Z perspektywy Vanyi:
Smród zastałego moczu, pełzającej pleśni i zaschniętej krwi tworzy fundamentalną rzeczywistość mojej egzystencji. Czujesz smak żelaza osadzający się na tylnej ścianie gardła. Normalny człowiek mógłby pomyśleć, że utknął w koszmarze, i modliłby się, by obudzić się w ciepłym łóżku, w porannym słońcu wpadającym przez okno. Ale nie ja.
Odzyskałam przytomność w tej lodowatej, spowitej całkowitymi ciemnościami celi dwadzieścia minut temu. Dźwięk drapania przykuł moją uwagę tuż przed tym, jak ostre zęby zacisnęły się na moim palcu wskazującym. Szczur popełnił fatalny błąd, próbując pożywić się moim ciałem, gdy byłam nieprzytomna. Bez zastanowienia skręciłam mu kark. Ten szkodnik to mój obecny posiłek — śniadanie, obiad i kolacja złączone w jeden żałosny, surowy kęs. Rozrywanie żylastego mięsa jest ponurym zadaniem, ułatwionym nieco przez fakt, że bycie wilkołakiem to jedyna zaleta, która trzyma mnie teraz przy życiu. Moje oczy bez wysiłku przyzwyczajają się do ciemności.
Przez czternaście bolesnych lat ten opuszczony przez Boginię podziemny ośrodek szkoleniowy był moim osobistym piekłem. Przerzucano mnie z dołu do dołu. Szturchano, dźgano, wykrwawiano i torturowano.
Wszelkie przelotne wspomnienia mojego życia sprzed tego koszmaru są nieliczne, zredukowane do pofragmentowanych, płonących obrazów. Rozpalone do czerwoności płomienie liżące ściany. Ogłuszające krzyki wibrujące w moich uszach. Uczucie, gdy jakiś mężczyzna gorączkowo kołysze mnie w przód i w tył, a jego duże dłonie osłaniają moją twarz przed gorącem.
– Ciii, Vanyu, nie mogą usłyszeć, jak płaczesz – szeptał rozpaczliwie, tuląc się do moich umazanych łzami policzków. Głośny trzask rozległ się w górze. Więcej krzyków. Potem dławiąca czerń pochłonęła wszystko.
Moja męka tak naprawdę zaczęła się w czułym wieku czterech lat. Strażnicy wsadzili mnie do lodowatej, górskiej celi razem z pięćdziesięciorgiem innych drżących, przerażonych dzieci. Byliśmy pokryci sadzą i krwią, a nasze ubrania poszarpano na strzępy. Rzadkie, zimowe powietrze paliło moje płuca. Przez mały, zakratowany srebrem otwór w kamieniu widziałam ośnieżone szczyty i gęstą pokrywę drzew.
To zapoczątkowało brutalny reżim treningowy zaaranżowany przez Vulkana. Był sadystycznym tyranem, górą mięśni, człowiekiem, który miał nad nami wszystkimi absolutną władzę decydowania o życiu i śmierci. Na podstawie umiejętności przetrwania orzekał, kto będzie oddychał kolejnego dnia. Kto oczekuje, że czteroletnia dziewczynka zrozumie, czym jest przetrwanie? Szybko się nauczyłam.
Pamiętam dzień, w którym wziął mnie na celownik. Pociągnął mnie mocno za nasadę moich hebanowych włosów i wrzucił do stalowej klatki do walki. Moim przeciwnikiem był znacznie starszy i większy chłopiec. Vulkan stał za kratami, rycząc na nas, żebyśmy walczyli, jeśli chcemy żyć. Chłopiec nie wahał się ani chwili. Bezlitośnie kopał mnie i drwił ze mnie, traktując moje małe ciało jak zepsutą zabawkę.
– Jesteś słaba! – Kopnął mnie w żebra.
– Żałosna! – Cios w twarz.
– Suka! – Kolejny kopniak.
Zwinęłam się w kłębek, przyjmując uderzenia. Ale zamiast pęknąć, coś pierwotnego i mrocznego pękło głęboko w mojej psychice. Strach zniknął. Nastąpiła wspaniała, krwawa rzeź. Zmasakrowałam go. Nie pamiętam dokładnej mechaniki rozrywania go na strzępy, pamiętam tylko, jak obudziłam się zakuta w łańcuchy i z obrożą na klepisku, a moje ręce były pokryte jego krwią.
Po tamtym pokazie surowej siły Vulkan za swój osobisty cel postawił sobie złamanie mnie psychicznie i fizycznie. Pragnął wykuć ze mnie otępiałą, wypraną z emocji, żądną krwi maszynę do zabijania. Chciał potwora.
Jego kary były barbarzyńskie. Używał przetykanych srebrem biczów z wplecionymi w końcówki ciężkimi, metalowymi hakami. Nauczyłam się dokładnie, jak brzmi ludzka skóra, gdy jest rozrywana. Brzmi to jak pies rozszarpujący surowy stek — wyraźne pękanie ścięgien i włókien mięśniowych. Masakrował moje plecy, aż ciało zwisało w strzępach.
Gdy mu się sprzeciwiałam, jego gigantyczne pięści spadały na mnie. Wielokrotnie miażdżył mi szczękę. Pamiętam ten obrzydliwy chrzęst rezonujący w mojej czaszce, jak od samej siły uderzenia zatykało mi uszy. Pozostawałam przytomna tylko na tyle długo, by patrzeć, jak moja własna krew rozbryzguje się na ścianach, malując Vulkana w ciemnokarmazynowe smugi.
Jak na ironię, ta ekstremalna trauma fizyczna odniosła odwrotny skutek. Mój układ nerwowy się przystosował. Całkowicie przestał przetwarzać ból. Stałam się obojętna na uderzenia. Pomimo agonii, którą mi zadawał, w milczeniu przysięgłam sobie, że prędzej zginę, niż pozwolę mu złamać mojego ducha walki.
W tych mrocznych latach moim jedynym wytchnieniem był hybrydowy chłopak o imieniu Dex. Był mieszanką wilka i niedźwiedzia, miał jedno zielone oko i jedno w kolorze bursztynowego złota. Był narcystycznym dupkiem, ale dawał mi powód do śmiechu, gdy akurat nie walczyłam o życie. Jednak każda odrobina pocieszenia zniknęła, gdy w okolicach swoich osiemnastych urodzin został sprzedany temu, kto zaoferował najwyższą cenę.
Dokładnie w tym czasie chore zainteresowanie Vulkana moją osobą przeszło przerażającą zmianę. Bicie przerodziło się w przeciągłe spojrzenia i niechciane dotyki. Aż w końcu wezwał mnie z dołów do głównego domu.
Strażnicy wyszorowali mnie do czysta. Wtarli w moją skórę miód i olejki jaśminowe i zmusili do włożenia wyzywającej, jedwabnej błękitnej sukni z głębokim dekoltem. Materiał opadał głęboko na plecy, wystawiając mój kręgosłup na chłodne powietrze.
Zostawili mnie w luksusowej sypialni. Stojąc przed lustrem o pełnej długości po raz pierwszy od niezliczonych lat, w końcu spojrzałam na siebie. Mierzyłam metr sześćdziesiąt pięć. Moje zimne, szaroniebieskie oczy, nakrapiane ostrą zielenią, wpatrywały się we mnie z powrotem. Hebanowe włosy spływały kaskadą aż do kolan, ściągnięte w luźny warkocz. Jedwabna suknia przylegała do wyraźnie krągłego ciała, obdarzonego sporym biustem i biodrami, a jednak pokrytego postrzępionymi bliznami, pamiątkami po życiu spędzonym na walce.
Drzwi zatrzasnęły się z kliknięciem. Vulkan podszedł do mnie od tyłu. Obserwowałam jego masywne odbicie w lustrze. Wyciągnął rękę i przejechał swoim brudnym palcem wzdłuż linii mojego nagiego kręgosłupa. Jego odrażający dotyk sprawił, że moja skóra zapłonęła obrzydzeniem. Żołądek podszedł mi do gardła.
Działając wyłącznie instynktownie, odwróciłam się gwałtownie. Zaparłam się stopami, skręciłam biodra i z całym impetem uderzyłam zaciśniętą pięścią prosto w środek jego twarzy.
Uderzenie gruchnęło w jego nos. Lekko się zatoczył, a jego głowa odskoczyła w bok. W pokoju zapadła przeciągła cisza. Sięgnął dłonią, od niechcenia ocierając krew z nowo rozciętej wargi. Wpatrywał się w karmazyn rozsmarowany na jego palcu, a potem go zлизаł. Przeniósł wzrok z powrotem na mnie, a jego twarz wykrzywiła się w uśmiechu czystego, przepełnionego żądzą zła. Jego kasztanowe oczy pociemniały, zamieniając się w smoliście czarne otchłanie.
Odwzajemniłam jego zabójcze spojrzenie. Nigdy nie ustępowałam w dołach i nie zamierzałam ustępować teraz.
Uderzył bez ostrzeżenia. Wyprowadził druzgocący, żelazny cios wierzchem dłoni, który wyrzucił mnie w powietrze. Uderzyłam mocno w rozległy materac. Zanim zdążyłam się odsunąć, jego masywny ciężar opadł prosto na mnie. Przygwoździł moje kończyny, wbijając swoje ciężkie kolana w moje nogi, by uwięzić je na łóżku.
Wiedząc doskonale, że krzyczenie o pomoc w tym ośrodku jest bezcelowe, zebrałam w ustach ogromną ilość śliny. Splunęłam prosto w jego twarz.
– Pierdol się, Vulkan – syknęłam jadowicie. Szamotałam się desperacko, rzucając swoim ciężarem na boki, by uwolnić uwięzione kończyny.
– Och, Vanyu, jakaś ty zadziorna – wyszeptał w odpowiedzi. Jego złowrogi uśmiech poszerzył się, gdy wytarł ślinę z policzka.
Opuścił głowę i bezlitośnie wpił się wargami w moje. Zacisnęłam szczękę, odmawiając mu wstępu. Zmienił chwyt, uwalniając jedną rękę, by wpleść grube palce w moje włosy i szarpnąć moją głowę do tyłu. Zachłysnęłam się od ostrego pociągnięcia. Wykorzystując otwarcie, spróbował wsunąć swój przesiąknięty zapachem whiskey język do moich ust, aby pogłębić to pogwałcenie.
Zacisnęłam gwałtownie zęby. Włożyłam całą siłę szczęki w to ugryzienie, starając się całkowicie odgryźć mięsień.
Ryknął z przeszywającego bólu. Szarpnął się do tyłu, wyrywając swój krwawiący język z moich ust, i natychmiast uderzył ciężką pięścią prosto w mój brzuch. Brutalne uderzenie wybiło powietrze z moich płuc. Kolejny żelazny cios wierzchem dłoni uderzył w moją twarz, rozkrawając mi wargę.
– Ty jebana suko. Nauczę cię rozumu – warknął.
Agresywnie obrócił mnie na brzuch, wciskając moją twarz w materac. Gorączkowo rzucałam się i kopałam pod jego przytłaczającym ciężarem. Wyrzuciłam łokcie do tyłu, walcząc z każdą uncją mojej siły, tylko po to, by napotkać solidny, bolesny cios prosto w nerkę. Tępa siła uderzenia posłała obrzydliwą falę uderzeniową przez mój tułów, paraliżując na decydującą sekundę moje mięśnie.
Używając swojego ciężkiego skórzanego paska, związał razem moje nadgarstki, bezpiecznie krępując moje ręce nad głową i unieruchamiając mnie. Złapał materiał jedwabnej, błękitnej sukni i brutalnie zdarł ją z mojego ciała. Materiał rozdarł się z głośnym trzaskiem, wystawiając moją nagą, pokrytą bliznami skórę na lodowate powietrze w pokoju.
– Teraz się dowiesz, dlaczego nazywają mnie VULKANEM! – ryknął triumfalnie w otwartą przestrzeń.
Palący, rozrywający skórę ból przeszył mój układ nerwowy, gdy wepchnął swojego penisa w moją pochwę, gwałcąc mnie z brutalną siłą. Wbijał biodra do przodu, rozrywając moje ciało bez najmniejszej uncji litości. Pojedynczy, początkowy krzyk czystego szoku i agonii zdołał uciec z moich ust. To naruszenie piekło jak gorące żelazo, drąc sam rdzeń mojego jestestwa.
Ale potem się opamiętałam. Mocno zacisnęłam szczękę, zgrzytając zębami, i siłą przełknęłam resztę mojego obezwładniającego bólu. Kategorycznie odmówiłam mu jakichkolwiek łez. Odmówiłam wydania z siebie jakichkolwiek dalszych dźwięków cierpienia, które mogłyby podsycić jego chorą, sadystyczną przyjemność. Chciał zepsutej zabawki. Nie dam mu nic poza trupią ciszą.
Pod tym brutalnym atakiem ból osiągnął swoje apogeum. Każdy z moich zmysłów fizycznych zaczął się wyłączać. Ochronna ciemność wpełzła powoli, próbując przejąć kontrolę nad moim umysłem, by uchronić mnie przed traumą. Jednak ja pozostawałam tragicznie świadoma. Leżałam tam, uwięziona we własnym ciele, w pełni świadoma oślepiającego bólu fizycznego rozrywającego moje wnętrze z każdym jego pchnięciem. Koszmar się ciągnął, będąc niekończącym się cyklem upokorzenia i agonii.
Właśnie wtedy, gdy udręka wydawała się nie mieć końca, dziwny, odległy głos nagle całkowicie przykuł moją uwagę. Odbiła się echem gdzieś z głębi mojego własnego umysłu, omijając fizyczny horror tego pokoju.
Co do diabła?
















