Powietrze w sali dusi. Nie dlatego, że jest w niej tłoczno – choć w istocie tak jest – ale ze względu na nich.
Donato. Lorenzo. Emilio.
Trzej mężczyźni kroczący przez świat niczym królowie, nietykalni i bezlitośni. A teraz każda odrobina ich uwagi skupia się wyłącznie na mnie.
Powietrze między nami jest naelektryzowane, brzęczy czymś niewypowiedzianym, czymś niebezpiecznym. Moje usta wciąż mrowią
















