Perspektywa Kaelena
Valeria poruszała się sprawnie, podając nam jedzenie z wyuczoną swobodą, a jej twarz pozostawała pusta i nieodgadniona. Kiedy skończyła, stała w milczeniu, czekając. Upewniliśmy się, że zjedliśmy wszystko co do ostatniego kęsa, nie zostawiając jej niczego. Chciałem, żeby pękła, żeby zobaczyć, jak głód zmusza ją do błagania, żeby uświadomiła sobie, że każda jej potrzeba zależy od nas.
– Zabierz talerze do kuchni i wracaj tutaj – rozkazał Callum chłodnym głosem. Zebrała naczynia w milczeniu, ani razu nie odwzajemniając naszego spojrzenia, z ustami zaciśniętymi w wąską linię. Oczywistym było, że starała się zgrywać twardzielkę, a ja już czułem satysfakcję na myśl o tym, że jej fasada wkrótce runie. Nauczy się, że nie ma tu miejsca na bunt.
– Masz piętnaście minut – dodałem ostro, gdy wychodziła. Nawet nie kiwnęła głową, nie przyjęła rozkazu do wiadomości. Kiedy wróciła, spóźniona o pięć minut, jej oczy były spuchnięte i czerwone. Prawdopodobnie znalazła jakiś cichy kąt, by popłakać, i choć próbowała to ukryć, jej zapłakana twarz ujawniała prawdę.
Poczułem błysk samozadowolenia – jej duch już zaczął pękać. Gideon, rzecz jasna, nalegał na cierpliwość, ale ja wiedziałem swoje. W porównaniu z jej ojcem, wykazywaliśmy się nie lada powściągliwością. Powinna być nam wdzięczna.
Wstałem, mówiąc powoli i wyraźnie. – Oto twoje obowiązki: będziesz sprzątać nasz pokój i resztę apartamentu, robić nam pranie, układać w szafach i podawać posiłki. Jesteś tu po to, by nam służyć i będziesz przebywać w naszej obecności, chyba że pozwolimy ci na coś innego. Jeśli rozejdziemy się w swoje strony, jeden z nas poinstruuje cię, gdzie masz być. Jeśli nikt tego nie zrobi, wrócisz do tego pokoju i będziesz czekać. Żadnego spoufalania się. Nie wolno ci z nikim rozmawiać. A jeśli ukradniesz coś jeszcze, zostaniesz potraktowana bez litości. I zapamiętaj jedno: nigdy nie uznamy cię za naszą, ponieważ jesteś już skażona.
Stała po prostu, cicha jak posąg, a jej twarz była starannie dobraną maską. Jej milczenie nie było już wyrazem buntu; widziałem, jak osiada na niej nowe znużenie. Ale nie dbałem o to. Jej ojciec pozostawił po sobie szlak zniszczenia w życiu każdego z nas. Była nam winna posłuszeństwo, swoje całkowite i niezachwiane poddanie. To był jej dług wobec nas, a my zamierzaliśmy odebrać go w całości.
– Wyraziłem się jasno? – zażądałem, obserwując ją uważnie, gotów wychwycić najdrobniejszą oznakę niesubordynacji. Lekko skinęła głową, ale to nie wystarczyło.
– Odpowiedz mi jak należy! – krzyknąłem, a mój głos wypełnił pokój. Jej wyraz twarzy się zmienił i po raz pierwszy dostrzegłem w jej oczach strach, zmieszany ze złością, której nie potrafiła całkowicie ukryć. Ten błysk urazy, tak głęboko skryty pod jej wahaniem, poruszył we mnie coś mrocznie satysfakcjonującego. Wiedziała, że nie ma wyboru.
– Tak... Alfo – mruknęła, a każde słowo przeciągała, jakby ważyło więcej, niż była w stanie znieść. Strach był ewidentny, ale było w tym też coś jeszcze – gorycz, która kazała mi się zatrzymać, choć szybko ją od siebie odsunąłem.
– Idź do salonu – rozkazałem, patrząc, jak wychodzi. W chwili, gdy pomyślała, że jest poza zasięgiem mojego słuchu, usłyszałem, jak wypuszcza ciche, niemal pełne ulgi westchnienie.
Gdy tylko odeszła, odezwał się Gideon, a jego ton był bardziej zamyślony. – Zauważyłeś, jak dobrze pościeliła łóżka i podała jedzenie? – Zwrócił uwagę na to, co sam już zauważyłem, więc pokiwałem głową.
– Owszem, zauważyłem. – Czekałem, wyczuwając, że ma coś jeszcze do dodania.
– Myślę, że powinniśmy trochę jej odpuścić... – zasugerował łagodnie Gideon. Wyraz twarzy Calluma natychmiast pociemniał, a w jego oczach błysnął gniew.
– Nie! – warknął Callum głosem twardym jak stal. Gideon, czując, że przekroczył granicę, podniósł ręce w geście poddania, ucinając temat.
Ta chwila przedłużała się, napięta, choć pełna niedopowiedzeń. Każdy z nas wiedział, po co tu przybył, a czas na miękkie serce minął bezpowrotnie.
















