Gdy tylko te słowa opuściły moje usta, moje oczy rozszerzyły się z niedowierzaniem — zobaczyłam smoka lecącego na tle księżyca, podczas gdy ja stałam naga w zimnej rzece.
Mrugnęłam, widząc przed sobą rzeczy nadprzyrodzone, i nagle na niebie nie było już nic poza księżycem w pełni, co uświadomiło mi, że mam omamy z braku snu. Odgoniłam te myśli i wyszłam z wody, czując, jak zimno ścina mi skórę.
Owinęłam mokre włosy starą suknią i założyłam tę świeższą. Wróciłam do naszej małej chaty i zastałam brata wciąż śpiącego. Zdjęłam suknię z głowy i rozwiesiłam ją do wyschnięcia, pozwalając włosom swobodnie opadać na ramiona. Biorąc mały toporek i sznur, ruszyłam w stronę lasu, by zebrać drewno przed wschodem słońca. Muszę być na polu przed świtem, inaczej nadzorca nie pozwoli mi dzisiaj pracować. Zatrudnili mnie tylko po to, bym harowała od pierwszego do ostatniego promienia słońca. Zapuściłam się głębiej w las. Wieśniacy nie pozwalali mi zbierać drewna tam, gdzie było łatwo dostępne. Mówili, że to ich teren, a jeśli go dotknę, klątwa spadnie na ich bogate ziemie. Wiedziałam, dlaczego wysyłają mnie w głąb lasu — mieli nadzieję, że jakieś dzikie zwierzę zabije mnie po drodze, by mogli się mnie pozbyć.
Ale prawda była taka, że zwierzęta nigdy mnie nie przerażały. To ludzie budzili we mnie strach.
Westchnęłam, idąc boso przez wiele godzin. Czasami ostre kamienie wbijały mi się w stopy, wywołując jęk bólu, ale nie mogłam zwolnić, bo do wschodu słońca zostało bardzo mało czasu. Idąc, słyszałam szum rzeki płynącej wzdłuż ścieżki. Nikt nie wiedział, gdzie zaczyna się rzeka Ondine. Płynie z głębi lasu Ravenswood przez mile ogromnej krainy, w której żyjemy. Widziała upadek i narodziny wielu królestw. Starożytne legendy głoszą, że zarówno bogowie, jak i demony przybywali na ziemię, by pić wodę z rzeki Ondine, która leczyła ich rany odniesione na polach bitew. Wciąż szłam, gdy chłodny powiew wiatru musnął moje ucho, unosząc moje mokre włosy. Wiedziałam, co to oznacza. To oznaczało, że skręciłam w złym miejscu. Nie wiem jak, ale zawsze mi się to przytrafia, a wiatry mnie prowadzą. Szumią mi w uszach, jakby chciały coś powiedzieć. Skręciłam w prawo i dotarłam do celu.
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech wilgotnym powietrzem Ondine, przesyconym zapachem mokradeł oraz wonią flory i fauny, która żyła i rozmnażała się tutaj, w mateczniku Ravenswood. Wielokrotnie wędrowałam w głąb Ondine, ale wciąż nie zapamiętałam ścieżki. To tak, jakbym szła tam, gdzie niesie mnie wiatr. Za każdym razem, gdy brałam głęboki oddech tego żyznego powietrza, czułam przypływ mocy przepływającej przeze mnie, jakby coś próbowało do mnie przemówić i mnie prowadzić. Odgoniłam tę myśl — jak las mógłby sprawiać, że tak się czuję? Otworzyłam oczy i zaczęłam szukać odpowiedniego drewna.
Małym toporkiem zaczęłam rąbać gałęzie, by starczyło ich na cały tydzień. Drewno wewnątrz było jeszcze wilgotne, więc musiałam używać obu rąk i wkładać w to więcej siły. Gdy skończyłam, byłam całkowicie wyzuta z energii. Zebrałam wszystko i związałam mocno sznurem, żeby nic nie wypadło w drodze do domu. Zdarzało mi się to w przeszłości i musiałam wracać do lasu po więcej. Podniosłam wiązkę drewna i położyłam ją sobie na głowie. Była ciężka, sprawiając, że kark natychmiast mi zesztywniał. Podtrzymując ją obiema rękami, zaczęłam wracać ścieżką, którą przyszłam.
Po drodze kolejne kamienie raniły mi stopy. Szłam dalej, przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę, by uśmierzyć ból, zaciskając zęby i co jakiś czas pojękując. Dzień jeszcze się nie zaczął, a ja już byłam wyczerpana. Wkrótce wzejdzie słońce, a ja muszę być w pracy. W drodze powrotnej zobaczyłam krzewy dzikich jagód. Co dziwne, nigdy nie widziałam ich w takiej obfitości. Były obwieszone owocami. W brzuchu mi zaburczało na widok czerwono-czarnych jagód, a ich słodki zapach unosił się wokół mnie. Napłynęła mi ślina do ust. Miałam jeszcze chwilę przed pracą. Mogę trochę zjeść i przynieść dla Finniana. Bardzo by mu smakowały. Odłożyłam wiązkę drewna i natychmiast poczułam ulgę w karku. Wciąż był sztywny, ale mogłam to znieść. To było nic w porównaniu z bólem stóp. Zapominając o nim, podeszłam do krzaczków i zaczęłam zbierać jagody jedna po drugiej.
Podjadałam je, kontynuując zbiory. Było ich mnóstwo. Nawet kilka jeleni pożywiało się nimi po drugiej stronie. Na ten widok na moich ustach pojawił się uśmiech. Zawsze kochałam zwierzęta. Wyciągnęłam rękę, by pogłaskać jedną łanię po głowie, ale ona odsunęła się, przez co uśmiech zniknął z mojej twarzy. Czy ona też widzi we mnie przekleństwo? Nie uciekła, lecz patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami, przekrzywiając głowę, by lepiej mi się przyjrzeć. Wyciągnęłam więc otwartą dłoń z kilkoma jagodami. Przez chwilę patrzyła na moją dłoń. Już traciłam nadzieję, ale ona podeszła i zaczęła jeść. Mój uśmiech stał się szerszy. Pogłaskałam ją po łbie, a ona czule otarła się o moją rękę. Jak mogłam zapomnieć, że ludzie oceniają, ale zwierzęta nie? Wszystkie zebrane jagody zawinęłam w róg sukni, bo nie miałam nic innego, by je pomieścić. Ponownie włożyłam wiązkę drewna na głowę.
— Żegnaj, przyjaciółko — powiedziałam z uśmiechem do nowej znajomej. Cały czas mi się przyglądała. Znów przekrzywiła głowę. Posyłając jej ostatni uśmiech, ruszyłam w swoją stronę. Zamiast wrócić w bezpieczne głębiny Ondine, łania postanowiła iść za mną.
— Chcesz mi towarzyszyć? — zapytałam, gdy szła obok. Poruszyła głową, jakby potwierdzała, co wywołało u mnie chichot.
— Mnie też by się to podobało — powiedziałam radosnym głosem.
— Powinnam nadać ci imię? — zapytałam, marszcząc czoło. Musiałam. Jak miałabym ją nazywać?
— Podoba ci się imię Roe? — zapytałam z nadzieją, a ona w odpowiedzi parsknęła, co znów mnie rozśmieszyło.
— Roe, musimy iść szybko, bo spóźnię się do pracy — zawołałam i przyspieszyłam kroku, mimo protestu stóp. Szłam tą samą ścieżką, gdy nagle powietrze wokół mnie zaczęło wirować. To dziwne, bo pamiętałam tę drogę. Próbowałam zignorować wiatr i iść dalej, gdy nagle Roe pobiegła w stronę, z której wiało.
— Roe, czekaj! Nie idź tam! — krzyknęłam, bo pobiegła w stronę brzegu rzeki, gdzie wszystkie dzikie zwierzęta przychodziły pić wodę. To był powód, dla którego nigdy tam nie zaglądałam. Stałam niepewnie, gdy usłyszałam głośny pisk Roe, od którego serce mocniej mi zabiło. Zrzuciłam drewno i pobiegłam do niej, jakby nogi same mnie niosły.
— Proszę, bądź bezpieczna — powtarzałam w myślach, nie chcąc, by mojej nowej przyjaciółce stała się krzywda. Gdyby coś jej się stało, byłoby to przeze mnie. Dyszałam ciężko, gdy dotarłam do brzegu Ondine.
— Roe! — zawołałam, szukając jej wzrokiem w blasku księżyca. Znalazłam ją przy brzegu, gdzie trącała coś pyszczkiem. Podbiegłam do niej, kulejąc. Stopy bolały mnie niemiłosiernie.
— Roe, odejdź stamtąd. To cię ugryzie — powiedziałam z przerażeniem, widząc leżącego tam małego węża. Próbowałam ją odciągnąć, ale nie chciała się ruszyć. Spojrzałam w niebo — do wschodu słońca zostało niewiele czasu. Spojrzałam na nią, a potem na małego czarnego węża. Był ranny, a przy tym wyglądał na nieszkodliwego. Jeśli go tu zostawię, zje go jakieś dzikie zwierzę. Patrząc na rany, domyśliłam się, że ktoś już próbował to zrobić. Roe spojrzała na mnie swoimi sarnimi oczami, jakby błagała o pomoc. Wiedziałam, jak to jest, gdy nikt nie chce pomóc. Znów spojrzałam w niebo i westchnęłam z rezygnacją.
— Nie mogę go tu zostawić na śmierć.
















