Metaliczny posmak krwi i środka antyseptycznego przyciągnął mnie z powrotem do świadomości. Ogień płynął w mojej klatce piersiowej, jakby płynne srebro zostało wlane prosto w moje żyły. Rozchyliłem powieki, mrużąc oczy przed ostrym światłem jarzeniówek w miejscu, które wyglądało jak laboratorium medyczne.
"Panie Sterling! Dzięki Bogu, pan się obudził." Głos Jaspera przebił się przez mgłę spowijającą moje myśli. Mój szef ochrony wyglądał jak wrak — jego zazwyczaj nieskazitelny wygląd ustąpił miejsca zmarszczkom na czole i luźno zwisającemu krawatowi.
Spróbowałem się podnieść, sycząc, gdy ból przeszył mój tułów. Trzy opatrzone rany, z których każda była zabandażowana z chirurgiczną precyzją.
"Kule?" Mój głos zabrzmiał jak zgrzyt żwiru.
"Zniknęły." Jasper skinął głową w stronę metalowej miski, w której leżały trzy srebrne kule. "Ktoś przeprowadził nagłą operację prosto w tym laboratorium. Zanim namierzyliśmy pański telefon, był pan sam."
Fragmenty wspomnień zamigotały — srebrne oczy, niemożliwe poczucie bezpieczeństwa i coś jeszcze... białe futro? Ale przede wszystkim, to był zapach. Słaby, niemal upiorny, ale wzywający coś pierwotnego głęboko w mojej piersi. Coś, czego nie potrafiłem nazwać ani zrozumieć.
Zamknąłem oczy, ścigając nieuchwytny obraz. "Kobieta. Srebrne oczy. Jej zapach był ledwo wyczuwalny, jak dym." Moje oczy otworzyły się gwałtownie. "Znajdź ją, Jasper. Chcę o niej wiedzieć wszystko."
"Szefie, czy nie powinniśmy najpierw skupić się na tym, kto próbował posłać pana do piachu?"
Posłałem mu spojrzenie, które mroziło krew w żyłach. "Czy wyglądam, jakbym potrzebował przypomnienia o śledztwie w sprawie zamachu na mnie samego? Dwa priorytety, Jasper — znajdź tego, kto próbował mnie zabić I tego, kto mnie ocalił. Jedno i drugie. Natychmiast."
Jasper wyprostował się, jakby dostał w twarz. "Oczywiście, szefie. Moje zespoły już tropią strzelców."
"Dobrze." Spuściłem nogi ze stołu, ignorując protesty własnego ciała. "Zabierz mnie do Centrum. Carlisle musi to zobaczyć."
Pawilon Medyczny Srebrnego Krzyża był ukryty pod niepozorną kliniką odnowy biologicznej na obrzeżach Bostonu. Jasper pomógł mi przejść przez prywatne wejście, gdzie czekał dr Carlisle, już poinformowany o moim stanie.
"Alfo Sterling," powiedział z pełnym szacunku skinieniem głowy. "Rzućmy na to okiem."
W sterylnym gabinecie zabiegowym Carlisle zdjął bandaże. Jego brwi powędrowały w górę, gdy studiował równe szwy.
"Niesamowite," wyszeptał, pochylając się bliżej. "Ta technika chirurgiczna... Nie widziałem tak czystej pracy od czasów, gdy żyła Alfa Isabella."
"Co to znaczy?" Obserwowałem uważnie jego twarz.
"Ekstrakcja srebra jest bezbłędna — zerowa toksyczność resztkowa w otaczających tkankach." Carlisle pokręcił głową ze zdumieniem. "Ktokolwiek to zrobił, posiada niezwykłe umiejętności i specjalistyczną wiedzę. Dokładnie rozumiał, jak przeciwdziałać wpływowi srebra na naszą fizjologię."
Nie dawało mi spokoju coś jeszcze — to, jak mój wilk uspokoił się podczas operacji, jakby sama jej obecność była... czym? Uzdrawiająca? Kojąca? Nigdy wcześniej nie czułem czegoś takiego, a wspomnienie to wywoływało we mnie niepokój.
"Czy w Bostonie są wilki o takim poziomie wiedzy specjalistycznej?"
Carlisle napotkał mój wzrok. "Nie od czasu, gdy Alfa Watahy Crescentwood zmarł lata temu. Ich tradycje uzdrowicielskie odeszły razem z nim." Jego wyraz twarzy spochmurniał. "Dlatego nasze ostatnie spory terytorialne były tak krwawe. Brakuje nam wykwalifikowanych uzdrowicieli."
Zanotowałem tę informację w pamięci. Utalentowany uzdrowiciel powiązany z Watahą Crescentwood. Biały wilk. Kawałki układanki jeszcze do siebie nie pasowały.
Na tylnym siedzeniu mojego Bentleya Jasper wręczył mi tablet. "Sprawdziłem rejestry dostępu laboratorium i okoliczne nagrania z monitoringu, szefie."
Przewinąłem raport i zamarłem. Zdjęcie wypełniło ekran — młoda kobieta o porcelanowej cerze, uderzających, srebrnoszarych oczach i wyrazie twarzy, który był jednocześnie odległy i drapieżny.
"Seraphina Vance," wyjaśnił Jasper. "Dwadzieścia jeden lat. Genialna studentka medycyny na Uniwersytecie Kingsley."
"Vance?" Krew ścięła mi się w żyłach. "Wataha Crescentwood?"
"Tak, szefie. Wnuczka Winstona Vance'a." Jasper zawahał się. "Została wygnana trzy lata temu w wieku osiemnastu lat. Zaraz po swojej pierwszej przemianie."
To rewelacja uderzyła we mnie jak fizyczny cios. "Wygnanie Vance'ówny... dlaczego nie mam z tego wyraźnych wspomnień? Każde oficjalne wydalenie z watahy powinno było trafić na moje biurko."
"Według akt, rodzina zgłosiła Radzie, że straciła kontrolę podczas swojej pierwszej transformacji i zaatakowała człowieka. Twierdzili również, że współpracowała z wrogami."
Wpatrywałem się w jej fotografię, a na obrzeżach mojej pamięci coś mnie uwierało.
Następny poranek zastał nas na Uniwersytecie Kingsley.
Przez przyciemniane szyby patrzyłem na studentów przewijających się przez kampus. Wtedy ją zauważyłem — szła sama, ze srebrnymi oczami wpatrzonymi przed siebie, poruszając się z pełnym gracji, ale ostrożnym krokiem. W przeciwieństwie do innych, emanowała tą hiperczujną energią, którą widywałem u wilków, które nauczyły się oglądać za siebie.
"To ona," powiedziałem cicho. "Przyprowadź ją do mnie."
Kilka minut później Jasper odeskortował ją do samochodu. Wsunęła się na siedzenie naprzeciwko mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
"Panie Sterling," powiedziała chłodno, bez cienia zaskoczenia w głosie.
Obserwowałem ją, szukając jakiejkolwiek wskazówki obecności wilka, którego przelotnie dojrzałem. Z bliska jej zapach był faktycznie słaby — wilkołak, którego natura została w jakiś sposób stłumiona.
"Panno Vance," odpowiedziałem, wyciągając wizytówkę. "Chciałbym zaoferować pani stanowisko w dziale badań medycznych Sterling Enterprises."
Jedna z jej brwi uniosła się nieznacznie. "A niby dlaczego miałby pan to zrobić?"
"Pani umiejętności medyczne są wyjątkowe. Potrzebujemy uzdrowicieli pani pokroju."
"Ma pan na myśli, że pańska wataha potrzebuje uzdrowicieli," poprawiła mnie płaskim tonem. "Nie interesuje mnie watahowa polityka."
"To szansa, za którą większość ludzi dałaby się zabić," nalegałem, nieprzyzwyczajony do odmowy.
Srebrne oczy Seraphiny spojrzały wprost na mnie — wyzwanie, na które żaden wilk nie odważyłby się w stosunku do Alfy. "Jestem całkowicie zadowolona z mojego obecnego życia. Nauczyłam się przetrwać bez watahy."
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, sięgnęła do klamki. "Następnym razem, gdy zostanie pan postrzelony srebrem, proszę znaleźć kogoś innego, kto pana poskłada."
Patrzyłem, jak odchodzi, po czym od niechcenia wyrzuca moją wizytówkę do kosza na śmieci, nie oglądając się za siebie.
"Szefie..." zaczął Jasper po chwili brzemiennej ciszy. "Ona jest... inna niż reszta wilków."
Nie odpowiedziałem, ze wzrokiem utkwionym w jej oddalającej się sylwetce. Czym było to uczucie? Przez wszystkie moje lata nigdy nie czułem tak dziwnego przyciągania, tej magnetycznej więzi.
"Wykop wszystko o rodzinie Vance'ów sprzed trzech lat," rozkazałem w końcu. "Każdy szczegół."
Jasper skinął głową w zamyśleniu. "Myśli pan, że została wrobiona?"
Kontynuowałem wpatrywanie się w okno, podczas gdy w mojej klatce piersiowej rozlewał się ból, który nie miał nic wspólnego z ranami postrzałowymi. Mój wilk był niespokojny, wzburzony jej nieobecnością w sposób, który nie miał żadnego sensu.
"Nie wiem," przyznałem, gdy mój wilk poruszył się niespokojnie pod moją skórą. "Ale zamierzam się dowiedzieć."
















