Dzika Pustka: Partnerka Wojownika z Areny

Dzika Pustka: Partnerka Wojownika z Areny

Autor: Lysander Vesper

Psy, proszę pana?
Autor: Lysander Vesper
23 lip 2026
Z perspektywy Vanyi: Pozostałości euforii z areny krążące w moich żyłach działały odurzająco. Każde zakończenie nerwowe w moim ciele iskrzyło od surowej, nieujarzmionej adrenaliny walki. Moja krew nuciła miarowy, zwycięski rytm w bębenkach, zagłuszając wiwatujące ryki tłumu, które wciąż odbijały się echem za ciężkimi, drewnianymi bramami piaszczystego ringu. Wygrana tam na zewnątrz obudziła w mojej piersi pierwotny głód. Widok elitarnych wojowników Alfy Kaela opuszczających głowy z niechętnym szacunkiem, gdy przechodziłam obok nich, karmił ten głód w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. – To było ekscytujące – mruknęła cicho Nyx, mój wewnętrzny wilk, przemierzając granice mojego umysłu z niespokojną, drapieżną energią. – Owszem, było – zgodziłam się po cichu, pozwalając, by na moich ustach zagościł mały, prywatny uśmiech. Zdecydowanym ruchem odgarnęłam grubą, płócienną klapę przydzielonego mi namiotu postojowego, spodziewając się zebrać moje skromne rzeczy i przygotować się na to, co miało nadejść. Zakładałam, że zaproszenie Alfy zaoferuje mi krótkie wytchnienie. Zamiast tego ciężki, duszący smród zwietrzałej whiskey i nieumytego potu uderzył w moje zmysły. Półmrok w namiocie stanowił ostry kontrast w stosunku do jasnego słońca na arenie, na moment mnie oślepiając. Ułamek sekundy później brutalny cios wierzchem dłoni trzasnął na mojej szczęce. Sama siła tego uderzenia szarpnęła moją głową gwałtownie w bok. Jasne rozbłyski białego światła mignęły mi pod powiekami. Ostry, metaliczny posmak zalał moje usta, gdy moje zęby wbiły się głęboko we wnętrze mojego policzka. Zatoczyłam się, a moje ciężkie buty ślizgały się po ubitym, piaszczystym klepisku, gdy walczyłam o utrzymanie równowagi. Vulkan wyłonił się z cieni. Jego twarz wykrzywiona była w mrocznym, złowrogim grymasie, a jego oczy były czarne od złośliwych zamiarów. – Myślisz, że pozwolę ci mnie opuścić? – zasyczał, a jego głos ociekał absolutnym jadem. Zanim zdążyłam odzyskać równowagę lub podnieść ręce, by się obronić, rzucił się do przodu. Jego masywne dłonie zacisnęły się na moich ramionach, popychając mnie w przód z brutalną siłą. Wbił moje ciało mocno w gruby, popękany drewniany filar podtrzymujący środek namiotu. Uderzenie wybiło mi powietrze z płuc. Przycisnął swój wielki ciężar do moich pleców, agresywnie dociskając moją głowę do szorstkiego drewna. Ostre drzazgi wbiły się w mój policzek. – Należysz do mnie – splunął, a jego gorący, kwaśny oddech owiał moje ucho. Jego wielka, brudna ręka wślizgnęła się wokół mojego ciała z przodu, chwytając moją pierś z chorym, bolesnym poczuciem własności. Ścisnął ciało brutalnie, a jego stwardniałe palce wbijały się we mnie, jakbym była niczym więcej niż rzeczą. Za mną poczułam nieomylny, twardy ucisk jego erekcji wbijający się w mój tył. Czyste, nieskażone obrzydzenie wzbierało w moich trzewiach. Walka na arenie obudziła we mnie drzemiącą bestię, a dotyk Vulkana był zapałką odpalającą beczkę prochu. Odmawiałam bycia ofiarą przez choćby jedną kolejną sekundę mojego życia. Kierując się wyłącznie bojową adrenaliną, oparłam dłonie płasko o drewniany słup, żeby uzyskać dźwignię. Przeniosłam ciężar ciała, wbijając piętę w ziemię i z całą siłą, jaką tylko mogłam w sobie zebrać, uderzyłam kolanem do tyłu, prosto w jego odsłonięte krocze. Obrzydliwy chrzęst uderzenia odbił się echem w cichym namiocie. Vulkan natychmiast mnie puścił. Z jego gardła wyrwało się zdławione, wysokie wycie. Jego masywna sylwetka skuliła się. Padł na kolana, chwytając się za genitalia, a z jego twarzy odpłynęły kolory, kiedy złożył się wpół na piaszczystej podłodze w czystej agonii. Odwróciłam się, odsuwając się od słupa, a moja klatka piersiowa falowała. Z mojego gardła dobiegł niski, dziki warkot. Rozprostowałam palce, czując znajome, zabójcze wysuwanie się moich pazurów z łożysk. Zrobiłam krok w kierunku jego zwijającej się postaci, w pełni gotowa pokroić go na krwawe, nierozpoznawalne kawałki. W pobliżu wejścia ktoś odchrząknął. Zamarłam, a moje pazury znajdowały się cale od twarzy Vulkana. Wysoki, dobrze zbudowany nieznajomy z pewnością siebie wkroczył do słabo oświetlonego namiotu. Ubrany był w skrojone na miarę ubrania i niósł ze sobą aurę niekwestionowanego autorytetu, całkowicie niewzruszony widokiem zdziczałej wojowniczki stojącej nad jęczącym mężczyzną. Spojrzał od niechcenia na Vulkana krwawiącego w pyle, po czym skrzyżował swoje przenikliwe spojrzenie z moim. – Czyżbym w czymś przeszkodził? – zapytał gładko mężczyzna, unosząc ciemną brew. Nie schowałam pazurów. – W krojeniu tego kawałka gówna na filety? Nie. Nie przeszkodziłeś. Nieznajomy posłał mi delikatny, rozbawiony uśmieszek. – Pozwól, że się przedstawię. Jestem Vaughn Vanguard, Beta i brat Alfy Kaela, który oficjalnie poprosił, abyś dołączyła do nas dzisiejszego wieczoru na kolację. Vulkan sapnął, próbując gorączkowo podnieść się na chwiejnych nogach. Jego twarz była czerwona i pokryta plamami od bólu i wściekłości. – Ona nigdzie nie idzie – wykrztusił Vulkan, wypluwając grudkę zakrwawionej śliny na ziemię. – Wraca ze mną. Nie zawahałam się. Wbiłam but prosto w szczękę Vulkana, odrzucając jego głowę do tyłu i posyłając go po raz kolejny plackiem na plecy. – Leż, ty obrzydliwy śmieciu. – Pochyliłam się, wbijając swoje ostre pazury w bok jego policzka tylko na tyle, by narysować cienką linię świeżej krwi. Vaughn od niechcenia studiował żałosnego, krwawiącego w pyle mężczyznę przez długą sekundę. Wydawało się, że nie obchodzi go fakt, iż jeden z trenerów z areny jest właśnie bity na miazgę. Spokojnie przeniósł z powrotem uwagę na mnie, krzyżując ramiona na szerokiej piersi. – Co ty osobiście chcesz z nim zrobić? – zapytał Vaughn, a jego ton był niemal konwersacyjny. Spojrzałam na Vulkana. Lata znęcania się, klatki, ciężkie łańcuchy, nieskończone upokorzenia przewinęły się przez mój umysł w błyskawicznym tempie. Pozwoliłam, by moje usta wykrzywiły się w głęboko złowrogim, mrożącym krew w żyłach uśmiechu. – Chciałabym odciąć mu kutasa i jaja i nakarmić nimi jego psy, podczas gdy on będzie na to patrzył – oświadczyłam wprost, a mój głos był śmiertelnie poważny i pozbawiony cienia litości. Cisza, jaka po tym zapadła, była ciężka. Vaughn zamrugał, a po jego twarzy przemknął błysk autentycznego zaskoczenia. Kilku elitarnych wojowników, którzy właśnie weszli do namiotu za Vaughnem, wyraźnie wzdrygnęło się na moje dosadne słowa. Twarz Vulkana przybrała gwałtownie fioletowy odcień z wściekłości. – Ty chora suko, zabiję cię! – krzyknął, a jego głos łamał się z desperacji i furii. Ta groźba była dokładnie tym ostatecznym bodźcem, którego potrzebowałam. Poruszając się znacznie szybciej, niż ktokolwiek w pomieszczeniu mógł przetworzyć w umyśle lub na co mógł fizycznie zareagować, obróciłam się gwałtownie. Opuściłam ciężar ciała, zrównując się z pachwiną Vulkana. Zanim w ogóle zdążył podnieść ręce, by się obronić, wbiłam swoje ostre, wysunięte pazury bezpośrednio w jego krocze. Przeciągnęłam moimi ostrymi jak brzytwa paznokciami w brutalnym, wymiatającym ruchu, gładko przecinając materiał, skórę i gruby mięsień. Pełen agonii wrzask Vulkana przedarł się przez brezentowe ściany, a był to dźwięk czystego horroru. Bezbłędnie zrealizowałam moją dokładną groźbę, całkowicie odrywając odcięte, krwawe kawałki jego kutasa i jaj od jego ciała. Ciepła krew trysnęła na ziemię i ochlapała moje buty. Vulkan miał konwulsje, a jego dłonie powędrowały do zrujnowanej, obficie krwawiącej papki między jego nogami. Oczy uciekły mu w głąb czaszki z powodu samego szoku spowodowanego traumą. Podniosłam się płynnie, mocno ściskając we krwi zakrwawione ciało. Bez cienia wahania od niechcenia rzuciłam odcięte genitalia prosto w ciemny kąt namiotu, gdzie przykute były dwa masywne owczarki niemieckie Vulkana. Psy chwyciły zakrwawione mięso w locie, w kilka sekund pożerając ciało swojego byłego pana. Vaughn stał oszołomiony, z lekko rozchylonymi ustami. Wpatrywał się w gwałtownie powiększającą się kałużę krwi wokół Vulkana, potem na psy oblizujące pyski, a na koniec na mnie. Głośny, dudniący śmiech pełen czystego niedowierzania wyrwał się z jego klatki piersiowej. Pokręcił głową, niezaprzeczalnie rozbawiony samą drapieżnością tej surrealistycznej sceny. – Kurwa – zachichotał Vaughn, unosząc rękę, by dać sygnał swoim ludziom. – Wyciągnijcie stąd jego szybko wykrwawiające się ciało i spalcie je. Wszelkie jego wygrane wracają do kasyna. Jeden z wojowników, wyglądający blado i z przerażeniem patrzący na krwawy bałagan na podłodze, wskazał w stronę kąta. – A co z psami, sir? Włożyłam kciuk i palec środkowy do ust i wydałam z siebie ostry, władczy gwizd. Dwa lojalne psy, Bane i Zira, natychmiast stanęły na baczność. Przetruchtały obok drgającego ciała Vulkana i mocno zajęły pozycję u mojego boku, wciskając swoje gęste futra w moje nogi. – Oto twoja odpowiedź – zaśmiał się Vaughn, po raz kolejny kręcąc głową. Uprzejmie wskazał na wyjście. – Jeśli zechcesz pójść za mną, załatwimy ci kąpiel i ubierzemy cię. Pozwoliłam, by moje pazury się schowały, po czym wytarłam nadmiar krwi w spodnie. Przeskoczyłam nad Vulkanem bez drugiego spojrzenia i poszłam za Vaughnem, opuszczając zakrwawiony namiot, a Bane i Zira stanowili cień za każdym moim krokiem. Vaughn osobiście eskortował mnie przez tętniącą życiem wioskę namiotów postojowych. Odeszliśmy od hałasu i brudu dołów walki, kierując się w stronę masywnej, imponującej posiadłości, która górowała nad terytorium. Bardziej przypominało to fortecę lub zamek niż dom. Grube kamienne mury wznosiły się na pięć pięter w górę, podkreślone przez strzeliste witraże, ciemną mahoniową stolarkę i rozległe, katedralne sufity. Sama skala tego miejsca onieśmielała. Całkowicie minęliśmy główne części mieszkalne. Vaughn zaprowadził mnie do gładkiej, wyłożonej drewnem ściany i wcisnął ukryty przycisk. Ściana się rozsunęła, odsłaniając elegancką, prywatną windę. Weszłam do środka, oskrzydlona przez psy, podczas gdy Vaughn i młoda wojowniczka weszli za mną. Vaughn wcisnął przycisk najwyższego piętra. – W tej chwili jedyny dostępny pokój gościnny znajduje się na prywatnym piętrze Alfy. Ulokujemy cię na samym końcu skrzydła – wyjaśnił gładko. Wskazał na kobietę obok siebie. – To Cleo. Jest tu wojowniczką i do niej należy zadanie, by pomóc ci przygotować się do wieczora. Cleo zaoferowała bardzo uprzejme, pełne dobrych manier skinienie głowy. Jej brązowe włosy do ramion zakołysały się, a w bursztynowych oczach kryło się łagodne ciepło. – Cześć, jestem Cleo. – Vanya – odpowiedziałam beznamiętnie, odpowiadając niewielkim skinieniem. Drzwi windy wydały dźwięk i rozsunęły się. Wyszliśmy na rozległe piętro, zdominowane przez okna od podłogi do sufitu, z widokiem na spokojne jezioro bayou. Wieczorne niebo krwawiło w tętniących życiem odcieniach fioletu, różu i pomarańczy, które odbijały się w ciemnej, spokojnej wodzie. Nigdy nie widziałam takiego widoku. Vaughn zatrzymał się przed ciężkimi, ręcznie rzeźbionymi mahoniowymi drzwiami i pchnął je. Wkroczyłam do intensywnie luksusowego pokoju gościnnego. Miękkie, szarobiałe granitowe podłogi rozciągały się przez całą potężną przestrzeń. Po lewej stronie stało gigantyczne łóżko z baldachimem, spowite w przejrzyste, szare zasłony, podczas gdy duże francuskie drzwi otwierały się na prywatny taras z widokiem na jezioro. To był poziom bogactwa, którego nie byłam w stanie pojąć. Pukanie w otwarte drzwi przyciągnęło moją uwagę. Do pokoju wszedł młody, dobrze zbudowany mężczyzna o jasnych orzechowych oczach. – To jest Gavin – przedstawił go Vaughn. – Zabierze psy na dół do kuchni na kolację i dopilnuje, żeby je wyczyszczono. Stanęłam pomiędzy Gavinem a psami, zdecydowanie wbijając swój wzrok w jego. Sama intensywność mojego spojrzenia sprawiła, że młody mężczyzna się zawahał. Uklęknęłam, drapiąc miękkie futro za uszami Bane'a i Ziry, a potem spojrzałam z powrotem na Gavina. – Samiec to Bane. Samica to Zira – powiedziałam mu, a mój głos obniżył się do surowego, śmiertelnego ostrzeżenia. – Masz się nimi bardzo dobrze zaopiekować. Te psy to moi absolutnie jedyni przyjaciele na tym świecie. Jeśli coś im się stanie, pociągnę do odpowiedzialności osobiście ciebie. Gavin przełknął ślinę z trudem, potakując szybko głową. – Będą traktowane jak absolutna elita, obiecuję. Wstałam i wydałam ostry sygnał dłonią. Bane i Zira wyszli za Gavinem z pokoju, lekko merdając ogonami. Z psami bezpiecznie ulokowanymi, Vaughn kiwnął uprzejmie głową i przeprosił, zamykając za sobą ciężkie mahoniowe drzwi, zostawiając mnie samą z Cleo. – Chodźmy wziąć prysznic – powiedziała Cleo z jasnym, zachęcającym uśmiechem, delikatnie prowadząc mnie w stronę dwóch drzwi po lewej stronie pokoju. Weszłyśmy do pełnej przepychu, wyłożonej marmurem łazienki, która była większa niż namiot postojowy, w którym walczyłam. Masywny otwarty prysznic wychodził na jednokierunkowe okna od podłogi do sufitu, a głęboka wanna do namaczania, wystarczająco duża dla czterech osób, stała przy ścianie. Przestrzeń pachniała czystością, jak świeża pościel i drogie mydło. Stanęłam na środku pokoju i zaczęłam metodycznie ściągać z siebie mój brudny, poplamiony krwią strój bojowy. Rozpięłam skórzane paski, pozwalając, by moje zużyte buty uderzyły w marmur. Ściągnęłam ciężką, przesiąkniętą potem tunikę przez głowę i odrzuciłam ją na bok, odwracając się tyłem do lustra, by rozpiąć bandaże. Głośne, przerażone sapnięcie nagle przerwało cichy spokój pokoju. Zatrzymałam się, łapiąc ręcznik, by zakryć swój przód, i zerknęłam przez ramię. Cleo cofnęła się o kilka kroków, dłońmi zaciskając się mocno na ustach z czystego, nieskażonego szoku. Jej bursztynowe oczy gwałtownie zaszły gęstymi łzami, a jej wzrok był otwarcie i strachliwie utkwiony w moich całkowicie zrujnowanych plecach. Wiedziałam, na co patrzy. Na ciężkie, wypukłe pręgi zbliznowaciałej tkanki. Na głębokie, krzyżujące się ze sobą ślady po uderzeniach biczów przetykanych srebrem, trwale wyrytych w moim ciele. Na oparzenia, cięcia, udokumentowaną historię obszernych, przerażających urazów fizycznych, które pokrywały każdy cal skóry, od moich łopatek aż po biodra. Cleo postąpiła delikatnie w przód, a jej dłonie drżały. – Vanya... jak długo? – zapytała lękliwie, a jej głos drżał, gdy wpatrywała się w brutalne płótno mojego przetrwania. – Odkąd miałam cztery lata – odpowiedziałam jej beznamiętnie, a mój ton był całkowicie obojętny. – Ale prawdziwe, systematyczne tortury zaczęły się, kiedy miałam osiem. Z ust Cleo uciekł cichy szloch, a łzy wypłynęły spod jej rzęs i spłynęły bezgłośnie po policzkach. Zignorowałam jej reakcję. Dawno temu zmusiłam mój układ nerwowy, by był całkowicie obojętny na fantomowy ból po tamtych uderzeniach. To były tylko znaki. Teraz nic nie znaczyły, ponieważ człowiek, który umieścił tam większość z nich, płonął w tej chwili w namiocie. Odwróciłam się od jej litości i weszłam w cudowną, gorącą do oparzeń wodę prysznica. Cleo dostosowała ustawienia i zaawansowany system wielu dysz ożył. Strumienie gorącej wody pod wysokim ciśnieniem uderzyły w moje bolące mięśnie ze wszystkich stron. Zamknęłam oczy, wypuszczając z siebie długi oddech. Sięgnęłam do słoika na marmurowej półce, zgarniając garść niewiarygodnie słodko pachnącego peelingu do ciała o zapachu kwiatu wiśni. Gruba konsystencja była niesamowitym uczuciem dla mojej skóry. Szorowałam ramiona, nogi, szyję, patrząc, jak woda pod moimi stopami robi się czerwona i brązowa, zmywając brud, zaschniętą krew oraz dosłowny i metaforyczny pył mojej żałosnej, niewolniczej przeszłości. Ten poziom fizycznego komfortu był absolutnym luksusem, o którego istnieniu nigdy wcześniej nie wiedziałam. Stałam pod strumieniem, aż woda była krystalicznie czysta. Wychodząc, osuszyłam się bardzo dużym, kremowym ręcznikiem, który był w dotyku miękki jak przędziona bawełna. Cleo odzyskała opanowanie i czekała na mnie przy toaletce. Przygotowała szczoteczkę do zębów i szklankę z miętowym, niebieskim płynem. Zawsze używałam szmatki do czyszczenia zębów, więc szczoteczka wydawała się obca, ale niezwykle odświeżająca. Usiadłam i wzięła się do pracy. Mistrzowsko rozczesała uparte kołtuny w moich niemożliwie długich hebanowych włosach, a jej palce poruszały się z delikatną precyzją. Upięła ciężkie kosmyki w elegancki, zamaszysty styl „half-up”, pozwalając reszcie kaskadowo opadać mi na plecy. Dodała odrobinę tuszu do rzęs i eyelinera, utrzymując naturalny wygląd, aby podkreślić moje uderzające rysy twarzy. Potem przyniosła suknię. To była oszałamiająca, bezbłędnie wygodna czarna suknia. Podała mi parę miękkich damskich bokserek do założenia pod spód, zapewniając mnie, że są najlepszym wyborem przy wbudowanym staniku sukni. Weszłam w suknię, pozwalając Cleo dopasować materiał. Tkanina była niezwykle miękka w kontakcie z moją skórą. Doskonale podkreślała moje krągłe kształty, opinając się na talii i biodrach, zanim elegancko spłynęła na podłogę. Co ważniejsze, krój sukni w strategiczny sposób całkowicie chował moje przerażające blizny na plecach, pozostawiając odsłonięty tylko obojczyk i gładką skórę ramion. Stanęłam przed pełnym lustrem przy toaletce, wpatrując się głęboko we własne odbicie. Nie wyglądałam jak wojownik w klatce. Nie wyglądałam jak posiniaczony, pobity niewolnik. Wyglądałam potężnie. Wyglądałam niebezpiecznie. – Jesteś piękna, Vanyu – zanuciła Nyx w moim umyśle, a jej głos wypełniała mroczna duma. W końcu osiągnęłam jednomyślne porozumienie ze swoim wewnętrznym wilkiem. – Jesteśmy piękne – odpowiedziałam w myślach. Cleo zaoferowała mi promienny, zachęcający uśmiech, wyraźnie zadowolona z efektów swojej pracy. Pół żartem, pół serio wskazała na ciężkie dębowe drzwi, z gracją pochylając głowę, aby oficjalnie eskortować mnie na dół do jadalni. Skinęłam głową, a moje płaskie buty bezgłośnie stąpały po grubym dywanie, gdy opuszczałyśmy pokój. Moje dwa lojalne psy na dole były bezpiecznie traktowane jak absolutna elita. Moja przeszłość odeszła. Z pewnością siebie podążyłam za Cleo masywnym, kamiennym korytarzem, a mój umysł całkowicie zignorował złowrogiego Alfę, który mnie zaprosił, i całkowicie skupił się na jednej, ekscytującej perspektywie: Jedzenie! Prawdziwe, wspaniałe jedzenie.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Psy, proszę pana? – Dzika Pustka: Partnerka Wojownika z Areny | Czytaj powieści online na beletrystyka