Godzinę później jestem jak żywy trup. Każde zakończenie nerwowe w moich stopach płonie żywym ogniem. Przetransportowałam tyłek przez całe miasto do krawca Wiktora, odebrałam smoking i pognałam z powrotem do Midtown, do jego penthouse'u.
Kiedy winda wypuszcza mnie bezpośrednio do jego foyer, wydaję z siebie westchnienie ulgi. Ostatnie zadanie w ten wtorek zaprojektowany osobiście przez szatana.
Nie żeby jutro miało być inaczej.
Moje buty stukają o marmurową podłogę, gdy wchodzę do salonu. Z trzech stron są tu okna od podłogi do sufitu, więc widzę całe miasto otaczające mnie dookoła, wysadzane klejnotami świateł i lśniące w nocy. Meble i wykończenia są równie wspaniałe jak mężczyzna, który jest właścicielem tego miejsca — i równie brutalne. Wszystko to czarny mat i ostre krawędzie. W kątach stoją groteskowe, nowoczesne, powykręcane rzeźby. Na ścianach wiszą groteskowe, nowoczesne, powykręcane obrazy.
Kiedyś sprawdziłam cenę, jaką zapłacił za to miejsce, i prawie zwymiotowałam. Było tam o kilka zer za dużo jak na mój poziom komfortu. Najbardziej obrzydliwe w tym wszystkim jest to, że bywa tutaj najwyżej raz w miesiącu, zazwyczaj z jedną ze swoich licznych partnerek — aktorek, influencerek czy modelek — u boku. To właściwie najdroższa meta do pieprzenia się na świecie.
Przerzucam garnitur przez oparcie jego czarnej zamszowej kanapy. To dziwne uczucie być tutaj, w osobistej przestrzeni Wiktora. Pachnie głównie środkami czystości, ale przysięgam, że za każdym razem, gdy się odwracam, wyczuwam choćby cień tej wody kolońskiej.
Kręci mi się od tego w głowie.
Tak bardzo chciałabym zwinąć się na tej zamszowej kanapie i spać do końca życia. Ale muszę iść dalej. Ludzie na mnie liczą. W szczególności trójka maluchów.
Zatem sen skreślam z listy. Moją następną myślą jest to, jak miło byłoby dokonać jakiejś drobnej zemsty na tym szefie-dupie z piekła rodem za tę wyżymaczkę, przez którą mnie dzisiaj przepuścił.
Moja siostra nie wahałaby się ani sekundy.
„Tessa Hayes, nie waż się sikać na jego samochód!”
Ale moja siostra wdrapywała się już na maskę w swojej o wiele za krótkiej, o wiele za różowej sukience klubowej, chichocząc jak opętana. Byłam przerażona. Jej śmiech był niesławny w całym kampusie, więc nie miałam wątpliwości, że ktoś go rozpozna, otworzy okno w akademiku i wyjrzy na parking wschodniego kampusu, by zobaczyć siostry Mercer rozrabiające jak zwykle.
Poprawka: to Tessa Hayes zawsze rozrabiała. Ja byłam tą, która zawsze próbowała ją utemperować. Nie żeby to pomagało; Tessa Hayes robiła to, co chciała.
Zawsze tak było. I zawsze tak miało być.
A kiedy zobaczyła lśniący na najlepszym miejscu parkingowym samochód mojego podłego, parszywego, zdradzieckiego byłego, w jej głowie zakiełkował pomysł, którego absolutnie nie zamierzała zignorować.
I tak oto skończyłam, trzymając ją za rękę dla równowagi, gdy kucała na Range Roverze Brada Millera i dawała upust emocjom.
Nie mogę powiedzieć, że na to nie zasłużył; po prostu nie byłaby to moja preferowana metoda zemsty. „Chrzanić to”, powiedziała Tessa Hayes, gdy stwierdziłam, że dobre życie to najlepsza zemsta. „Nie odgrywaj się, wygrywaj. To moje motto”.
Kiedy pozbyła się zapasów żurawinowej wódki z całej nocy, pomogłam jej zejść na asfalt. „Jesteś nienormalna”, oznajmiłam. „To przypadek kliniczny”.
„A jednak mnie kochasz. Co to mówi o tobie?”
„Nic dobrego” — wymruczałam.
„Zamknij się. Powiedz to. Powiedz, że mnie kochasz”. Robiła do mnie dzióbki, a kiedy odmówiłam, zaczęła mnie łaskotać pod żebrami, w miejscu, którego nienawidziłam od dziecka.
„Dobra! Dobra! Kocham cię!” — wrzasnęłam.
Dopiero wtedy odpuściła.
„Dobrze. Ja ciebie też kocham, Nor. Jesteś gwiazdami dla mojego księżyca. Nigdy o tym nie zapominaj”.
Potem, dla pewności, wypięła na mnie tyłek. Śmiałyśmy się — jej śmiech i mój, dwie strony tej samej monety, niosące się hen, w nocną dal.
Nigdy nie wyobrażałam sobie życia bez niej. Nigdy nie sądziłam, że będę musiała.
Nie jestem Tessą Hayes; nie nasikam na kanapę Wiktora wartą pięćdziesiąt tysięcy dolarów. A od trzech lat, sześciu miesięcy i czterech dni nie ma jej tutaj, by zrobiła to za mnie.
Z westchnieniem odwracam się i wywlekam na zewnątrz.
To długa jazda metrem z lśniącego Midtown do mojego brudnego, ciasnego mieszkania w Hell’s Kitchen. Kiedy tam docieram, czeka mnie jeszcze długa wspinaczka na czwarte piętro, bo oczywiście winda znowu jest zepsuta. Jestem niemal seksualnie podniecona perspektywą fazy snu REM — ale kiedy otwieram drzwi, z przerażeniem zaciskam zęby, uświadamiając sobie, że sen jest jeszcze bardzo daleko.
Moje mieszkanie to absolutna katastrofa.
Wszędzie walają się butelki po piwie. Ubrania dzieci pleśnieją w pralce. W zlewie piętrzy się stos brudnych talerzy.
Nie muszę daleko szukać winowajcy. Derek Hayes, wdowiec po mojej siostrze, śpi pijany w narożnym fotelu. Między palcami zwisa mu dopalający się papieros, a drugą ręką ściska resztki letniego piwa Bud Light. Podchodzę i zabieram mu obie rzeczy, gasząc papierosa w popielniczce i rzucając piwo do pojemnika na surowce wtórne. Wzdryga się na sekundę, po czym natychmiast wraca do chrapania z otwartymi ustami.
Derek. Przekleństwo mojego istnienia. Jest powód, dla którego nie ma go na ekranie blokady mojego telefonu. Powód, dla którego staram się o nim nie myśleć, kiedy tylko mogę.
Ciężko zniósł śmierć Tessy Hayes. To nie niespodzianka; wszyscy ciężko ją znieśliśmy. Kiedy ktoś ma tak promienną osobowość, trudno nie mieć poczucia, że po jego odejściu żyje się w cieniu.
Ale dzieciaki i ja prniemy naprzód, bez względu na to, jak bardzo boli.
Derek Hayes natomiast tarza się w błocie. Wyrzucili go z pracy, więc teraz nie robi nic poza piciem, paleniem i mamrotaniem pod nosem przez całą dobę — co robi tutaj, ponieważ bez dochodów nie był w stanie spłacać kredytu za ich dom. Kiedy już raczy zająć się własnymi dziećmi, robi to jak ogr z bajki, cały czas wrzeszcząc z pianą na ustach i wybuchając gniewem z najbłahszego powodu. Ostatnio doprowadził Riley Hayes do płaczu, bo gumka do włosów pękła, gdy próbował zrobić jej kucyka. Jakby to była jej wina.
Ciągle powtarzam sobie, by mieć dla niego cierpliwość. Przechodzi przez mroczny czas. Wyjdzie z tego.
Przynajmniej mam taką nadzieję. Prawda jest taka, że od samego początku nie byłam jego wielką fanką. Znajdowałam sposoby, by go tolerować ze względu na Tessę, bo nie było rzeczy, której bym dla siostry nie zrobiła.
Bez niej jednak... jest trudniej.
Kręcę głową. Niezdrowo jest pozwalać sobie na tkwienie w tych koleinach myślowych. Nic dobrego nie wyniknie z zastanawiania się, dlaczego akurat taki los mnie spotkał. Muszę po prostu robić swoje. Po cichu i bez podziękowań, owszem. Ale świat nie został zbudowany tak, by być miłym dla ludzi takich jak ja.
Rzucam więc torebkę, podwijam rękawy i robię, co w mojej mocy, by uczynić go miłym dla Jace'a Hayesa, Chloe Hayes i Riley Hayes.
Butelki po piwie lądują w koszu. Ubrania trafiają do suszarki. Naczynia zostają wyszorowane, wytarte i odłożone do szafek, a bałagan powoli znika. W kącie wskazówka zegara mija pierwszą w nocy. Muszę być z powrotem w Vanguard o za kwadrans szósta. Biorąc pod uwagę ruch w mieście, oznacza to maksymalnie trzy godziny snu, zanim znowu będę musiała być na nogach.
Zanim kończę, pierwsza w nocy zmienia się w drugą trzydzieści. Idę korytarzem jak zombie. Mój pokój mnie wzywa, ale zanim ulegnę senności, muszę sprawdzić, co u dzieciaków.
Pokój dziewczynek jest pierwszy po prawej. Otwieram drzwi i zaglądam do środka.
Chloe Hayes śpi na górnym łóżku. Jej ręka zwisa w dół, więc skradam się przez różowy dywanik z lumpeksu i wsuwam ją z powrotem na materac, żeby potwory jej nie dopadły. Przystaję i nasłuchuję, ale jej oddech jest praktycznie niewyczuwalny, gdy jest tak „znokautowana”. Pierwszej nocy, gdy miałam ją pod swoim dachem, byłam przerażona, że umarła pod moją opieką.
Kiedy upewniam się, że jest jej wygodnie, kucam, by przyjrzeć się Riley Hayes. Włosy opadły jej na oczy. Odgarniam je. W przeciwieństwie do Chloe, ona chrapie. Ma rytm oddechu godny jednego z krasnoludków Śnieżki. Mój mały aniołek. Te rumiane policzki aż proszą się o uszczypnięcie. Zupełnie jak u Tessy Hayes.
Zastanawiam się, czy Riley w ogóle pamięta mamę. Była taka mała, kiedy ją straciliśmy.
Wycofuję się na korytarz i cicho zamykam za sobą drzwi. Potem podchodzę kawałek dalej i powoli pcham drzwi Jace'a Hayesa.
Marszczę brwi. Jego łóżko jest puste, pościel wygładzona i starannie podwinięta na brzegach. Robi to sam każdego ranka bez wyjątku, choć o ile mi wiadomo, nikt go o to nigdy nie prosił. Ale skoro nie ma go w łóżku, to gdzie jest...?
Ach. Spoglądam w bok i widzę go z twarzą przyciśniętą do biurka. Śpi twardo, wciąż majstrując przy czymś na kolanach. Nie rozumiem co to, dopóki nie podchodzę i nie wyciągam zawiniątka spod niego.
Kiedy to robię, pęka mi serce.
To jego buty do koszykówki. Były w kiepskim stanie, gdy kupiliśmy je w lumpeksie, ale teraz są po prostu zniszczone. W obu podeszwach zieją dziury, a w środku widać kłęby ręczników papierowych i taśmę klejącą, które mają służyć za jakąś prowizoryczną łatę. Musiał próbować naprawić uszkodzenia, gdy zasnął.
Łza spływa mi po policzku. Odkąd do mnie trafił, nigdy nie zrobił ani jednej, jedynej rzeczy dla siebie. Wszystko, co robi, robi dla sióstr. Pilnuje, by Riley jadła warzywa, i pomaga Chloe malować paznokcie. Wykonuje swoje obowiązki i ich. Sprawdza ich prace domowe. Ma osiem lat i jest ostatnią rzeczą, która trzyma tę rozbitą rodzinę w całości.
Kiedy więc nieśmiało przyznał mi się, że w tym roku chciałby grać w koszykówkę, tak bardzo chciałam mu to umożliwić.
Ale finansowo to po prostu nie mogło wypalić.
Wiktor płaci mi dobrze, ale Nowy Jork jest drogi, a Nowy Jork z trójką dorastających dzieci (plus jednym dorosłym niemowlęciem wypijającym całe piwo) jest jeszcze droższy. Pieniądze po prostu zdają się znikać, wyciekając przez milion różnych dziur. Ubrania do szkoły, rachunki, czynsz i to, i tamto, i siamto.
Są w jednej sekundzie. W następnej ich nie ma.
Jace Hayes o tym wie. Nie muszę nawet pytać, by zgadnąć, że właśnie dlatego próbował sam naprawić buty, zamiast prosić mnie o nową parę.
Osuwam się na podłogę z plecami opartymi o ścianę i wybucham płaczem. Robię to cicho, bo nie chcę go obudzić, ale szloch wydobywa się gdzieś z samego dna duszy.
Nienawidzę tego, jak bardzo wstydzę się tych łez. Dlaczego niby miałabym? Jeśli ktoś ma powód do płaczu, to ja. Mój szef jest aroganckim dupkiem, moja siostra nie żyje, jej mąż jest bardziej ciężarem niż pomocą, mam trójkę niewinnych dzieci, które staram się wychować jak najlepiej, ale nie mogę doczekać się choćby chwili wytchnienia, a potrzebuję snu, jedzenia, więcej kawy, wakacji i nowego początku, i... lista nie ma końca. Jeden powód na każdą z moich tysiąca łez.
Dopiero gdy zaczynają wysychać, zmuszam się do optymistycznego myślenia. Co powiedziałaby Tessa Hayes? — zastanawiam się. Oczywiście nie może odpowiedzieć, ale mam pewne domysły.
Będzie lepiej. Musi być.
Na pewno, do cholery, nie może być już gorzej.
















