— Zrobię to.
Gdy tylko przystałam na jego warunek, na jego starej, pomarszczonej twarzy pojawił się tryumfalny uśmiech. W jego oczach widać było, że moja uległość połechtała jego wielkie ego. Myślał, że zgodziłam się, bo się go boję, i to właśnie dawało mu satysfakcję. Jedyną rzeczą, jakiej naprawdę bałam się na tym świecie, był widok mojego brata płaczącego z głodu. On nie zasługiwał na to tylko dlatego, że jest moim bratem. Moim obowiązkiem było zadbać o niego i to był jedyny powód, dla którego przyjmowałam te upokorzenia. Zrobiłabym to setki razy, bez względu na niesprawiedliwość. Dla brata tysiąc razy podeptałabym własną dumę. Właściciel odchrząknął, wciąż z tym samym uśmieszkiem. Jego lubieżne oczy znów powędrowały po moim ciele.
— Niech pracuje, a jeśli zobaczysz, że się obija, nie płac jej wcale — rozkazał nadzorcy, stawiając kolejny warunek.
— Bierz kosze i ruszaj w pole — powiedział nadzorca monotonnym głosem, odprawiając mnie machnięciem ręki, nawet na mnie nie patrząc. Spuściłam głowę i odeszłam, wciąż czując na plecach wzrok starca. Wzięłam kosz i zaczęłam pracę. Inne kobiety pracujące ze mną zaczęły szeptać na mój widok, patrząc na moją brudną, poplamioną suknię. Spojrzałam na ubranie — było uwalone błotem po ciągnięciu drewna z lasu do chaty.
Rąbek sukni był mokry od ziemi, a w rogu widniała czerwono-fioletowa plama po jagodach, które zebrałam dla Finniana. Zupełnie o nich zapomniałam. Wciąż tam były, bezpieczne. Odetchnęłam z ulgą. Ignorując szepty, zaczęłam rwać warzywa. Byłam przyzwyczajona do ich oceniających spojrzeń. To nie było dla mnie nic nowego. Pracowałam przez połowę dnia bez żadnej przerwy, bo nadzorca nie spuszczał ze mnie wzroku. Wiedziałam, że jeśli zobaczy choć cień lenistwa, doniesie staremu właścicielowi i nie dostanę nawet tej marnej połowy zapłaty. Pracowałam i pracowałam. Słońce prażyło niemiłosiernie, było wczesne popołudnie.
W gardle zaschło mi na wiór, bo harowałam bez wytchnienia. Patrzyłam na inne pracownice, które pracowały powoli i bez pośpiechu. Czasem im zazdrościłam. Ich życie było normalne, w przeciwieństwie do mojego. Ja musiałam walczyć o każdą, nawet najmniejszą rzecz, a im wszystko przychodziło niemal bez wysiłku. Westchnęłam, ocierając pot z czoła i mrużąc oczy od słońca. Kosz pełen warzyw stawał się coraz cięższy, a ból pleców narastał z każdą chwilą. Syknęłam z bólu, poprawiłam pasy na ramionach i wróciłam do roboty. Po jakimś czasie pracy w tym upale nadzorca ogłosił przerwę. Spojrzałam na niego z nadzieją.
Czy ja też mogę odpocząć?
Popatrzył na mnie beznamiętnym wzrokiem i machnął ręką, dając znak, że też mam wolne. Uśmiechnęłam się do niego wdzięcznie za ten przejaw litości. Odszedł, by zjeść swój posiłek. Ostrożnie zdjęłam kosz z pleców i postawiłam go na ziemi, dbając, by żadne warzywo nie wypadło. Wszyscy wokół pili wodę, niektórzy rozwijali zawiniątka z jedzeniem. Zapach strawy sprawił, że w brzuchu mi zakrukotało. Postanowiłam odejść kawałek dalej i odpocząć pod drzewem, dopóki przerwa się nie skończy. Usiadłam w cieniu, gdzie nie docierały promienie słońca. Zamknęłam oczy, opierając głowę o gruby pień drzewa. Po kilku minutach spojrzałam na supeł na sukni, w którym schowałam jagody. Głód stał się jeszcze bardziej dokuczliwy.
— Nie, nie mogę ich zjeść. Są dla Finniana — przypomniałam sobie, potrząsając głową, by odpędzić pokusę. Byłam spragniona, głodna i śpiąca. Już niemal odpływałam w sen, gdy usłyszałam w oddali wołanie mojego imienia. Otworzyłam oczy i zobaczyłam małą postać idącą ostrożnie w moją stronę. Szedł powoli, starając się nie wylać wody. Mój mały wybawca w końcu przyszedł. Patrzyłam na niego z lekkim uśmiechem.
— Przepraszam za spóźnienie — powiedział, podając mi miskę.
— Mówiłam ci już, że nie musisz mi przynosić wody codziennie — odrzekłam, pijąc łapczywie.
— I co, mam pozwolić, żebyś znów zemdlała z pragnienia jak ostatnio? — zapytał, mrużąc oczy. Wiedziałam, że bardzo się wtedy przestraszył. Leżałam na polu godzinami i nikt nie ruszył palcem, by mi pomóc. Finnian znalazł mnie dopiero, gdy wracał ze szkoły.
— To się zdarzyło tylko raz — mruknęłam, pijąc dalej, czując wyrzuty sumienia, że tak go przeraziłam. Wciąż patrzył na mnie z powagą, więc postanowiłam go rozproszyć. Rozwiązałam supeł na dole sukni.
— Zobacz, co dla ciebie mam — powiedziałam, pokazując mu dzikie jagody.
— Jagody! — Jego oczy rozbłysły na widok soczystych owoców.
— Skąd je wzięłaś? — zapytał, biorąc jedną i wkładając do buzi, mrucząc z zachwytu nad ich słodyczą.
— Znalazłam w lesie, jak wracałam rano do domu. Tam właśnie spotkałam Roe — wyjaśniłam radośnie, gdy brał kolejną.
— Dlaczego ty nie jesz? Są pyszne — powiedział Finnian, przysuwając mi owoc do ust. Napłynęła mi ślina, a w brzuchu znów zaburczało.
— Nie, ty jedz. Ja już jadłam w lesie — skłamałam z uśmiechem.
— Dawno ich nie było. Musisz być głodna. Zjedz, dla jednego to za dużo — nalegał, wpychając mi jagodę do ust mimo moich protestów. Z nim nie dało się wygrać. Zaczęłam jeść razem z nim, delektując się słodkim smakiem.
— O, zupełnie zapomniałem — powiedział nagle i wyciągnął małe pudełko z bambusa, które leżało obok niego. Wcześniej go nie zauważyłam. Spojrzałam z zaciekawieniem.
— Co to jest?
— Przyniosłem Pipa ze sobą — odparł, otwierając pudełko. Mały wąż leżący w środku uniósł łeb, gdy tylko dotarło do niego światło. Patrzył na nas swoimi oczkami, a ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Wyglądał tak uroczo.
— Finnianie, po co go tu brałeś? Przecież on jest ranny — powiedziałam, przyglądając się Pipowi, który zdawał się rozumieć każde nasze słowo.
— Wiem, ale Roe wróciła do siebie, kiedy wróciłem ze szkoły. Nie chciałem zostawiać go samego w domu. Pewnie by mu się nudziło, więc go wziąłem — wyjaśnił smutno. Wiedziałam, że chciał tylko, by Pip czuł się bezpiecznie. Miał dobre intencje.
— Dobrze zrobiłeś. Samemu na pewno byłoby mu smutno — powiedziałam, by poprawić mu humor, na co on rozpromienił się w uśmiechu.
— Myślisz, że chciałby jagodę? Może go nakarmić? On też pewnie jest głodny — zapytał brat z ciekawością. Nie pomyślałam o tym. On też musiał potrzebować jedzenia. Skinęłam głową, a Finnian przysunął kawałek jagody do pyszczka węża, ale Pip odmówił. Oboje zmarszczyliśmy brwi.
— Może nie lubi jagód — westchnął zawiedziony Finnian.
— Nie martw się. Finnianie, węże nie jedzą owoców. Są mięsożerne — wyjaśniłam, kładąc mu rękę na ramieniu. Pip tymczasem skulił się z powrotem w pudełku. Usłyszałam wołanie nadzorcy.
— Finnianie, zabierz Pipa do domu. Wrócę z jedzeniem — powiedziałam pośpiesznie, wstając, by wrócić w pole. Brat pokiwał głową. On i Pip zostali jeszcze chwilę pod drzewem, obserwując mnie, a potem odeszli, machając mi na pożegnanie. Pracowałam ciężko, aż słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, kończąc dzień. Stanęłam na końcu kolejki po dniówkę. Kiedy przyszła moja kolej, policzono warzywa i nadzorca wręczył mi zapłatę. Jeden z pracowników wyrzucał właśnie uszkodzone warzywa, których nie dało się sprzedać na targu. Miały trafić na karmę dla zwierząt.
— Czy mogłabym je wziąć? — zapytałam z nadzieją w oczach, patrząc na nadzorcę. Spojrzał w stronę wskazaną moim palcem i wstał z miejsca.
— Weź sobie kilka — rzucił z odrobiną litości w głosie. Podziękowałam mu z szerokim uśmiechem, który on zignorował, i ruszyłam w stronę posiadłości właściciela. Zebrałam odrzucone warzywa do starego, pękniętego kosza leżącego obok. Z tym łupem poszłam na targ, by kupić chleb na kolację. Kiedy wracałam do domu z chlebem i warzywami w rękach, z daleka zobaczyłam ludzi myjących i sprzątających obejście świątyni Aetherisa. To smoczy bóg, który nas chroni.
Drzwi świątyni otwiera się tylko raz w roku, podczas festiwalu, by modlić się o pomyślność i żyzność ziemi oraz dobrobyt mieszkańców. Ludzie mówią, że ziemia, na której żyjemy, rzeka, z której pijemy, las, z którego bierzemy drewno — wszystko należy do niego. Jest prawdziwym Panem tego miejsca, więc co roku musimy okazywać mu szacunek, by nie ściągnąć na siebie jego gniewu. Mój wzrok powędrował od ciężkich wrót do godła wyrzeźbionego nad nimi. Wielki smok ziejący ogniem został wykonany z niezwykłym kunsztem. Nawet stąd widziałam najdrobniejsze szczegóły. Wpatrywałam się w rzeźbę jak urzeczona. To, co sprawiało, że smok wyglądał jak żywy, to czerwone rubiny osadzone w miejscu oczu. Zdało mi się, że widzę w nich migoczące płomienie, co sprawiło, że zmrużyłam oczy. Patrzyłam na nie, zapominając o całym świecie.
— Hej, dokąd to idziesz? — usłyszałam czyjś krzyk, który sprawił, że aż drgnęłam. Wyrwało mnie to z transu. Ocknęłam się, stojąc tuż przed schodami świątyni. Rozejrzałam się dookoła zdezorientowana.
Jak ja się tu znalazłam?
Byłam kompletnie zmieszana. Spojrzałam na swoje dłonie i zobaczyłam, że są puste. Warzywa i chleb! Spanikowałam i zawróciłam, by ich szukać. Leżały na drodze, w miejscu, gdzie stałam jeszcze kilka minut temu. Podniosłam je i otrzepałam z kurzu. Wciąż oszołomiona, rzuciłam ostatnie spojrzenie na świątynię i ruszyłam w stronę domu. Kręciłam głową z niedowierzaniem. Co ja tu jeszcze robię? Muszę być w domu.
Finnian na pewno na mnie czeka.
















