Panowanie nad innymi to siła,
Panowanie nad sobą to prawdziwa moc.
Laozi
* * * * *
Kiedyś myślałam, że siła to coś, z czym człowiek przychodzi na świat. Albo rodzisz się z silną wolą, albo ze słabym umysłem. Tak samo, jak rodzisz się dobry lub zły. Czarno-białe myślenie zapewniało mi spokój ducha, pomagało usprawiedliwiać to, co działo się w moim życiu. Nigdy nie myślałam w kategoriach szarości; nienawidziłam tego koloru. Szarość mąci i skłóca umysł. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że siła rodzi się w trudnych czasach, kiedy tracisz więcej, niż zyskałeś.
Byłam kiedyś słaba, chwiejna pod wpływem opinii i komentarzy rówieśników. Słowa przebijały moją skórę, obelgi wyżerały duszę. Byłam jak odsłonięty nerw, nawigujący po naszym skomplikowanym świecie z ciągłym poczuciem krzywdy.
Moja historia zaczyna się w małym miasteczku we wschodnim Teksasie. Moje życie nie było pasmem tragedii. To nie nieszczęście ani trauma były przyczyną mojej wrażliwości. Życie było dla mnie sprawiedliwe, tak jak dla większości ludzi. Dobro przeplatało się ze złem, tworząc egzystencję przyjemną i miłą dla oka.
Było wiele rzeczy z dzieciństwa, których nie pamiętałam; uraz głowy zabrał mi część wspomnień, ale takie sprawy łatwo było odpuścić.
Miałam dwoje troskliwych rodziców, co było darem, jakiego wielu nie posiadało. Mój tata, z uśmiechem rozjaśniającym pokój i śmiechem, który wprawiał innych w histerię. Był radością mojego dzieciństwa, rozświetlającą mroczne plamy, które czasem się pojawiały. Moja mama, ze swoją dobrotliwą naturą, była kręgosłupem naszej rodziny. Śmiała się z wygłupów taty, uśmiechając się radością, jaką dawała jej nasza mała rodzina.
Lecz jak to zwykle bywa, uderzyła tragedia. Tata zmarł, gdy miałam zaledwie osiem lat, byłam zbyt mała, by zachować o nim wiele wspomnień. Jedynym, które najwyraźniej zapisało się w pamięci, była noc, gdy rozpaliliśmy ognisko w lesie za domem. Niedźwiedź zawędrował na małą polanę, przerażając mnie tak bardzo, że kurczowo uczepiłam się bluzy taty. Zwierzę kroczyło naprzód, nieświadome, że jego życie jest zagrożone. Strach posłał mnie w tył, uderzyłam głową o ubitą ziemię. Tata przegonił niedźwiedzia tamtej nocy; strach nie podążył za nim, tak jak podążył za mną. To była noc, w której moje wspomnienia stały się nieuchwytne, spowite gęstą mgłą. Podczas gdy niektóre pozostały wyraźne, inne zostały skażone tą samą mgłą.
Mama pogrążyła się w żałobie, jak to często robią wdowy. Trzymałyśmy się kurczowo, bojąc się, że jedno z nas będzie następne, by opuścić ten świat. Życie bez taty było trudną zmianą. Etapy żałoby przeszły przeze mnie szybciej niż przez mamę, pozostawiając mnie nieco sfrustrowaną światem.
Jak łatwo można kogoś wyrwać z twojego życia, kogoś, czyje miejsce jest niemożliwe do wypełnienia. Spędziłam cały rok, szukając sposobu na wypełnienie pustki w środku, szukając sposobu na uśmierzenie bólu w sercu.
To było dzień po moich dziewiątych urodzinach, kiedy znalazłam Micaha.
Mama wyprawiła mi przyjęcie urodzinowe, jak co roku, mimo że nalegałam, iż tym razem go nie chcę. Moje pierwsze urodziny bez taty; były to puste urodziny, mówiąc delikatnie. Wiele zaproszonych dzieci nie przyszło, ale to mnie nie zaskoczyło. Przyjaciele byli towarem deficytowym w tym okresie mojego życia. Nie pasowałam do innych dzieci, nigdy do końca nie wiedząc, co powiedzieć ani jak się przy nich zachować.
Obudziłam się wcześnie następnego dnia, wymykając się z domu. Nasze podwórko było ogromne, a może to tylko moje dziecięce wspomnienie. Stara huśtawka stała na skraju lasu, w miejscu, gdzie bawiliśmy się z tatą.
Były chwile w moim dzieciństwie, kiedy czułam niesamowitą frustrację, nie mogąc zrozumieć, dlaczego niektóre wspomnienia są tuż poza moim zasięgiem. Dzień po moich dziewiątych urodzinach był jednym z takich dni. Podeszłam do huśtawki, usiłując przywołać twarz taty, gdy mnie popychał. Gniew robi swoje z umysłem, usuwa strach tam, gdzie powinien on być obecny.
Weszłam do lasu, zdeterminowana, by znaleźć nasze stare miejsce na ognisko. Musiałam zobaczyć to na własne oczy, zobaczyć miejsce, w którym straciłam tak wiele cennych wspomnień. Z dziecięcą niewinnością i ignorancją zagłębiłam się w las. Słowa rodziców wirowały mi w głowie, jasne ostrzeżenie, by nie zapuszczać się tam samej.
Wiedziałam, że się zgubiłam, gdy dźwięk płynącej wody wypełnił mi uszy, a jej świeży zapach nozdrza. Podeszłam do szerokiego strumienia z buzującą wodą i gąszczem krzewów. Duże kamienie pokryte lśniącym zielonym mchem wyróżniały się na tle czystej, błękitnej wody.
To właśnie wtedy, gdy oderwałam wzrok od omszałych kamieni, zauważyłam parę złotych oczu wpatrujących się we mnie. Chłopiec, na oko w moim wieku. Jego pełne usta były uchylone w szoku, a na głowie miał czuprynę brązowych włosów. Byłam zbyt młoda, by postrzegać chłopców jako coś innego niż przyjaciół, ale Micah posiadał pewien rodzaj piękna, który większość dorosłych z trudem osiągała. Jego skóra była głęboko opalona, a jednak wyglądała na gładką i miękką. Złote oczy pasowały do odcieni w jego włosach, oświetlonych promieniami słońca.
– Cześć! – zawołałam, podnosząc rękę w próbie pomachania do chłopca.
To był pierwszy raz, kiedy spotkałam Micaha, i patrzyłam w osłupiałym milczeniu, jak ucieka znad strumienia. Nasza przyjaźń miała powolny start, ale spotykałam się z Micahem nad strumieniem przez wiele lat. Często chodziłam tam w weekendy, spędzając z nim cały dzień. Był moim pierwszym przyjacielem. Nieuchwytny, a jednak czarujący i miły.
W następny weekend wróciłam nad strumień z jego wartkim nurtem. Chłopiec już tam był, siedział na kamieniu i dźgał patykiem płynącą wodę. Kiedy jego oczy spotkały moje po raz drugi, nie było w nich szoku. Patrzyłam w milczeniu, jak na twarzy chłopca formuje się krzywy uśmiech, i jak przywołuje mnie bliżej.
– Jestem Micah – uśmiechnął się, podając mi mój własny patyk.
– Raelynn – odwdzięczyłam się uśmiechem, a radość wypełniła mnie z powodu poznania pierwszego przyjaciela.
Obserwowałam, jak Micah dorasta przez te lata, wciąż zachowując piękno, które miał jako dziecko. Jego rysy się wydłużyły, opalona twarz nabrała męskich cech. Włosy pozostały brązowe, oczy wciąż złote, ale wszystko inne się zmieniło. Jego chłopięca figura stała się smukła, a pod skórą zarysowały się mięśnie. Micah nigdy nie mówił o swojej rodzinie, o tym, dokąd wracał, gdy jego czas nad strumieniem dobiegał końca. Rzadko rozmawialiśmy o naszym życiu w domu. Czas nad strumieniem był wytchnieniem od domowej codzienności, życia wypełnionego w równej mierze dobrem, co złem.
Nigdy nie przeszkadzało mi, że niewiele wiem o Micahu, a on nigdy nie naciskał na odpowiedzi. Rozmawialiśmy o nadziejach i marzeniach, o życiach poza tymi, które byliśmy zmuszeni wieść.
Życie w domu stało się znacznie bardziej uciążliwe. Mama wciąż była moją skałą, kotwiczącą mnie w tym życiu, zapobiegającą odpłynięciu. Rozpoczęcie liceum było monumentalnym punktem w moim życiu, spychającym mnie jeszcze dalej od rówieśników. Wpasowanie się zawsze było walką, nawiązywanie przyjaźni graniczyło z niemożliwością.
Moim drugim przyjacielem została nieśmiała dziewczyna o imieniu Alyssa Porter. Niska, z włosami w kolorze czekolady i zdrową porcją piegów na twarzy; Alyssa podeszła do mnie podczas lunchu. Spędzałam czas w domu i w szkole z Alyssą, ale weekendy z Micahem zawsze były w mojej głowie.
Pewnego piątkowego popołudnia biegłam do domu ze łzami płynącymi z oczu.
Grupa dzieciaków w szkole przyparła mnie do szafki, niszcząc moją białą bluzkę butelką ponczu owocowego. Nigdy nie dotarłam do środka domu; Micah i nasz strumień byli na pierwszym planie moich myśli. Micaha nie było nad strumieniem, kiedy dotarłam, ponieważ zazwyczaj spotykałam się z nim w soboty.
Moje łzy kapały do strumienia, mieszając się z chłodną wodą. Cichy jęk opuścił moje usta, gdy twarz młodej dziewczyny spojrzała na mnie z wody, z wyrazem oszołomienia na twarzy. Porcelanowa skóra, białe włosy i krystalicznie błękitne oczy patrzyły na mnie z dołu.
– Raelynn? – zawołał zdezorientowany, a jednak spokojnie gładki głos Micaha.
Odwróciłam głowę, by napotkać jego złote oczy, a kiedy spojrzałam z powrotem, dziewczyny już nie było. Twarz Micaha wykrzywiła się w grymasie konsternacji, gdy opowiedziałam mu o dziewczynie w wodzie.
– Nie widziałeś jej? – Zmarszczyłam brwi, przechylając głowę w stronę Micaha, który przykucnął nad wodą.
– Nie – Micah potrząsnął głową, muskając opuszkami palców taflę wody.
Odwrócił się i dotknął mojej wilgotnej koszulki, bawiąc się czerwoną plamą, która się na niej utworzyła.
– Jesteś lepka – zauważył Micah, a uśmiech błąkał się w kącikach jego ust.
Zaśmiałam się cicho, gdy Micah przesunął palcem po moim lepkim policzku, przykładając go do swoich ust.
– I smakujesz owocami – uśmiechnął się szeroko, ale uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy zauważył ślady łez na moich policzkach. – Płakałaś.
– Dzieciaki w szkole – skrzywiłam się. – Nie są dla mnie zbyt mili.
– Nie wydają się też zbyt inteligentni – Micah uniósł brązową brew, wywołując mój cichy chichot.
– Nie wszyscy są źli – uśmiechnęłam się łagodnie. – Niektórzy po prostu mnie ignorują, ale inni lubią mi dokuczać.
– Szkoła nie brzmi jak coś przyjemnego – Micah zmarszczył brwi, jakby nigdy nie słyszał o tej koncepcji.
– Nie chodzisz do szkoły? – zapytałam niewinnie, dźgając patykiem wodę.
Micah poruszył się, jego twarz pozbawiona była emocji. – Nie.
– Och – pokiwałam głową. – Szczęściarz. Chciałabym nie musieć tam chodzić.
Kontynuowaliśmy nasze spotkania, aż skończyłam szesnaście lat; monumentalny wiek tam, skąd pochodziłam. Moje spotkania z Micahem stały się rzadsze, oboje staliśmy się zajęci swoim życiem. Często chodziłam nad strumień w poszukiwaniu go. Grymas niezadowolenia pojawiał się na mojej twarzy, ilekroć się nie zjawiał.
Oddaliliśmy się od siebie, ale Micah zawsze pozostanie moim pierwszym przyjacielem.
















