Bez głosu mojej najlepszej przyjaciółki w uchu zapada cisza. Dziwna cisza. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio w moim otoczeniu panował tak mały chaos. A jeśli zamknę oczy i zignoruję bałagan, robi się jeszcze błogiej.
Przynajmniej przez chwilę.
Wtedy przed oczami mojej duszy pojawia się pewna twarz.
To Wiktor, bo tak jak powiedziałam Gwenny, nawiedza mnie nawet po godzinach pracy. Uśmiecha się tym uśmiechem, który opisała. Tym uśmiechem w stylu: *chodź do łóżka, a pokażę ci, co potrafię z tobą zrobić*. Kamera mojej wyobraźni cofa się i opada niżej.
Wyimaginowany Wiktor ma na sobie białą koszulę z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami. Na tyle dużo, by zobaczyć cień ciemnych włosów na klatce piersiowej i krawędź tatuażu, którego nie potrafię dokładnie rozpoznać. Pręży przedramiona. Jego kłykcie strzelają, głośniej niż się spodziewałam, a ja wydaję z siebie zaskoczone westchnienie.
*Lubię, kiedy wydajesz ten dźwięk*, grucha. *Sprawdzić, czy zdołam zmusić cię do tego ponownie?*
Kiwam głową, zanim w ogóle uświadamiam sobie, co robię. — Spraw, bym zajęczała — błagam.
Dotykam też wewnętrznej strony kolana, zanim zdaję sobie sprawę z tego, co się dzieje. Ale to nie moje ręce to robią — a przynajmniej nie mam takiego wrażenia. To ręce Wiktora, wielkie i potężne, obejmujące moje udo i wędrujące w górę pod krawędź ołówkowej spódnicy.
*Byłaś niegrzeczną asystentką*, warczy, a jego oddech o zapachu mięty miesza się z drzewno-korzennym aromatem wody kolońskiej. W jego głosie słychać słaby cień śmiechu, jakby wiedział, że to wszystko jest szalone, ale po prostu w to idzie, bo jest to bardziej podniecające niż niedorzeczne. *Byłaś bardzo, bardzo niegrzeczna. Wejdź do mojego gabinetu i zamknij drzwi.*
Reszta świata znika, jakbym właśnie wykonała jego polecenie. Nie ma już mojego zabałaganionego mieszkania i zalegającego zapachu serowego burrito. Teraz czuję tylko Wiktora.
Ten zapach.
Ten oddech.
A pod nimi to piżmo, które sprawia, że moje zakończenia nerwowe płoną.
— Zamierzasz mnie ukarać, Wiktorze? — szepczę.
*Chciałabyś tego, prawda? Uwielbiałabyś, gdybym pochylił cię nad biurkiem i rozpiął tę spódnicę, aż opadnie wokół twoich kostek. Uwielbiałabyś, gdybym przesunął dłonią po twoim gołym tyłku czułym ruchem, zanim podniósłbym ją i uderzył tak mocno, byś znowu krzyknęła. Oszalałabyś, gdybym pozwolił moim palcom błądzić w dół, rozchylić twoje uda i przeciągnąć jednym powolnym, drażniącym opuszkiem przez twoją wilgoć. Chciałabyś tego wszystkiego, prawda, panno Mercer?*
Gorączkowo przygryzam dolną wargę. Moja własna ręka wędruje w górę i dotyka krawędzi majtek, potem wślizguje się pod nie i przesuwa je na bok. Pulsuję wilgocią. Tętnię z pożądania. Powiew chłodnego powietrza z klimatyzacji na mojej cipce wystarczy niemal, by posłać mnie na krawędź.
*Ale w tym właśnie problem, panno Mercer. Chciałabyś tego o wiele, wiele za mocno. Jaka to byłaby kara, gdybyś cieszyła się każdą sekundą? Mam lepszy pomysł.*
Jestem dosłownie na krawędzi fotela, ocierając się i wypinając w stronę moich palców. Wyimaginowany Wiktor sprawił, że jem mu z ręki. Zrobiłabym dla niego wszystko. Powiedziała wszystko. Była wszystkim.
— Tak, proszę pana — chrypię desperacko. — Ma pan rację. Co miał pan na myśli?
*Zacznę od tego, co właśnie opisałem. Pochylę cię, będę cię dręczyć, dam ci klapsa. Potem przycisnę cię twarzą do biurka, uklęknę za tobą i przyłożę język tam, gdzie przed chwilą były moje palce. Wyliżę z ciebie każdą kroplę. Na początku to będzie tylko czubek języka. Tylko ulotny, lekki pocałunek na twoich wargach sromowych. Przesunę po twojej łechtaczce, a ty naprzesz na mnie, szukając więcej. Ale przycisnę cię z powrotem do biurka i warknę: „Nie waż się, kurwa, poruszyć, dopóki ci nie pozwolę”. I co ty na to?*
— Nie poruszę się, proszę pana — chrypię desperacko. — Zrobię dokładnie to, czego pan chce. Zostanę tak, kiedy będzie mnie pan jadł.
*To dobra odpowiedź, panno Mercer. To jedyny sposób, bym nie przestał. Ale jeśli będziesz grzeczną dziewczynką, jeśli będziesz słuchać i być posłuszną, to nie przestanę. Moje pocałunki między twoimi udami zmienią się w długie pociągnięcia językiem po tobie. Potem rozchylę twoje wargi sromowe i wejdę głębiej. Wsunę palec między twoje fałdki, potem drugi, i zagnę je, by pociągać po twoich najgłębszych zakamarkach, tych miejscach, których dotknięcie sprawia, że drżysz jak pod napięciem. Będę poruszał palcami coraz szybciej i szybciej, wchodząc w ciebie i wychodząc, pożerając twoją wilgoć, aż twoje nogi zaczną drżeć, a te jęki staną się głośną muzyką w moich uszach. Jak ci się to podoba?*
— To brzmi tak cholernie dobrze, proszę pana. — Poruszam palcami wewnątrz siebie. — Proszę, zrób to. Proszę, proszę.
*Będziesz tuż obok. Tuż na krawędzi. Czujesz to, prawda? Największy orgazm twojego życia jest tuż przed tobą, gotowy do wzięcia. Wystarczy, że poliżę cię w określony sposób, poruszając palcami dokładnie tak, a dojdziesz dla mnie jak moja mała, wyjątkowa księżniczka, prawda? Wiem o tym. Ty o tym wiesz. Oboje po prostu czekamy na odpowiedni moment. I on nadchodzi, obiecuję ci to. Ten moment jest coraz bliżej, i bliżej, i bliżej, a ja liżę i pieszczę palcami, a ty jęczysz i masz dreszcze, i już prawie, kurwa, tam jesteśmy, i wtedy...*
— I wtedy co? — krzyczę. — I wtedy co?
*I wtedy przestanę. Wstanę i odsunę się. Zostawię cię tam, ociekającą, rozpaloną i rozbitą w cholerę, jako przypomnienie, że tak samo jak twoje serce, twój umysł, twoje ciało, twoja dusza, twój wolny czas, twoje nadzieje i marzenia... że tak samo jak to wszystko, twoje orgazmy należą do mnie.*
Dochodzę mocniej niż kiedykolwiek w życiu, choć moje usta formują najbardziej rozdzierające „Nieee!”, jakie kiedykolwiek słyszałam.
To jak zderzenie z autobusem, gdyby autobus był wymierzony prosto w moją łechtaczkę i był jednocześnie zgniatarką do śmieci wyżymającą mnie od środka, podpalając mnie, a potem mrożąc na lód od stóp do głów.
Wyimaginowany Wiktor jest tak samo okrutnym draniem jak ten prawdziwy. Powiedział, że zatrzyma moje orgazmy dla siebie, ale czuję, jakbym ukradła mu ten jeden. Euforia przeszywa mnie raz za razem niczym niekończąca się seria błyskawic, aż w końcu, co wydaje się godzinę później, wracam do czegoś na kształt normalnej świadomości, ze śliną na ustach i palcami mokrymi i lepkimi od własnego pożądania.
Wstaję na nogach, które są dokładnie tak drżące, jak zapowiadał. Gardło mnie boli od jęczenia i jestem obolała jak nigdy. Gdy wstaję, mój telefon z łoskotem upada na podłogę.
Sięgam po niego, by go podnieść —
I zamieram z przerażenia.
Nazwisko Wiktora rozświetla ekran.
I połączenie jest aktywne.
Rzeczywistość tego, co się dzieje, natychmiast uderza mnie w żołądek, ale mija kilka sekund, zanim moja głowa to przetrawi.
Przez siedem minut i trzydzieści dwie sekundy byłam na linii z Wiktorem Wołkowem.
Przez siedem minut i trzydzieści dwie sekundy masturbowałam się do absolutnie najbardziej sprośnej fantazji, jaką kiedykolwiek miałam, z Wiktorem Wołkowem w roli głównej.
Przez siedem minut i trzydzieści dwie sekundy mój telefon rejestrował każdy mój jęk, każde westchnienie, każdy oddech i drżenie, gdy błagałam go o litość i prosiłam, by sprawił, bym doszła.
Czy Wiktor słyszał to wszystko?
VIKTOR
— Krwotoki z nosa?
— Małe zakłócenie. Nie ma się czym martwić. W każdej próbie mieliśmy kilku pacjentów z krwawieniem. — Mój główny chemik powłóczy nogami w stronę nieskazitelnie białego stołu laboratoryjnego, na którym w idealnych rzędach stoją zestawy probówek, każda wypełniona białym płynem. Chrząka i bąka coś pod nosem, kartkując swoje notatniki, jakby tam miały znajdować się odpowiedzi na moją irytację.
Pieprzeni naukowcy. Są genialni.
Są też, do jasnej cholery, kulą u mojej nogi.
Odchrząkuję. — Pawle, zrób mi tę uprzejmość. Czym jest Elysium?
Jego oczy mrugają z dezorientacją. Wie, że znam odpowiedź, ponieważ Elysium to zakład wart miliard dolarów, który zabezpieczy przyszłość Bratwy Wołkowa; nie wie tylko, dlaczego o to pytam.
— To, yyy... to afrodyzjak o łagodnych właściwościach halucynogennych.
— Świetnie ci idzie udawanie, że jestem idiotą. Tak trzymaj. Afrodyzjak to by był...?
Mruga coraz szybciej, aż zaczynam się martwić, że może dojść u niego do awarii. — T-to st-stymulant erotyczny. Zaprojektowany, by wywoływać s-silne p-popyty seksualne.
— Doskonale. A teraz powiedz, Pawle, czy krwotoki z nosa wydają ci się szczególnie erotyczne?
Zerka na swoich trzech podopiecznych w fartuchach. Stoją w równym rzędzie, nieświadomie naśladując próbki Elysium w probówkach.
— Nie, proszę pana.
— „Nie” to poprawna odpowiedź — warczę. — Krwotoki z nosa nie są erotyczne. Zatem nie jest to „małe zakłócenie”. To pieprzony problem. Chcę wiedzieć jedno: czy da się to naprawić?
Przełyka ślinę na tyle głośno, bym mógł to usłyszeć ponad głuchym dudnieniem aparatury laboratoryjnej pracującej wokół nas. — Będę próbował, proszę pana.
Uderzam go niesławnym spojrzeniem Wołkowa, sprawiającym, że dorośli mężczyźni chcą sikać w gacie, gdy próbują je odwzajemnić. — Nie próbuj. Zrób to.
















