— Nie mogę go tu zostawić na śmierć.
Podeszłam do niego i podniosłam węża, starając się nie sprawić mu więcej bólu. Poruszył się, dając mi znać, że wciąż żyje. Był tak mały, że bez trudu mieścił się w mojej dłoni.
— Chodźmy, Roe, zanim jakieś duże dzikie zwierzę przyjdzie tu pić wodę — powiedziałam, rozglądając się wokół, czy jakiś drapieżnik nie czai się w zaroślach, by nas zaatakować. Z ostrożnością zaczęłam iść, kulejąc. Roe, jakby rozumiejąc moje słowa, szła za mną. Każdy krok stawiałam z uwagą, starając się nie robić hałasu, by nie zwabić śpiących, głodnych stworzeń. To była ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowałam. Wróciliśmy do miejsca, gdzie zostawiłam drewno. Ciągnęłam je jedną ręką, bo w drugiej trzymałam małego węża. Nie chciałam mu zrobić krzywdy, więc wlokłam polana, choć było to niezwykle trudne. To wycisnęło ze mnie ostatnie resztki sił. Roe, widząc moje zmagania, pomogła mi, popychając drewno łbem. Razem udało nam się opuścić las, gdy wiatr wyprowadził mnie z powrotem na skraj puszczy.
— Teraz możesz już wracać. Dalej sobie poradzę — powiedziałam, stojąc na obrzeżach lasu. Gdy tylko to wymówiłam, spojrzała na moją dłoń, w której spoczywał mały wąż.
— Nie martw się, zaopiekuję się nim — obiecałam z uśmiechem. Przyglądała nam się przez kilka sekund, a potem prychnęła, kręcąc przecząco łbem. Po czym znów zaczęła pchać drewno.
— Jak chcesz, tylko nie miej do mnie pretensji, gdy twoja rodzina przyjdzie cię tu szukać. Choć w sumie nie miałabym nic przeciwko, chętnie bym ich poznała — powiedziałam, chwytając sznur i znów ciągnąc ładunek. Tym razem nie było to tak trudne jak w lesie, bo teren tutaj był przeważnie płaski. Roe szła za mną aż do mojego domu, który nie był stąd daleko. Zerknęłam na węża — odpoczywał w mojej dłoni, ale trzymał łeb wysoko, patrząc przed siebie.
— Prawie jesteśmy na miejscu, mały przyjacielu. Wytrzymaj jeszcze chwilę — powiedziałam bez tchu, widząc w oddali naszą chatę. Zmuszałam się do wysiłku, dopóki nie dotarliśmy do celu. Puściłam sznur, a moja klatka piersiowa zaczęła gwałtownie falować, gdy wypuściłam powietrze z płuc. Dłoń mnie piekła — od ciągnięcia ciężkiej wiązki drewna na skórze pojawiło się ogromne obtarcie. Podniosłam rękę i wierzchem dłoni starłam zimny pot z czoła, ignorując ból. Spojrzałam na węża — skulił się z cierpienia. Weszłam do chaty, wciąż trzymając go w ręku.
— Aurelio, co ty tu jeszcze robisz? — Mój młodszy braciszek przybiegł do mnie z miną pełną zdziwienia. Rozumiałam jego zdziwienie, bo nigdy o tej porze nie było mnie w domu, ale dzisiejszy dzień był wyjątkiem. Zmarszczył brwi jeszcze mocniej, gdy zobaczył małego węża w mojej dłoni i wchodzącą za mną Roe.
— Finnianie, idź przynieś liście rośliny leczniczej — powiedziałam, kładąc węża na małym kawałku materiału. W jego oczach wciąż malowała się konsternacja, ale posłuchał i poszedł po liście. Posadziłam ten krzew za chatą, bo często odnosiłam urazy, a nie mieliśmy pieniędzy na uzdrowiciela — a nawet gdybym miała, pewnie odmówiliby mi pomocy. Roe przyglądała nam się uważnie swoimi wielkimi oczami. Finnian szybko wrócił z kilkoma liśćmi.
— Proszę — powiedział, podając mi je, i usiadł obok, gapiąc się na zwiniętego węża. Roe zrobiła to samo, bo ona też była zmęczona tak długim marszem. Wzięłam dwa kamienie, by rozgnieść liście.
— On jest taki malutki. Skąd go masz? — zapytał Finnian, nie odrywając wzroku od rannego stworzenia. Czułam w jego głosie ciekawość.
— No tak, nigdy wcześniej nie widziałam tak małego węża — odparłam z podziwem. Próbowałam uniknąć odpowiedzi na drugie pytanie, skupiając się na ucieraniu liści.
— Ale skąd go wzięłaś? Nie wygląda na węża z Ravenswood — dopytywał coraz bardziej zaciekawiony. Mój brat był bystry. Wiedział, że nie chcę mu powiedzieć.
— Leżał ranny na brzegu Ondine, a Roe mnie do niego zaprowadziła — powiedziałam, przygryzając dolną wargę i dalej wyrabiając papkę z grubych liści.
— Byłaś na brzegu? — zapytał cichym, zdziwionym głosem. Miał oczy szeroko otwarte ze zdumienia.
— Obiecałaś mi, że nie będziesz tam chodzić. A gdyby było tam jakieś dzikie zwierzę i próbowało cię zaatakować, tak jak ostatnim razem? — powiedział lękliwym głosem, przez co znów przygryzłam wargę z przejęcia. Wiedziałam, że tak zareaguje. Raz wiatr zaprowadził mnie na brzeg, zanim w ogóle się zorientowałam. Ocknęłam się dopiero, gdy zimna woda Ondine dotknęła moich stóp. Gdy tylko oprzytomniałam, zobaczyłam wielkie, fosforyzujące żółte oczy wpatrzone we mnie — musiałam uciekać, by ratować życie, gdy to coś próbowało mnie gonić.
— Ale spójrz, nic mi nie jest, a Roe była ze mną. Nie byłam sama — próbowałam się bronić cichym głosem, wiedząc, że martwi się o mnie bardziej niż ja sama.
— Kto to jest Roe? — zapytał zdezorientowany. Wskazałam oczami na siedzącą obok sarnę. Spojrzał na nią, a Roe, jakby wiedziała, że przedstawiam ją bratu, zaczęła go czule trącać pyszczkiem, co wywołało jego śmiech.
— Lubię ją — powiedział, gładząc ją po grzbiecie i łbie. — Cześć, Roe, jestem Finnian — przedstawił się, nie przestając jej głaskać. Uśmiechnęłam się na ich widok. Skończyłam robić papkę, wzięłam ją w palce i odwróciłam się do rannego węża. Już na nas patrzył z uniesioną głową.
— Hej, obudziłeś się — powiedziałam radosnym głosem, przyciągając uwagę Roe i Finniana.
— Nałożę ci tę papkę, ona cię uleczy. Nie wiem, czy działa na zwierzęta, ale mi zawsze pomagała — mówiłam dalej, chcąc go pocieszyć. Wiedziałam, że rany muszą go bardzo boleć, bo były spore jak na tak małe ciałko. Zaczęłam smarować skaleczenia, a Finnian obserwował mnie z uwagą.
— Wiem, że to boli, ale nie martw się, niedługo będziesz zdrów — znów próbowałam mu dodać otuchy, gdy opuścił łeb i zamknął oczy z bólu.
— Ma głębokie rany. Kto mu to zrobił? — zapytał Finnian smutnym głosem.
— Może jakiś ptak — odparłam z litością, kończąc nakładanie lekarstwa. Wąż spojrzał na mnie dokładnie w momencie, gdy to powiedziałam.
— Mały, zaraz poczujesz się lepiej — powiedziałam, drapiąc go lekko pod brodą wierzchem palca wskazującego, a on przymknął oczy, wyraźnie zadowolony z pieszczoty.
— Powinniśmy go nazwać — zaproponował entuzjastycznie Finnian. Wąż też otworzył oczy i spojrzał na niego.
— Jak go nazwiemy? — zapytałam z ożywieniem.
— Pip — odparł Finnian z szerokim uśmiechem. Ja również się uśmiechnęłam.
— Niech będzie Pip. Pasuje do niego — przytaknęłam.
— Podoba ci się twoje imię? — zapytałam, gładząc go po łebku. Spojrzałam na niego, ale mój wzrok powędrował dalej i oczy rozszerzyły mi się z przerażenia.
— Mój Boże, słońce już wzeszło! — zawołałam, zrywając się na równe nogi.
— Muszę biec do pracy! — krzyknęłam, gorączkowo myjąc ręce i wybiegając z domu.
— Myślisz, że nadzorca pozwoli ci pracować? — krzyknął za mną Finnian z progu, podczas gdy Roe odprowadzała mnie wzrokiem, znów przekrzywiając głowę. Może z konsternacji.
— Będę go błagać! — odkrzyknęłam, odwracając głowę w stronę drogi. Biegłam, kulejąc na obolałą nogę. W tym wszystkim zupełnie zapomniałam o czasie, a teraz słońce świeciło już wysoko nad moją głową. Modliłam się tylko do bogini ze starej świątyni, by nadzorca darował mi tym razem. Gdy dotarłam na pole, inni pracownicy już zaczęli robotę. Próbowałam wślizgnąć się między nich, by mnie nie zauważył. Oddychałam ciężko, próbując chwycić kosz i wejść w grządki po cichu.
— Stój tam! — usłyszałam surowy głos nadzorcy, który sprawił, że zatrzymałam się w miejscu, gryząc wargę z żalu.
— Spóźniłaś się. Dzisiaj nie masz tu wstępu — powiedział szorstko, a ja spojrzałam na niego błagalnie.
— Proszę, pozwól mi pracować, inaczej nie będę miała za co nakarmić brata — prosiłam cicho.
— Jeśli pozwolę ci teraz, zrobisz to znowu. To kara za łamanie zasad — powiedział stary właściciel ziemski, patrząc na mnie, jakby był uosobieniem sprawiedliwości tego świata. Miałam ochotę wywrócić oczami, ale nie mogłam. Jeśli zobaczy mój opór, nigdy więcej nie da mi tu pracy. Jego ego było większe niż niebo.
— Błagam, pozwólcie mi pracować. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy — prosiłam ponownie, myśląc o głodnym Finnianie. Spojrzał na mnie swoimi starymi, lubieżnymi oczami, omiatając mnie od stóp do głów, co sprawiło, że poczułam się wyjątkowo nieswojo.
— Dobrze, zlituję się nad tobą, ale dostaniesz połowę tego, co zwykle zarabiasz każdego dnia — powiedział, a ja wytrzeszczyłam oczy. Wstał z krzesła, podpierając się laską z drwiącym uśmieszkiem na twarzy.
Połowę mojej dniówki.
— Przecież i tak dostaję połowę tego, co inni — zaprotestowałam, bo to było skrajnie niesprawiedliwe. Uniósł brwi, wyraźnie niezadowolony z mojego tonu.
— Bierz to albo nigdy więcej tu nie wracaj — powiedział, nakładając mi grzywnę za pyskowanie. Moje ramiona opadły. Nawet jeśli to było niesprawiedliwe, musiałam się zgodzić. Przynajmniej Finnian będzie miał co jeść. Ta myśl wywołała nikły uśmiech na moich ustach. Ja znów będę pić tylko wodę.
— Zrobię to.
















