POV Vanya:
Zamiast zjechać mechaniczną windą, wolałam zejść po wspaniałych, rozłożystych schodach u boku Cleo. Delektowałam się cichym luksusem promieniującym z każdego kąta tego potężnego domu stada. Grube, czarno-złote chodniki pochłaniały dźwięk naszych kroków, co stanowiło drastyczny kontrast w stosunku do surowego, dudniącego echem betonu w podziemnym ośrodku Vulkana. Na rozległych ścianach wisiały wielkie obrazy olejne przedstawiające rozległe, gęste lasy, potężne wilki w połowie wycia i królewskie portrety dawnych Alfów. Każde piętro, które mijałyśmy, zdawało się mieć swój własny, specyficzny motyw, prezentując poziom bogactwa i komfortu, jakiego nigdy nie potrafiłam pojąć. Moja dawna rzeczywistość składała się z rdzy, żelaznych krat i metalicznego posmaku świeżej krwi. Teraz przechadzałam się korytarzami zaprojektowanymi dla rodziny królewskiej.
Kiedy powoli zbliżałyśmy się do potężnej, pięknie sklepionej kamiennym łukiem jadalni, w moje nozdrza uderzył wyraźny, odurzający zapach. Była to bogata fala świeżego cedru zmieszanego z ciepłym cynamonem. Zapach obmył mnie, gęsty i słodki, osiadając głęboko w płucach i sprawiając, że puls u podstawy mojego gardła zaczął bić niespokojnie.
Mój wewnętrzny wilk, Nyx, przebudziła się z cichych głębin mojego umysłu. Wymruczała prosto do mojej świadomości szokujące, wywracające świat do góry nogami objawienie. *Nasz przeznaczony tu jest.*
*Przeznaczony?* – zapytałam, a moje kroki zachwiały się na pluszowym dywanie. Nigdy nie uczyłam się o świętych więzach ze zmiennokształtnych legend. Vulkan uczył mnie, jak zabijać, a nie jak kochać.
*Przeznaczony to ten, który jest nam pisany. Nasza druga połówka* – odparła Nyx z pomrukiem, a jej głos wibrował starożytną, pierwotną zaborczością.
Przestałam oddychać. Zaledwie godzinę temu zasmakowałam najsłodszej kropli wolności, zmywając brud mojej niewoli do marmurowego odpływu, a teraz mój świat wypadał z osi. Przeznaczenie chciało mnie ponownie uwięzić, tylko w inny sposób. Przeżyłam Vulkana. Zapracowałam na wyjście z krwawej areny. Odmówiłam, by jakiś biologiczny nakaz dyktował moją przyszłość. Zmuszając się do przybrania zimnej, pozbawionej emocji maski, cofnęłam ramiona i pewnym krokiem weszłam do rozległej jadalni.
Przestrzeń była ogromna, a dominował w niej ciężki, drewniany stół oświetlony migoczącymi kandelabrami. Vaughn siedział w pobliżu środka obok Gammy Corbina, młodego mężczyzny, którego widziałam podczas obserwacji walk na arenie. Alfa Kael siedział imponujący i milczący u szczytu stołu. Vaughn posłał mi powitalny uśmiech i odsunął dla mnie krzesło. Zajęłam miejsce. Podczas gdy Vaughn i Corbin rozmawiali leniwie o dzisiejszych pojedynkach, Kael ani na chwilę nie oderwał swoich przenikliwych, niebieskich oczu od mojej twarzy. Obserwował mnie z niezwykle skupioną intensywnością drapieżnika na szczycie łańcucha pokarmowego, śledzącego swój kolejny posiłek. Każdy mięsień w jego szerokich ramionach był napięty pod ciemną koszulą.
W bezpiecznym schronieniu mojego umysłu Nyx nuciła natarczywy rytm. Uparcie twierdziła, że przerażający Alfa siedzący naprzeciwko nas to nasz przeznaczony. Jego niezachwiane spojrzenie praktycznie to potwierdzało.
Wyczuwając ciężkie napięcie rozciągające się nad stołem, Corbin wziął do ręki kryształową karafkę. Podał mi grubą szklankę napełnioną ciemną whiskey. Bursztynowy płyn chlupotał o kryształowe ścianki. To był dokładnie ten sam trunek, którym Vulkan cuchnął w swoich najgorszych nastrojach. Zapach ten niósł ze sobą przerażające wspomnienia krwi, bólu i ostrego trzasku bicza. Ale w tej chwili z zadowoleniem przyjęłam jego ostre pieczenie. Potrzebowałam czegoś, co sprowadzi mnie na ziemię. Wzięłam szklankę z dłoni Corbina i wychyliłam mocny alkohol jednym, potężnym haustem. Ogień pokrył moje gardło, uspokajając dziwne, elektryzujące uczucie wirowania, które rozszerzało się w mojej piersi. Odstawiłam ciężką szklankę z cichym brzękiem i wyciągnęłam ją po dolewkę.
Kael pochylił się do przodu. Jego potężna klatka piersiowa napinała materiał koszuli, a jego silna obecność zdominowała pomieszczenie. Zapytał, jakim cudem taki łajdak jak Vulkan wszedł w posiadanie tak zabójczego wojownika.
Corbin dolał więcej whiskey do mojej szklanki. Wpatrywałam się w bursztynową głębię, obserwując, jak blask świec tańczy na powierzchni płynu. Podjęłam skalkulowaną decyzję. Chcieli prawdy. Chcieli wiedzieć, co ukształtowało potwora, którego widzieli na arenie. Zamierzałam obnażyć brutalną rzeczywistość mojego koszmaru.
– Czternaście lat – oświadczyłam, a mój głos był płaski i pusty. – Tak długo Vulkan trzymał mnie w niewoli.
Vaughn zamarł w połowie łyku, powoli opuszczając szklankę. Kael zmrużył swoje jasnoniebieskie oczy, czekając w ciężkiej ciszy.
– Wyciągnięto mnie z płonącego wraku w wieku czterech lat – kontynuowałam, drobiazgowo opisując ten horror. – Vulkan zabrał mnie do swojego podziemnego kompleksu. Wrzucił mnie w krwawe walki o przetrwanie przeciwko starszym, większym dzieciom. Używał tych brutalnych pojedynków, aby wyeliminować słabych. Przetrwałam, ucząc się, jak łamać kości i wyrywać gardła, zanim jeszcze osiągnęłam wiek, w którym potrafiłam czytać.
Wzięłam kolejny łyk whiskey, pozwalając, by alkohol znieczulił ostre krawędzie moich wspomnień. – Trzymano mnie na smyczy jak dzikie zwierzę. Przykuwał mnie łańcuchem do wilgotnych, kamiennych ścian swojego ośrodka szkoleniowego. Byłam codziennie bita.
Odwróciłam wzrok od blasku świec, a moje oczy zablokowały się na intensywnym spojrzeniu Kaela. Wspomniałam o biczu ze srebrną nicią. Było to ulubione narzędzie Vulkana podczas moich sesji tortur. W ciężkie, skórzane rzemienie wplecione były ostre, srebrne haki, które wbijały się głęboko w mięśnie i wypalały naturalne zdolności leczenia mojego wilka, pozostawiając mnie w agonii na wiele dni.
Fizyczna reakcja Kaela była natychmiastowa. Jego oddech stał się ciężki i urywany, a ten szorstki dźwięk rozniósł się echem po cichej jadalni. Jego zaciśnięte pięści drżały na solidnym drewnie stołu. Kłykcie zbielały całkowicie pod wpływem nacisku. Jego muskularne ciało zablokowało się w sztywnej postawie, gdy desperacko próbował uwięzić w klatce swoją morderczą furię. Niski, groźny pomruk zawibrował w jego piersi.
Vaughn uniósł dłoń, umiejętnie przełamując gęste napięcie. Delikatnie zachęcił mnie do kontynuowania opowieści, przesuwając duży porcelanowy talerz po stole. Był on po brzegi wypełniony świeżymi, soczystymi owocami. Kawałki jasnopomarańczowego melona, pulchne winogrona i bogate w kolorze, czerwone jagody. Wzięłam kawałek melona i położyłam go na języku. Słodki sok eksplodował na moich pozbawionych bodźców kubkach smakowych. Smakował jak niebo, stanowiąc drastyczny kontrast ze starym chlebem i wodnistym kleikiem, na których przetrwałam. Przełknęłam owoc, a słodycz dała mi siłę, by przebrnąć przez resztę mrocznej opowieści.
Spokojnie wyjaśniłam, jak sadystyczne okrucieństwo Vulkana wkroczyło na nowe, mroczniejsze terytorium. – Miałam jednego przyjaciela w tych celach – powiedziała. – Niedźwiedziołaka o imieniu Dex. Utrzymywaliśmy się nawzajem przy zdrowych zmysłach w tych ciemnościach. Ale Vulkan sprzedał Dexa temu, kto zaoferował najwyższą cenę. Gdy Dex odszedł, zostałam sama. Wtedy Vulkan zmienił swoją taktykę. Chciał złamać mój umysł, skoro nie udało mu się złamać mojego ciała.
– Co się stało? – zapytał Kael. Jego głos zniżył się do niebezpiecznego, niskiego pomruku. Chwycił swoją kryształową szklankę z whiskey tak mocno, że grube szkło jęknęło pod wpływem ogromnego nacisku.
Spojrzałam mu prosto w oczy. Pozbawiłam mój ton wszelkich emocji, odmawiając okazania słabości, mimo że mój żołądek przewracał się z obrzydzenia na to ohydne wspomnienie. Potrzebowałam, by wiedzieli dokładnie, jakiego potwora gościli na swoim terytorium.
– Zgwałcił mnie – oświadczyłam, a mój głos był pustym szeptem. – Przygwoździł mnie do kamiennej podłogi, rozłożył mi nogi i wcisnął we mnie swojego kutasa.
– ZROBIŁ CO?! – wrzasnął Kael.
Sama głośność jego dzikiego głosu wprawiła w drżenie porcelanowe talerze i wstrząsnęła płynem w naszych szklankach. Uderzył obiema ciężkimi pięściami w stół. Grube drewno trzasnęło pod niszczycielskim uderzeniem. Poruszając się z oślepiającą prędkością i niepohamowaną agresją, Kael wstał. Jego ciężkie, drewniane krzesło przewróciło się do tyłu i z łoskotem uderzyło o kamienną podłogę. Przerażający, dziki warkot wydarł się z jego gardła, odbijając się echem od wysokich sufitów. Wybiegł z jadalni bez ani jednego spojrzenia za siebie. Kilka sekund później masywne drzwi wejściowe posiadłości zatrzasnęły się za nim z ogłuszającym trzaskiem, który wstrząsnął samymi fundamentami domu.
Siedziałam zamrożona na swoim krześle. Moje mięśnie się zablokowały. Moje głęboko zakorzenione instynkty obronne rozbłysły dziko na ten nagły ruch i ogłuszający hałas. Przygotowałam ciało na karę, czekając na uderzenie wierzchem dłoni lub ciężkim łańcuchem w moje ramiona. Moje oczy omiotły pomieszczenie, śledząc każdy cień.
Vaughn wniósł ręce w pokojowym geście, a jego ruchy były powolne i celowe. Umiejętnie załagodził panikę ściskającą moją pierś. – Spokojnie, spokojnie. Jesteś tu bezpieczna, Vanyu. Nikt cię nie skrzywdzi.
Corbin poruszył się szybko, chwytając dużą łyżkę do serwowania. Nałożył na wielki, porcelanowy talerz górę ciepłych, pikantnych klopsików, bogaty makaron oblany kremowym, białym sosem i grube kromki miękkiego chleba posmarowanego roztopionym masłem czosnkowym. Postawił parujący talerz delikatnie przede mną, upewniając się, że jego ręce są widoczne.
– Jedz – zachęcił Corbin z ciepłym, wspierającym uśmiechem. – Myślę, że to twój pierwszy prawdziwy, pożywny posiłek.
Wzięłam do ręki srebrny widelec i nadziałam klopsika. Włożyłam go do ust i zamknęłam oczy, gdy wspaniałe smaki eksplodowały na moim języku. Pikantne mięso, bogaty sos czosnkowy, ciepły, maślany chleb – to była oszałamiająca eksplozja smaku. Popiłam to bogate jedzenie kolejną pełną szklanką mocnej whiskey. Obaj bracia patrzyli, jak jem, a ich napięte twarze powoli łagodniały, przechodząc w szczere współczucie.
Zapewnili mnie, bym nie martwiła się wybuchową reakcją Kaela.
– On nie jest na ciebie zły – wyjaśnił z pasją Vaughn, obracając w dłoni szklankę z bursztynowym płynem. – Kael gardził Vulkanem. My wszyscy nim gardziliśmy. Usłyszenie, co ten potwór ci zrobił... to po prostu pchnęło go za krawędź.
Corbin pokiwał głową w uroczystej zgodzie, samemu nadziewając klopsika na widelec. – Nienawidziliśmy gnojka, ale był niezależnym wykonawcą dla potężnych klientów. Nie mogliśmy go ruszyć bez wszczynania wojny. Teraz gardzimy Vulkanem jeszcze bardziej.
Przełknęłam duży kęs makaronu, ocierając usta wierzchem dłoni. – Więc, co teraz ze mną będzie? Dosłownie wykastrowałam go na tamtej arenie. On nie żyje, a jego klienci będą pragnąć krwi.
Vaughn lekko wypiął pierś. Oparł się na krześle z dumnym, wyzywającym uśmiechem. – Ponieważ uczciwie i brutalnie pokonałaś jednego z naszych najlepszych wojowników na arenie, zapracowałaś na swoje miejsce. Oficjalnie staniesz się stałą częścią Klanu Wilków Otchłani.
Przestałam żuć. Spojrzałam na Vaughna, czekając na haczyk. W moim świecie zawsze był jakiś haczyk. Ale jego oczy wyrażały tylko niezachwianą szczerość.
Corbin pochylił się do przodu, opierając swoje potężne przedramiona na stole. – Jeśli jacykolwiek elitarni klienci Vulkana kiedykolwiek zaczną szukać na tobie krwawej zemsty, będą musieli przejść przez nas. Całe stado im odpowie.
Oparłam się na krześle, pozwalając, by te słowa wsiąkły w moją skórę. Po raz pierwszy od czternastu lat w końcu miałam bezpieczne miejsce, do którego przynależałam. Zimna, uwięziona za żelaznymi kratami rzeczywistość mojej nędznej przeszłości stopniała pod kojącym ciepłem gorącego jedzenia oraz zaciekłą, nieustępliwą ochroną, zaoferowaną przez tych dwóch mężczyzn.
Godzinę później zmęczenie uderzyło w moje ciało niczym fizyczny cios. Byłam przepełniona ciężkim posiłkiem i przyjemnie zrelaksowana przez ogromną ilość whiskey krążącą w moim krwiobiegu. Leniwie odsunęłam się od stołu, a moje kończyny wydawały się ciężkie jak ołów.
Cleo czekała na mnie przy wielkim łuku. Poszłam za nią z powrotem na górę. Byłam tak wstawiona, że moje stopy ślizgały się na grubym dywanie. Cleo musiała wsunąć swoje ramię pod moje, fizycznie wspierając mój ciężar, tylko po to, by z powodzeniem poprowadzić mnie korytarzem do mojego rozległego pokoju.
Dotarłyśmy do ogromnego łóżka. Cleo cofnęła się, oferując mi delikatny uśmiech, po czym zostawiła mnie w cichej prywatności mojego pokoju. Zdjęłam elegancką, czarną suknię, pozwalając miękkiemu materiałowi opaść na podłogę wokół moich kostek. Stałam naga, a chłodne powietrze muskało poszarpane blizny przecinające moje plecy. Nie dbałam o to. Nie było tu nikogo, kto mógłby na nie patrzeć. Nikt już tu nie był po to, by mnie ranić.
Z niecierpliwością wpełzłam na sam środek przypominającego chmurę materaca. Prześcieradła były w dotyku bardziej miękkie niż przędzony jedwab. Naciągnęłam grubą, ciężką kołdrę na nagie ramiona, zakopując twarz głęboko w pluszowych poduszkach. Utrzymujący się zapach świeżego cedru i ciepłego cynamonu unosił się w moim umyśle – jako skomplikowana obietnica na jutro. Ale teraz ciężkie przyciąganie alkoholu wciągało mnie pod wodę, znieczulając ostre krawędzie mojej traumy.
Gdy Nyx chrapała cicho z cieni, a moje ciało zatapiało się w puszystym materiale, zapadłam w głęboki sen, wreszcie oddychając prawdziwą wolnością.
















