7 minut grzechu

7 minut grzechu

Autor: Aeliana Thorne

Rozdział 4 4
Autor: Aeliana Thorne
23 cze 2026
NORA — Nasikam mu na samochód. Gwen, moja najlepsza przyjaciółka, wybucha śmiechem w słuchawce. — Zrobisz co? Nor, kocham cię nad życie, ale ty nawet nie przypomniałabyś gościowi w budce z jedzeniem, że prosiłaś o kanapkę bez musztardy. Nie sądzę, byś miała w sobie choć jedną buntowniczą kostkę. Na pewno nie masz w sobie genu „sikaj-na-samochód-szefa”. Wzdycham. Ma rację. Nienawidzę tego, ale ma rację. — To niesprawiedliwe, że Tessa Hayes zgarnęła wszystkie buntownicze geny — mruczę. — Całe moje DNA jest zaprogramowane na uległość. Nawet myśl o pyskowaniu mu sprawia, że dostaję pokrzywki. — Oj, mała, nie doceniasz się. Potrafisz być petardą, kiedy chcesz. Po prostu zaciskasz zęby z tym Księciem Dupkiem, bo potrzebujesz tej pracy, żeby dzieciaki miały dobrze. Jedzenie na stole, dach nad głową i te sprawy. Jesteś męczennicą, serio. Powinni ci stawiać pomniki. Prycham i wysiadam z pociągu na moim przystanku. — Obejdzie się bez pomników, dzięki. Nie potrzebuję ich. Chciałabym tylko nie być traktowana jak obywatel drugiej kategorii w miejscu mojego zatrudnienia. — Cóż, gdyby życzenia były rybami, nikt nie chodziłby głodny — mówi mądrze Gwen. — Co to, do diabła, ma znaczyć? Słyszę wzruszenie ramion w jej głosie. — Pojęcia nie mam. Moja mama tak mawiała. Ludzie z Oklahomy są dziwni; co ci poradzę? Cała rodzina Gwen urodziła się i wychowała w tamtejszym pyle. Ona sama dorastała pod Nowym Jorkiem, tuż po drugiej stronie ulicy od Tessy i mnie, ale odziedziczyła akcent i pokoleniowe zasoby bezsensownych ludowych mądrości. — To wydaje się jednak całkiem rozsądne życzenie. To po prostu chore, żeby on mi wmawiał, że nie poświęcam się pracy. Jestem tam od świtu do zmroku każdego pieprzonego dnia. Śnię o arkuszach kalkulacyjnych — wiedziałaś o tym? Dosłownie mam sny o głupim, uporządkowanym kolorystycznie kalendarzu Wiktora i jego listach zadań. Nawet kiedy śpię, pracuję. To obłęd. — Mówisz do przekonanych, maleńka. Ale dawaj dalej, nie daj się prosić. Ludzie dziwnie na mnie patrzą, gdy wchodzę po schodach ze stacji metra na poziom ulicy, ale mam to gdzieś. Wszystkie rzeczy, które chciałabym powiedzieć Wiktorowi, wylewają się ze mnie potokiem słów. — On jest po prostu tak cholernie pewny siebie! Skąd on to bierze? Myślisz, że on po prostu wraca do domu, patrzy w lustro, chichocze i podkręca wąsa jak jakiś czarny charakter z komiksu? W stylu: „Muahaha, kolejny udany dzień niszczenia życia mojej sekretarce. Dobra robota, Wiktorze, doprawdy dobra robota”. — On ma wąsy? — Gwenny. Skup się. — Racja. Sorki. Po prostu miałam w głowie bardzo konkretny obraz jego osoby, wiesz? Wysoki, ciemny, ten seksowny, sugestywny rodzaj uśmiechu, który mówi: *Chcesz się stąd wyrwać?* bez wypowiadania tego na głos... Sześciopak na brzuchu, żyły na przedramionach — o Boże, kocham seksowne żyły na przedramionach — i może jakiś gorący tatuaż, ale w miejscu, gdzie trzeba się trochę rozebrać, żeby go zobaczyć, więc to tak jakby... — Gwenny. Nie pomagasz. — Racja. Sorki. Problem polega na tym, jak dokładny jest jej opis. Od samego początku pracy w Vanguard wiedziałam, że Wiktor to dupek. Ale wiedziałam też, że jest on duchem świętym atrakcyjności. Widziałam wystarczająco dużo fragmentów jego tatuaży, by chcieć zobaczyć więcej. Widziałam wystarczająco dużo błysków tego uśmiechu — rzadkiego, ale istniejącego — by chcieć, żeby skierował go w moją stronę. Choć raz. Czy to tak wiele? Najwyraźniej odpowiedź brzmi: „tak”. Znużona człapię po schodach do mieszkania. To dziwne, wracać do domu, zanim słońce zajdzie. Dzieciaki są jeszcze na świetlicy przez kolejne czterdzieści pięć minut, a Derek Hayes jest na „targach pracy” (tak oficjalnie powinno się nazywać osiedlowy bar), więc mam rzadką chwilę dla siebie. — Opowiedz mi coś o sobie — proszę, otwierając kluczem frontowe drzwi. — Zmieniasz temat — oskarża mnie Gwen. — Owszem. Zrób mi tę przyjemność. Wzdycha. — No dobrze, zobaczmy... Wyszłam w zeszły weekend z tym kolesiem, takim znanym szefem kuchni. — O? Naprawdę kochasz te przedramiona, co? — Winna w całej rozciągłości. Szczerze mówiąc, to była dobra randka. Ostrygi, jak się okazuje, rzeczywiście są afrodyzjakiem. — Rozumiem, że ci się poszczęściło? Gwen prycha. — Jemu się poszczęściło, chciałaś powiedzieć. Nie każdy ma szansę spijać słodki nektar z mojego... — Tak — przerywam jej szybko, zanim rozkręci się na dobre. — Mam obraz sytuacji. I nie mówię, że każdy ma szansę, ale z moich obliczeń wynika, że całkiem sporo osób. Był ten księgowy... — Pomógł mi rozliczyć podatki! — Pracownik zoo... — Obiecał, że pozwoli mi zobaczyć swoją małpkę! — Terapeuta, pracownik platformy wiertniczej, doktorant... — Dobra, dobra, łapię. Jestem brudną, dziwkarską czarownicą i powinnam spłonąć na stosie — mówi pośpiesznie. — Ale po pierwsze, mamy rok pański 2023, więc *slut-shaming* nie jest już społecznie akceptowalny. A po drugie, pozwij mnie za to, że trochę żyję. Jestem młoda i atrakcyjna, i chcę sprawdzić, co jest w ofercie. Powinnaś zrobić to samo. Chichoczę. Wie, że tak naprawdę jej nie oceniam — to głównie przemawia przeze mnie zazdrość. Nie uprawiałam seksu tak długo, że boję się, iż między moimi udami zaczęły wyrastać pajęczyny. — Wiem — mówię z kolejnym znużonym westchnieniem. — Powinnam. Po prostu... nie mogę, wiesz? To znaczy, nie mam czasu, a nawet gdybym miała, to kolejka chętnych do zabrania mnie na randkę raczej nie ustawia się pod moimi drzwiami. — Ustawiłaby się, gdybyś tylko dała sobie szansę, mała — mówi Gwen łagodnym głosem. — Wiem, że jest ciężko. Wiem, że tęsknisz za Tessą. Wiem, że musisz myśleć o dzieciakach i ignorować Dereka. Ale po prostu... spróbuj, okej? Obiecaj mi, że spróbujesz. Jeśli jest w twoim życiu ktokolwiek, z kim mogłabyś spróbować, warto zaryzykować. Jutro nigdy nie jest zagwarantowane, kochana. Ty i ja wiemy to najlepiej. Więc jesteś to winna sobie — i wszystkim ludziom, którzy cię kochają i na tobie polegają — by być szczęśliwą. Rzucam torebkę na kuchenny stół i padam na fotel. Coś mokrego chrupie pode mną — okazuje się, że to na wpół zjedzone burrito z Taco Bell. Dzieło Dereka Hayesa, bez wątpienia, wraz z resztą bałaganu w domu, który dosłownie wczoraj sprzątałam. Z grymasem wyciągam taco i ciskam je do pobliskiego kosza. — Masz rację. Spróbuję. — Na mały palec? — Tak. Na mały palec. — No dobrze — mówi Gwen z satysfakcją w głosie. — Muszę lecieć na jogę dla gorących lasek. Kocham cię z intensywnością tysiąca słońc. Ucałuj ode mnie maluchy. Pa-pa. Po czym się rozłącza. Opuszczam rękę na kolana. Telefon wślizguje się w szczelinę między poduszką a oparciem fotela, ale pozwalam mu tam zostać.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 4 4 – 7 minut grzechu | Czytaj powieści online na beletrystyka