Zatrzymuje się na półpiętrze i odwraca się, by spojrzeć na mnie w górę. — Zostań. Ja się tym zajmę. To mnie on chce. — Czułość w jego głosie całkowicie zbija mnie z tropu. Przywykłam do słyszenia go wściekłego, poirytowanego, sfrustrowanego lub po prostu kompletnie beznamiętnego.
Ale to? Brzmi niemal współczująco.
— Tak, ale to moje dzieci wybrał na cel. Jak jakiś obrzydliwy, pieprzony drapieżnik.
















