samym brzeżu wspomnianego fotela. Moje nerwy są napięte i postrzępione. Jestem tak strasznie zmęczona. Ale nie mogę mu tego pokazać. Co więcej, odmawiam pokazania mu tego. Nie dam temu pyszałkowatemu draniowi satysfakcji z myślenia, że mnie złamał. — Pytałem panią wczoraj, czy mam pani pełną uwagę — zaczyna. — Nie jestem pewien, czy tak jest. Pozwoli więc pani, że powiem to: jeśli pani priorytety leżą gdziekolwiek indziej niż w tej firmie, to znajdę nową asystentkę. Nie jestem miłym człowiekiem, panno Mercer. Proszę mi więc wierzyć, gdy mówię, że to nie jest miejsce, w którym dostaje się trzy szanse, zanim stanie się coś złego. Jeden błąd — i wylatuje pani. Czy wyrażam się jasno? — Przełykam ślinę. — Tak jest, proszę pana. Kiwa głową. — Dobrze. Jutro proszę być na czas. Niech pani ubierze się tak, jakby zamierzała pani zachować pracę. A teraz, jeśli pani wybaczy... tam są drzwi. Spogląda na swój telefon i puf, to tak, jakbym przestała istnieć. Ale ja. Jestem. Wściekła. On nie wie, przez co przechodzę. Nie wie, że Derek Hayes chrapie i pierdzi w moim salonie, ani że trójka dzieci czeka, aż odbiorę je ze świetlicy. Nie wie, że pochowałam siostrę, ani że ledwo utrzymuję głowę nad powierzchnią wody. Nic nie wie. — Nie. — Wyrzucam to z siebie, zanim zdążę pomyśleć. — Nie. Nie. Nie jestem jakimś małym robakiem pod pana butem, panie Wołkow. Jestem — to znaczy, pieprz się, jestem człowiekiem! Mam życie, hobby i ludzi, którzy ode mnie zależą. Jestem prawdziwa! Byłabym więc bardzo wdzięczna, gdyby wyciągnął pan swoją pyszałkowatą głowę ze swojej pyszałkowatej dupy i potraktował mnie w końcu z cholernym szacunkiem. Wiktor mruga. Mruga. Mruga. — Czy coś jeszcze, panno Mercer? Wtedy uświadamiam sobie, że cała ta moja tyradka odbyła się wyłącznie w mojej głowie. Nie była prawdziwa. Wszystko to wyobraźnia. Po prostu miły mały przystanek w krainie fantazji, gdzie wygarniam mu wszystko, co myślę. Przełykam niesmak w gardle i wstaję. — Nie, proszę pana — mówię cicho. — Zupełnie nic.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 3 3 – 7 minut grzechu | Czytaj powieści online na beletrystyka