Z perspektywy Kaela
Kiedy wyszedłem z ciężkiej metalowej windy prosto do dołu, duszne, wilgotne upały Luizjany owinęły się wokół mojej skóry, niosąc ze sobą surowy smród suchego brudu, potu i zbliżającego się rozlewu krwi. Ominąłem niższe poziomy i zająłem wyznaczone dla władzy miejsce na zacienionej, podwyższonej platformie. Gruby, kremowy baldachim powiewał w górze na silnym wietrze, dając lekkie wytchnienie od palącego słońca. Poniżej, hałaśliwy tłum brzęczał od chaotycznej energii. Feralne oczekiwanie falowało przez zatłoczone trybuny.
Chwyciłem mikrofon ze stołu, rzucając mój głos tak, by stanowczo zwrócić się do morza wojowników i widzów. Niespokojne rozmowy ucichły natychmiast.
– Witajcie na Mistrzostwach Wojowników Klanu Wilków Otchłani – ogłosiłem, pozwalając, by moja aura Alfy rozlała się po tłumie, aby zapewnić posłuszeństwo. – Ja, Alfa „Bloodvoid” Kael, sprawię, że będzie warto. Dla zwycięzcy, stałe miejsce w mojej Elitarnej Armii Wojowników.
Szmer chciwego podniecenia przetoczył się przez masy.
– Dziesięciu moich czołowych wojowników przystępuje do tej rywalizacji. Nie lekceważcie ich, albowiem są szkoleni, by zabijać, lub zginąć. To walka ściśle bez litości, chyba że ja osobiście uznam za stosowne ją zakończyć. Od wszystkich zakładów pobocznych wymagane jest pięć procent dla kasyna. Jeśli ktoś ma z tym problem, niech wyjdzie teraz. Jeśli nie, zaczynajmy.
Przez chwilę stałem na krawędzi platformy, badając wzrokiem układ. Moje spojrzenie omiotło namioty postojowe, trenerów i chętnych pretendentów. Vulkan paradował poniżej obok platformy, z klatką piersiową wypiętą z nieuzasadnionej arogancji. Nosił na twarzy zadowolony uśmieszek, wyglądając tak, jakby już zdobył tytuł mistrzowski.
Ale moja uwaga nie zatrzymała się na nim dłużej niż przez sekundę. Została natychmiast skradziona przez zapierające dech w piersiach piękno idące blisko za jego masywną sylwetką.
Szła boso po gorącej, zakurzonej ziemi. Jej uderzająca twarz była czystą kartą, pozbawioną wszelkich zauważalnych emocji, a jednak emanowała aurą czystej, nieskażonej żądzy krwi. Gładki, hebanowy wysoki kucyk kołysał się z każdym jej precyzyjnym, drapieżnym krokiem. Czarne spodenki z elastanu opinały jej krągłości, podkreślając długie, smukłe nogi, podczas gdy dopasowany top odsłaniał napięte, prężące się mięśnie pleców.
*Kurwa. Ona jest Boginią,* mój wewnętrzny wilk, Varg, zaryczał w szczerym zachwycie, krążąc w moim umyśle.
Niski chichot zadudnił w mojej piersi. *To musi być ta wojowniczka, o której wspominał Vaughn.*
Varg naciskał, pragnąc uchwycić jej specyficzny zapach, obwąchując gęste powietrze bayou. Ale fala głębokiej dezorientacji uderzyła w nas obu.
*Coś z nią jest nie tak... W ogóle jej nie czuję,* chrząknął Varg, przyspieszając krok.
*Nic?* Skupiłem własne, wyostrzone zmysły, przesiewając przez smród taniego piwa i bagiennego błota. Nic. Nie istniał ani jeden ślad jej zapachu. Zupełnie jakby była duchem. *Może jest po prostu maskowany przez otaczający nas tłum. Zobaczmy, co potrafi.*
Odwróciłem się i usiadłem na moim dużym, skórzanym fotelu obok Vaughna. Corbin już tam czekał, wręczając mi kryształową szklankę dojrzałej whiskey.
Vaughn posłał mi złośliwy uśmieszek, pochylając się do przodu. – Widziałeś ją? – Kiwnął głową w stronę namiotów postojowych.
– Widziałem – odpowiedziałem, kołysząc bursztynowym płynem w szklance. – Nie wygląda na dużo silniejszą niż zwykli pretendenci, ale zobaczymy.
– Jest numerem cztery w składzie – powiedział Vaughn, opierając się i krzyżując ręce z uśmiechem, który zapowiadał przemoc.
Ciężkie brzęczenie łańcuchów zasygnalizowało podniesienie drzwi areny. Wstępna rzeź się rozpoczęła. Siedziałem oparty, popijając whiskey, oglądając, jak rozwijają się pierwsze trzy starcia. To było rozczarowanie. Pierwszych trzech pretendentów szczekało o wiele głośniej niż gryzło, a moi elitarni, wyszkoleni wojownicy zdemontowali ich z brutalną skutecznością. Tłum wiwatował i buczał w falach napędzanego adrenaliną chaosu, ale walki kończyły się prawie tak szybko, jak się zaczynały.
A potem nadeszło oczekiwane czwarte starcie.
Łańcuchy znów zazgrzytały. Maddock, mój wojownik czwartej rangi, wszedł na zakurzoną arenę. Maddock był górą samych mięśni, ale jego prawdziwe niebezpieczeństwo tkwiło w zabójczej szybkości. Był znanym cichym zabójcą. Jeśli kiedykolwiek potrzebowałem cicho wyeliminować zagrożenie, Maddock był ostrzem, którego używałem. Prawie poczułem ukłucie litości, że został sparowany z bezwonną samicą, ale była to idealna okazja do przetestowania jej limitów.
Maddock posłał pełne szacunku skinienie głową w stronę naszej platformy. Odwzajemniłem je. Zajął pozycję po prawej stronie ringu.
Podekscytowane szepty natychmiast wybuchły wśród tłumu, gdy na arenę wkroczyła kobieta. Poruszała się z gracją, jak śmiertelnie niebezpieczny drapieżnik, a jej bose stopy wzbijały małe tumany kurzu. Jej wyraz twarzy pozostawał bezbłędnie pozbawiony emocji. Małe kropelki potu lśniły na jej skórze w świetle zachodzącego słońca. Pokręciła szyją, rozprostowała długie palce, zacisnęła dłonie w pięści i rozluźniła je.
*Wygląda jak wyszkolony morderca,* Varg zaśmiał się mrocznie w mojej głowie. Po cichu przyznałem mu rację.
Ciężkie napięcie w powietrzu było tak gęste, że można by je kroić nożem. Pękło dokładnie w momencie, gdy Vaughn chwycił mikrofon ze stołu.
– WALCZYĆ! – ryknął Vaughn, a nagły hałas odbił się echem jak grzmot.
Maddock nie wahał się. Poruszył się z oślepiającą szybkością, zmniejszając dystans i uderzając jako pierwszy. Uderzył ciężką pięścią prosto w jej bok, ciosem, który miał na celu połamać żebra i wcześnie zakończyć potyczkę.
Szokujące było to, że nawet nie drgnęła. Wstrząsające kośćmi uderzenie nie zrobiło na niej wrażenia.
Natychmiast skontrowała. Łapiąc tył jego głowy obiema dłońmi, pociągnęła go w dół, jednocześnie uderzając kolanem w górę z druzgocącą siłą prosto w jego szczękę. Brutalne uderzenie odbiło się echem na cichej arenie, zrzucając masywnego wojownika na jedno kolano.
Maddock szybko się otrząsnął, a jego oczy zapłonęły gniewem. Rzucił się, chwytając ją za nogę i agresywnie obalając ją na ziemię. Przygwoździł ją, spuszczając szybki jak seria z karabinu deszcz ciosów wymierzonych w jej żebra i twarz.
Nie spanikowała. Mistrzowsko zablokowała każdy cios, a jej ramiona poruszały się w precyzyjnych, defensywnych łukach. Złapała jego prawą pięść, unieruchamiając ją, a kiedy wyprowadził cios lewą, tę również przechwyciła.
Przygwożdżona pod ciężkim zabójcą, po prostu posłała mu głęboko złowieszczy, porozumiewawczy uśmiech.
Zanim Maddock zdążył zareagować, rzuciła się do przodu, miażdżąc mu nos okrutnym, perfekcyjnie wymierzonym uderzeniem z byka. Kość głośno chrupnęła. Krew trysnęła natychmiast, płynąc swobodnie po jego brodzie i kapiąc na jej klatkę piersiową. Drugie uderzenie głową sprawiło, że Maddock zatoczył się do tyłu, dając jej przestrzeń do odepchnięcia go stopami i ponownego wyskoczenia na nogi.
– Jasna cholera! Jest twarda – Vaughn roześmiał się jasno obok mnie, a jego oczy były przyklejone do ringu.
Kiwnąłem głową, zaciskając dłoń na szklance. Nie mogłem oderwać wzroku od jej płynnych ruchów.
Maddock wydał z siebie niski, gardłowy warkot z czystej frustracji, a dźwięk ten wibrował od surowego upokorzenia. Wytarł krew z ust i wysunął swoje ostre jak brzytwa pazury, decydując się na eskalację przemocy.
Nie wycofała się. Robiąc dwa wykalkulowane kroki do tyłu, wydała z siebie mroczny, rozbawiony śmiech.
– Dawaj, Osiłku, pokaż mi, co potrafisz.
Bez strachu wysunęła swoje własne, śmiercionośne pazury, a ostry dźwięk kości przecinającej skórę odbił się echem nad ziemią. Strzeliła kośćmi szyi, przygotowując się do śmiertelnej wymiany ciosów.
To był dokładnie ten moment, kiedy spojrzała w górę, a jej oczy nagle zabłysły wspaniałym, oślepiającym kolorem.
*Srebrne oczy!* Varg wrzasnął gorączkowo w moim umyśle, gdy to odkrycie uderzyło w nas jak pociąg towarowy. *To niemożliwe. To był tylko sen.*
Mój oddech uwiązł mi w gardle. W klatce piersiowej zacisnął się dziwny węzeł. Od tygodni przenikliwe, srebrne oczy nawiedzały mój niespokojny sen, oczy należące do cienia, którego nie mogłem złapać. A teraz były dokładnie przede mną, patrząc gniewnie przez pył Luizjany.
Ale ona była przerażająco prawdziwa i była przerażająco szybka.
Maddock wydał z siebie niski, wibrujący warkot i ciął ją w klatkę piersiową. Zrobiła unik w bok, ale jego pazury zahaczyły o jej ramię, zostawiając głębokie ślady, z których sączyła się ciemna krew. Ból jej nie spowolnił. Machnęła dłonią w górę, uderzając go w brodę, i zanim zdążył odzyskać równowagę, przejechała drugą dłonią po jego górnych partiach ud.
Maddock wziął odwet brutalnym kopnięciem w przód w jej klatkę piersiową, odrzucając ją do tyłu. Prześlizgnęła się po ziemi, ale zatrzymała się w połowie wślizgu, a jej pazury obracały się wokół, gdy biegła z niemożliwą szybkością prosto na niego.
*Kurwa. Jest szybka.*
Rozpętała bezlitosną serię cięć raz za razem, zmuszając milczącego zabójcę do wycofania się na krawędź ringu. Maddock nie mógł znaleźć luki w obronie. Wyskakując wysoko w powietrze z niesamowitą zwinnością, owinęła mocno swoje silne nogi prosto wokół jego grubej szyi. W tym samym momencie wbiła swoje ostre pazury niewiarygodnie głęboko w jego odsłonięte żebra.
Maddock syknął z czystej agonii. Ciemnoczerwona krew gwałtownie zebrała się na jego opalonej skórze, malując ją na karmazynowo, gdy bezlitośnie zaciskała swój uścisk nóg. Odcinała mu dopływ powietrza, blokując jego głowę w miejscu, wyraźnie przygotowując się do skręcenia mu karku i zakończenia jego życia wprost tam, w pyle.
Maddock był niezaprzeczalnie jednym z moich najlepszych wojowników. Nie mogłem pozwolić sobie na stratę go dla tego widowiska, bez względu na to, jak bardzo podobała mi się jej mordercza gracja.
– Kael, powinniśmy ją powstrzymać? – Vaughn przechylił się do mnie, unosząc rozbawioną brew.
– Maddock jest jednym z naszych najlepszych zabójców – zaśmiałem się mrocznie, wstając i podchodząc do krawędzi platformy. Zaczerpnąłem głęboki wdech, pozwalając, by sam ciężar mojego autorytetu wypełnił moją klatkę piersiową.
– WYSTARCZY! – ryknąłem z całych sił.
Mój władczy głos Alfy odbił się ciężkim echem na zaszokowanej i nagle milczącej arenie. Tłum natychmiast spuścił głowy, poddając się rozkazowi.
Natychmiast przerwała swój śmiertelny atak. Wciąż wczepiona wokół szyi Maddocka, odwróciła głowę, by spojrzeć na mnie, uśmiechając się złowieszczo w dół na szarpiącego się zabójcę, gdy ciężko padł na kolana, łapiąc powietrze. Z gracją rozwinęła nogi i zeskoczyła z powrotem na ziemię, patrząc na niego z góry.
Maddock pozostał na czworakach, z krwią lejącą się po jego twarzy i bokach. Z jego piersi wyrwał się bezdechy, bolesny śmiech.
– Niezła z ciebie Suka – szepnął boleśnie Maddock przez swój zrujnowany nos.
W odpowiedzi wymierzyła błyskawiczny, żelazny cios wierzchem dłoni prosto w jego posiniaczoną twarz. Maddock padł płasko w pył, dysząc ciężko, a jednak wciąż zdołał posłać jej zakrwawiony, w pełni aprobujący uśmiech pełen wojowniczego szacunku.
– Zaakceptował ją – parsknął Corbin za mną.
Starannie ukrywając moje własne głębokie rozbawienie za surowym, nieodgadnionym wyrazem twarzy Alfy, pochyliłem się nad barierką i zażądałem: – Jak masz na imię, wojowniczko?
Stała wyprostowana, lekko dysząc, by uspokoić oddech. Jej błyskające, eteryczne srebrne oczy powoli wracały do swojego przenikliwego, szarawoniebieskiego odcienia z zielonymi plamkami.
– VANYA! – oświadczyła śmiało. Jej wzrok nie opadł. Zamiast tego otwarcie i bez strachu zmierzyła wzrokiem całe moje wewnętrzne grono siedzące na platformie, ścierając się czołowo z moim spojrzeniem.
*Vanya. Podoba mi się. Ona mi się podoba,* mruknął Varg, błyskając dziwnym, zębatym uśmiechem w cieniach mojego umysłu.
– Bardzo dobrze – pochwaliłem ją z autentycznym szacunkiem, a mój głęboki głos niósł się przez piaszczysty ring. – Wyraźnie zabroniłem ci zabić jednego z moich Elitarnych. Bądź z siebie dumna.
Oczekiwałem skinienia głowy. Ukłonu. Uznania. Zamiast tego, całkowicie lekceważąc nas i powagę sytuacji, ostro obróciła się na pięcie, uniosła dłoń w lekceważącym machnięciu i odeszła, nie zaszczycając nas nawet jednym spojrzeniem za siebie.
Gdy schodziła z ringu, absolutnie każdy z pozostałych elitarnych wojowników stojących wzdłuż linii ogrodzenia oficjalnie skłonił głowę w głębokim, milczącym szacunku, gdy ich mijała. Zniknęła w namiotach postojowych, pozostawiając po sobie ślad oszołomionej ciszy.
Powoli opadłem z powrotem na fotel, a moja krew tętniła głęboko drapieżną, zaborczą intrygą.
– Vaughn, idź natychmiast i zaproś ją na kolację z nami dzisiejszego wieczoru – poleciłem gładko, kręcąc bursztynową whiskey w mojej szklance, podczas gdy wpatrywałem się w puste wejście do namiotu. – Upewnij się bezwzględnie, że wszystko u niej w porządku. Niech towarzyszy jej jedna z wojowniczek.
– Jak sobie życzysz, bracie – Vaughn uśmiechnął się perfidnie, oferując drwiący ukłon służącego, po czym zerwał się na nogi i pobiegł kłusem przez tłum, by ją odnaleźć.
Corbin pochylił się nad fotelem, studiując moją twarz. – Nie wyglądała, jakby chciała przestać, Kael. Ale wstrzymała swój ostateczny, zabójczy cios, zanim w ogóle krzyknąłeś.
Uśmiechnąłem się szeroko w czystym, drapieżnym podnieceniu. – Nie widziałeś, jak jej ciało się spięło? Vulkan rzeczywiście przyprowadził na moją arenę prawdziwie potężną, niezrównaną wojowniczkę. Taką, którą zamierzam zatrzymać.
Wziąłem powolny łyk mojego drinka. Kiedy pozostałe walki tego dnia rozmywały się przed moimi oczami, a krew, miażdżące kości uderzenia i ryk tłumu zanikały, zlewając się w biały szum, mój umysł pozostawał skupiony na oszałamiającej, pozbawionej emocji twarzy Vanyi, jej oślepiającej szybkości i tych srebrnych oczach.
Jakie sekrety ukrywasz?
















