Dzika Pustka: Partnerka Wojownika z Areny

Dzika Pustka: Partnerka Wojownika z Areny

Autor: Lysander Vesper

Nawiedzony
Autor: Lysander Vesper
23 lip 2026
Z perspektywy Kaela: Srebrzyste światło księżyca, przesączające się przez masywne szkło tarasu, oferowało ulotny promyk spokoju, ostro kontrastując z blond suką, która obecnie klęczała na podłodze, desperacko ssąc mojego kutasa. Mój wewnętrzny wilk domagał się fizycznego uwolnienia, pierwotnej potrzeby rozładowania napięcia, a jednak nie czułem najmniejszego zainteresowania jej entuzjastycznym podskakiwaniem i jękami. Mój umysł był gdzie indziej, uwięziony w nieustępliwej, doprowadzającej do szału pętli. Zamykałem oczy, a te przenikliwe srebrne oczy, które nękały moje noce, natychmiast błyskały pod moimi powiekami, świecąc w mrocznej otchłani mojego umysłu. Szukając końca tego pustego uczucia, chwyciłem tył jej głowy obiema dłońmi. Wbiłem mojego kutasa głęboko w czeluść jej gardła, sprawiając, że zakrztusiła się i zaczęła łapać powietrze. Drgający przypływ mojego uwolnienia uderzył mocno, oferując chwilową, przedłużającą się sekundę relaksu, zanim brutalna rzeczywistość z powrotem odzyskała ostrość. Odsunęła się, łapiąc powietrze, i natychmiast spróbowała zamaskować swoje dławienie się wysokim, uwodzicielskim mruczeniem. Ten drażniący dźwięk zazgrzytał w moich bębenkach, zamieniając mój poorgazmiczny spokój w natychmiastową wściekłość. Moja tolerancja na ten pusty fizyczny kontakt osiągnęła swój limit. – WYNOCHA! – ryknąłem, a mój głos odbił się od ciężkich kamiennych ścian. Złapałem ją za nagie gardło, podnosząc jej smukłe ciało prosto z podłogi. Jej wypielęgnowane paznokcie bezużytecznie drapały moje przedramię, a jej stopy kopały puste powietrze, gdy wlokłem ją po perskim dywanie. Przeszedłem przez sypialnię, pociągnąłem za ciężkie dębowe drzwi i bezceremonialnie wyrzuciłem ją na zimny kamienny korytarz. Wylądowała mocno na swoim nagim tyłku. Gówno mnie obchodziło, że była naga i szamotała się na podłodze. Zatrzasnąłem drzwi, ucinając jej skomlenie, i odwróciłem się z powrotem w stronę cichego tarasu. Niski, rozbawiony śmiech dobiegł z kąta pokoju. Vaughn, mój Beta i biologiczny brat, wyłonił się z cieni wejścia do przedpokoju, od niechcenia kręcąc głową. – Mogłeś po prostu wyrzucić ją przez balkon – zaoferował z perfidnym, pomocnym uśmiechem. – I marnować mój cenny czas na płacenie komuś, by zmył jej brudną krew z nieskazitelnego, zewnętrznego kamienia siedziby stada? Nie sądzę. – Szorstki śmiech wyrwał się z mojej piersi. Podszedłem do kryształowej karafki spoczywającej na moim biurku i nalałem nam obu hojną porcję dojrzałej whiskey. Vaughn oparł się o biurko, odbierając ode mnie szklankę. Przestudiował mój wzburzony stan, a jego zielone oczy zwęziły się, gdy zauważył mój podły nastrój. – Widzę, że humor jak zawsze dopisuje. Wciąż masz te koszmary? – Przez dwa jebane lata – mruknąłem mrocznie, wpatrując się w bursztynowy płyn, po czym wypiłem go jednym, szybkim haustem. Pieczenie nie zrobiło nic, by znieczulić frustrację ściskającą moją klatkę piersiową. Nalałem sobie kolejną szklankę. – Z każdym razem stają się coraz wyraźniejsze. To tak, jakby powietrze było wysysane wprost z moich płuc, pozostawiając mnie duszącego się w ciemności. Ale dokładnie w tym samym jebanym czasie odczuwam intensywne podniecenie. To doprowadza mnie do szału. Próbując zmienić obiekt mojego ponurego skupienia i oderwać mój umysł od duszących snów, Vaughn skierował rozmowę na nadchodzące Mistrzostwa Wojowników, których byliśmy gospodarzami. – Brzmi tak, jakbyś potrzebował porządnego rozproszenia, żeby krew zaczęła szybciej krążyć. Dobrze, że zorganizowaliśmy te walki. A skoro mowa o mistrzostwach – zawiesił głos, stukając w swoją szklankę – w podziemnych dołach krąży plotka, że Vulkan przyprowadza nową zabawkę. Zaśmiałem się głośno z pogardą, opierając się o ciężkie drewniane meble. Vulkan był znanym w środowisku szkoleniowcem o reputacji szumowiny, który działał w oparciu o tanie sztuczki i brutalną siłę. Nie miałem do tego człowieka ani grama szacunku. – Niepokonana wojowniczka – kontynuował Vaughn, płynnie dorzucając szczegół, który przykuł moją uwagę. – Kobieta. I plotka głosi, że niedawno pokonała Tora. Zamarłem, a smak whiskey pozostał na moim języku. – Kobieta? Hah, nie rozśmieszaj mnie. Tor był czempionem Alfy Dariusa, potężną hybrydą wilka i wampira, znanym ze swojej bestialskiej siły i śmiercionośnych instynktów. Powalenie go nie było byle jakim wyczynem, a co dopiero dla kobiety w podziemnym kręgu wojowników. To twierdzenie brzmiało absurdalnie, chociaż złowroga, mroczna intryga, jaka zrodziła się w mojej piersi, była niezaprzeczalna. – Nie oceniaj, dopóki jej nie zobaczysz – odparł Vaughn, a na jego twarzy wykwitł czysto złośliwy uśmiech. Doskonale wiedział, jak mnie podejść. – Jeśli jest naprawdę tak wyjątkowo dobra, jak głoszą szepty, to z pewnością będzie to warta zachodu rozrywka. – Miejmy więc nadzieję, że dobrze krwawi. Zaproszenia zostały wysłane? – Rozesłałem je wszystkie, zanim znalazłem ten wór mięsa płaczący na tyłku na korytarzu – roześmiał się Vaughn, przeciągając ramiona nad głową. – Właśnie dlatego to ty jesteś moim Betą, a nie tylko bratem – wskazałem na niego palcem, odchodząc od biurka. – A teraz wynoś się. Muszę zmyć ślinę tej suki z mojej skóry. Stałem pod wrzącym strumieniem prysznica przez prawie godzinę, pozwalając, by brutalne gorąco zmyło z mojego ciała fizyczny smród i pustą desperację. Gdy już się ubrałem, ominąłem sypialnię i wycofałem się prosto do odosobnionej ciszy mojego prywatnego biura. Masywny, brązowy skórzany fotel jęknął, gdy się w nim zapadłem, czując ciężar we własnych mięśniach. Dziś wieczorem błahe sprawy polityki stada — ataki wyrzutków, spory graniczne, zdesperowani alfowie próbujący wydać swoje córki za mąż, by zabezpieczyć sojusze — nudziły mnie. Moje mroczne myśli popłynęły w stronę tragicznej, przesiąkniętej krwią historii, na której zbudowano to właśnie pomieszczenie. Nasza łagodna matka zwykła nam powtarzać, że Księżycowa Boginia stworzyła dla każdego przeznaczonego partnera. Niestety, ona sama nigdy nie doczekała życia w tej prawdzie. Została zmuszona do poślubienia naszego drania ojca, tyrana, który utrzymywał obrotowe drzwi pełne przypadkowych zdobyczy. Kiedy wiele lat później ostatecznie udało jej się odnaleźć swojego prawdziwego, przeznaczonego partnera, nasz ojciec odkrył tę więź. Będąc pozbawionym serca potworem, bezlitośnie torturował i zamordował tego mężczyznę prosto na jej przerażonych oczach. Pochłonął ją żal. Zamknęła się w swoich komnatach, pozwalając na wejście tylko Vaughnowi i mnie. Spędziliśmy naszą młodość, patrząc, jak powoli zabija ją nieunikniony ból. Z ostatnim, gasnącym tchnieniem przeklęła go, przysięgając, że będzie go wiecznie nawiedzać zza grobu. Jej klątwa zadziałała bezbłędnie. Nasz ojciec z czasem stracił zmysły. Swoje ostatnie miesiące spędził w stanie manii, bezcelowo błąkając się po gęstych lasach bayou, nagi i pokryty błotem, wykrzykując imię Delphine w pustą noc. Zniszczona więź między przeznaczonymi, której on sam nigdy nie zdołał jej zmusić do zaakceptowania, roztrzaskała jego umysł. Zmarł w końcu w brudzie, złamany więzią, której ona nigdy nie mogła mu odwzajemnić. Ciężka cisza biura naciskała na moje skronie. Wyczerpany wspomnieniami, zapadłem w niespokojny sen prosto tam, w skórzanym fotelu biurowym. Natychmiast pochłonęła mnie dławiąca czerń. Upiorny bezruch unieruchomił moje ciało. Nie mogłem się poruszyć. Nie mogłem wydać dźwięku. Wtedy się pojawiły. Te przenikliwe, eteryczne srebrne oczy, wpatrujące się we mnie z ciemności, przygważdżające mnie do ziemi, iskrzące tym pokręconym, doprowadzającym do szału podnieceniem w mojej krwi, aż do momentu, gdy moja klatka piersiowa zaczęła boleć z potrzeby zaczerpnięcia tchu. Kliknięcie. Ostry dźwięk zamykanych drzwi wyrwał mnie ze snu. Kroki zbliżyły się do biurka. Przetarłem twarz dużymi dłońmi, jęcząc chrapliwie, gdy spojrzałem przez palce. Stał tam Vaughn, a jego fizyczna obecność wyciągnęła mnie z koszmaru. Jego przenikliwe zielone oczy — oczy naszej matki — patrzyły na mnie z góry. Mając metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu, ze swoimi jasnymi, piaskowobrązowymi włosami i nieustającą opalenizną, wyglądał na niewzruszonego późną porą. – Która godzina? – mruknąłem, a mój głos był szorstki od snu. – Około dwóch godzin do rozpoczęcia widowiska – oznajmił rześko. Sięgnął po szklankę i płynnym ruchem podał mi nową porcję dojrzewającego w opalanych beczkach bourbona, by przeciąć utrzymujące się otępienie senne. Wziąłem szklankę, ciężko opierając łokcie na dużym, wiśniowym biurku. Zakręciłem bursztynowym płynem, wdychając ostry, dymny aromat. – Czy ostateczne przygotowania bezpieczeństwa na arenie są gotowe? – Zakończone. Corbin właśnie w tej chwili dopracowuje ostatnie szczegóły dotyczące obwodu. Prawie wszyscy już dotarli – odpowiedział Vaughn, opierając się o okno sięgające od podłogi do sufitu, z którego roztaczał się widok na mgliste rozlewiska Luizjany. – Nic dziwnego, że Vulkana jeszcze nie ma. Uwielbia dramatyczne wejścia. – Dobrze – skinąłem głową gładko, emanując cichym autorytetem. – Corbin udowadnia, że jest godzien tytułu Gammy, nawet jeśli zaczynał jako niedoświadczony. Vaughn zachichotał cicho, ze wzrokiem utkwionym w ciemnych bagnach na zewnątrz. – Przejęcie klanu w wieku dwudziestu i dziewiętnastu lat dało nam mnóstwo praktyki w kształtowaniu naszych szeregów. Sześć lat później przewodzimy najbardziej budzącemu grozę klanowi na Południu. Wypuściłem z siebie mroczny, rozbawiony śmiech, wspominając brutalną, wybrukowaną krwią wspinaczkę po władzę po śmierci naszego szalonego ojca. Rywalizujące klany uważały nas za słabe, młode cele. Wymordowaliśmy ich wszystkich, malując granice na czerwono. To było bezwzględne przejęcie, które słusznie zapewniło mi przerażający przydomek „Bloodvoid”. Moi wojownicy drugiego szczebla z łatwością dziesiątkowali ich najsilniejszych wojowników. Nagły, statyczny szum wibrował w mojej głowie. Konwój Vulkana właśnie podjechał, przekazał sprawnie Corbin przez umysłową więź stada. Dobrze. Zaprowadźcie ich do namiotu postojowego. Zejdziemy tam wkrótce, odpowiedziałem płynnie, zamykając połączenie. – Wygląda na to, że nasz ostatni gość właśnie dotarł – powiedziałem, wstając z ciężkiego skórzanego fotela. Przeciągnąłem ramiona, fizycznie rozładowując ciasne napięcie skręcające się w moich ciężkich mięśniach. Nagle wstrząsająca nerwami fala elektrycznego oczekiwania przetoczyła się ostro w górę mojego kręgosłupa, sprawiając, że włosy na rękach stanęły mi dęba. Vaughn dopił resztę swojego bourbona i postawił szklankę na biurku. – Dołączymy do tej rozrywki? Wyszliśmy z biura na rozległe, wyłożone kamieniem korytarze siedziby stada. Poczucie śmiercionośnej ciszy wypełniło korytarze, gdy moi ciężko uzbrojeni elitarni strażnicy płynnie uformowali szyk tuż za Vaughnem i mną. Poruszaliśmy się zdecydowanym krokiem, wychodząc z posiadłości i kierując się prosto w stronę masywnej zewnętrznej areny walk wyrytej w ziemi. Odległy ryk gromadzącego się tłumu przenikał przez gęste nocne powietrze, niosąc ze sobą wyraźny zapach potu, brudu i zbliżającej się przemocy. Och, to dokładnie mój rodzaj zabawy, mój wewnętrzny wilk, Varg, zaśmiał się mrocznie w zakamarkach mojego umysłu. Wibrował wręcz z surowej, brutalnej energii, chodząc nerwowo w granicach moich żeber. My też się pobawimy? Oblizał swoje ostre, wystające kły, posyłając mi złowieszczy, zębaty uśmiech w moim wyobrażeniu. Zaśmiałem się cicho pod nosem, czując niespodziewany, niewypowiedziany przypływ czystej euforii krążący w moich żyłach, gdy weszliśmy do ciężkiej metalowej windy zabierającej nas w dół na teren areny. Metalowe zębatki zazgrzytały o siebie, zjeżdżając w dół. Zależy, czy znajdę godnego przeciwnika, czy nie, odpowiedziałem mu w myślach. Niech „Walki” się rozpoczną.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Nawiedzony – Dzika Pustka: Partnerka Wojownika z Areny | Czytaj powieści online na beletrystyka