(Alfa Vandrak)
Arakon, mój wilk, z każdym dniem stawał się coraz bardziej niespokojny. Wciąż nie odnaleźliśmy naszej towarzyszki, a do tej pory odwiedziłem większość watah w promieniu setek mil wokół Aethel-Polis.
Zaczynałem myśleć, że mojej wybranki nie ma w tym cholernym kraju albo że po prostu nie została mi przypisana. Byłem jednak zdeterminowany, by ją odnaleźć, o ile Księżycowa Bogini o mnie nie zapomniała.
Gdybym nie był Alfą i technicznie rzecz biorąc księciem, uczyniłbym to misją mojego życia, ale niestety miałem inne obowiązki, i to całe mnóstwo.
Seks tracił swój urok; bez względu na partnerkę, po prostu nie mogłem znaleźć ukojenia, którego szukałem. Przetarłem twarz dłonią, mając nadzieję, że odpędzę te myśli.
„Panie Vandrak”. Moja sekretarka odezwała się przez interkom. No po prostu idealnie.
„Słucham?”
„Pan Daxen prosi o spotkanie. Nawiązuje do wiadomości, którą wysłał”.
„Teraz?” – zapytałem.
„Tak, pański grafik na najbliższą godzinę jest pusty”. Westchnąłem. „Panie Vandrak?” – zapytała ponownie.
„Wpuść go” – usiadłem prosto i poprawiłem krawat.
-
„Panie Vandrak, nie zajmę panu dużo czasu”. Stanął przed moim biurkiem, a ja gestem wskazałem, by usiadł. „Dziewczyna, kobieta, którą kazał nam pan śledzić w naszym systemie, właśnie się pojawiła”.
Pochyliłem się do przodu, a znużenie natychmiast mnie opuściło. Miał moją pełną uwagę.
„Wygląda na to, że wynajęła mieszkanie, którego jesteśmy właścicielami, w Lower West Side”. Przesunął w moją stronę dokument – umowę najmu na nazwisko Elaraminta Balfour.
Chwyciłem go z biurka zbyt gwałtownie.
„Coś jeszcze?” – zapytałem, nie patrząc na niego.
„To na razie wszystko; informacja dopiero wpłynęła. Będę informował, jeśli znów pojawi się w systemie”. Wstał, a ja skinąłem mu głową, odprawiając go.
Mój wilk zdawał się uspokoić w moim umyśle po raz pierwszy od wieków.
(Elara)
W ciągu kilku dni weszłam w rytm. Było to bardziej chaotyczne niż to, do czego przywykłam przez ostatnie lata, ale dobrze było czuć, że coś robię, co zostawiało mi niewiele czasu na rozpamiętywanie negatywnych myśli, które wciąż krążyły w mojej głowie.
Codziennie rano podrzucałam Evrena do Kae, zanim szłyśmy razem do pracy. Jej córka, Liora, i on zdawali się świetnie dogadywać. Pomagało to, że dzielił ich niecały rok różnicy, a Evren nie postrzegał jej jako niemowlaka.
Praca okazała się najtrudniejszą rzeczą do przystosowania. Studiowałam menu w spokojniejszych chwilach, ale wciąż nie mogłam zapamiętać wszystkich kombinacji dań.
Po pracy odbierałam Evrena i wspólnie z rodzicami przygotowywaliśmy kolację. Mama wydawała się teraz bardziej przywiązana do niego, wiedząc, że planują powrót do domu, i prawie spodziewałam się, że będzie błagać o wspólne zamieszkanie.
W końcu wybrałam zajęcia, ale zaczynały się dopiero w semestrze letnim, więc miałam jeszcze kilka tygodni na pełne zadomowienie się. Miałam nadzieję, że do tego czasu nasze mieszkanie będzie bardziej przypominać dom. Wciąż potrzebowałam tylu rzeczy do kuchni i do pokoju Evrena.
Lista potrzebnych rzeczy i zadań do wykonania z każdym dniem stawała się coraz dłuższa.
To był jego pierwszy własny pokój i chciałam, by miał miejsce, w którym będzie uwielbiał przebywać. Mogłabym przez rok spać na materacu w pustym pokoju, gdyby to było konieczne, by jego przestrzeń była idealna.
„Idziemy obejrzeć zestaw stół i krzesła do kuchni oraz łóżko dziecięce”. Mama podała mi kubek kawy, podczas gdy tata pomagał Evrenowi się ubrać. Będzie mi brakować tej pomocy bardziej, niż potrafiłam ubrać w słowa.
„Dajcie znać, ile to kosztowało. Zapłacę za to albo oddam wam pieniądze”. Wzięłam długi łyk, mając nadzieję, że to mnie rozbudzi. Po każdym dniu czułam się wyczerpana psychicznie i fizycznie, a zmęczenie puszczało dopiero, gdy zaczynał się największy ruch w pracy.
„Nie martw się o to”. Mama uśmiechnęła się do mnie. „Pomyślimy o tym później”.
„Mamo”. Postawiłam kubek na blacie. „Mówię poważnie. Wiesz, że doceniam całą waszą pomoc, ale zapłaciliście już kaucję za to miejsce, pierwszy czynsz, nowe materace, pościel i to wszystko. Resztą zajmę się sama”.
Moi rodzice nie mieli odłożonych zbyt wielu pieniędzy. Żyjąc w watasze, o większość rzeczy ma się zapewnione. Pracowali wcześniej, ale nie robili tego przez lata od naszej przeprowadzki. Wiedziałam, że sięgają do swoich oszczędności.
„Dobrze, dam ci znać”. Skinęła głową, ale nie byłam przekonana.
Pożegnałam się z nimi i ujęłam dłoń Evrena; jego szorty sięgały już powyżej kolan, więc dopisałam to do mojej mentalnej listy rzeczy do zrobienia i kupienia – nowe letnie ubrania.
„Jak myślisz, co będziesz dzisiaj robić z Liorą i Solyrą?” Solyra była ich nianią, miała własne dorosłe dzieci, a Evren i ja od razu ją pokochaliśmy. Była taka „matczyna” i całkowicie ufałam jej w kwestii dzieci.
„Myślę, że może park!” – wykrzyknął. „Ten duży, z tymi czarnymi płotami dookoła”.
„Cóż, to brzmi jak najlepszy dzień na świecie. Nie mogę się doczekać, aż mi o wszystkim opowiesz”.
Mówił niemal bez przerwy, aż dotarliśmy do mieszkania Kae, a ona wpuściła nas domofonem – czegoś takiego brakowało mi w moim budynku. Jej mieszkanie było mniejsze niż nasze, ale w nieco ładniejszej okolicy, z placem zabaw i parkiem oddalonymi o minuty drogi.
-
„Zróbmy to wreszcie”. Kae westchnęła, zamykając za sobą drzwi. „Zgadnij co?” Podniosła brew. Przekonałam się już, że w jej przypadku odpowiedź mogła być dowolna. Mogła równie dobrze zaręczyć się z kimś, o kim nigdy nie wspominała, jak i znaleźć nową markę ciecierzycy, którą pokochała.
„Co takiego?”
„Oficjalnie skończyłaś szkolenie. Witaj w zespole, Elara”. Posłała mi cierpki uśmiech.
„To wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam” – odpowiedziałam sucho. Zaśmiała się, schodząc po schodach przede mną.
Dobrze było mieć przyjaciółkę. Miałam Lyrę, ale to było coś innego – znów mieć kogoś na miejscu, kogoś, kto poznawał tę nową wersję mnie.
W pewien sposób było to wyzwalające.
- - - - -
Byłam zdenerwowana, ale i podekscytowana tym, że w końcu będę pracować na własną rękę i zacznę zarabiać prawdziwe napiwki, zamiast tych, którymi dzieliła się ze mną Kae. Czułam się winna, choć ona nalegała, a jednocześnie nie czułam się na tyle winna, by nie przyznać, że potrzebuję pieniędzy. I to bardzo.
Założyłam ten brzydki różowy fartuch i udałam się do swojej sekcji. Dziś przypadł mi bar, z czego byłam zadowolona. Wiedziałam, że dostałam łatwiejszą sekcję, która nie wymagała tyle biegania, tylko dlatego, że byłam nowa.
Natychmiast zabrałam się do pracy, sprawdzając dzbanki z kawą i parząc świeże porcje. Dźwięk dzwonka przy drzwiach ledwo przyciągał moją uwagę, ale zauważyłam, że atmosfera jakby się zmieniła.
Gwar rozmów nagle ustał. Zarówno klienci, jak i inne kelnerki, które krzątały się, sprzątając po porannym szczycie, zdawali się zastygnąć w bezruchu.
Sygnał ekspresu do kawy wyrwał mnie z zadumy. Wróciłam do swoich zajęć, zerkając na bar na wypadek, gdyby usiadł tam jakiś klient. Miałam nadzieję, że zapach kawy mnie rozbudzi, gdy stałam przy dzbankach napełniających się z irytująco małą prędkością.
Moje ciało jednak zdawało się budzić; w końcu kofeina zaczynała działać. Każde włókno mojej istoty było w gotowości, gdy uderzył we mnie zapach, który był słodki, a zarazem drzewny – idealne połączenie męskości i delikatności. Odwróciłam się na pięcie, przez chwilę zdezorientowana, gdy moje zmysły się ocknęły.
Moje oczy spoczęły na parze jasnoniebieskich oczu, które wyglądały niemal jak lodowate.
Moja wilczyca, Isra, zatańczyła w moim umyśle, mówiąc coś, o czym myślałam, że nigdy więcej nie usłyszę.
Towarzysz!
















