DECLAN
– Zabezpieczyli dziewczynę, Alfo.
Głos Gaela przebija się przez niski warkot silnika samochodu. Mój Beta i jedyny prawdziwy przyjaciel nie spuszcza wzroku z krętej drogi, ale słyszę ulgę pobrzmiewającą w jego tonie.
– Odeślij ją do domu – rozkazuję szorstkim głosem, który drapie mnie w gardło. – Powiedz Larze, żeby przygotowała pokój i się nią zajęła.
Mój wzrok pozostaje utkwiony w zbliżającej się sylwetce terytorium Alfy Gideona. Ta rozpadająca się, żałosna namiastka domu watahy stoi na końcu polnej drogi, wyglądając w porannym świetle jak gnijący trup. Moje pazury wbijają się w skórzaną tapicerkę fotela pasażera. Muszę wyrwać drzwi w tym gównianym miejscu i wyciągnąć moją przeznaczoną na świeże powietrze.
Jej obraz z wczorajszej nocy płonie pod moimi powiekami. Wyglądała na tak kurewsko przerażoną. Jej wielkie, nawiedzone oczy śledziły każdy ruch w tamtym pokoju, kuląc się przed cieniami. Gdyby mnie nie błagała – gdyby nie użyła tego miękkiego, uwodzicielskiego szeptu, prosząc, abym zostawił ją tam na jeszcze jedną noc – spaliłbym całe to terytorium do gołej ziemi i wyniósł ją na ramieniu.
Mój wilk krąży tam i z powrotem w moim umyśle, drapiąc ściany mojej klatki piersiowej. Muszę znów poczuć jej smak. Zaciskam szczękę, zgrzytając zębami, zmuszając się do powściągliwości. Odepycham od siebie żywe wspomnienie jej nagiej skóry przyciśniętej ciasno do mojej, sposobu, w jaki poruszały się jej biodra, śliskiego gorąca jej wnętrza. Była w dotyku idealna. Niebiańska.
Spędziłem wyczerpujący miesiąc, polując na nią jak dzika bestia, rozszarpując każdy trop, goniąc każdego ducha. Odnalezienie jej w domu tego zacofanego Alfy było zrządzeniem losu, którego się nie spodziewałem.
Nawet teraz duch jej słodkiego zapachu lgnie do moich zmysłów. Otula mój język i wypełnia płuca, doprowadzając moje instynkty do szaleństwa.
Ale pod moimi żebrami buzuje mroczna, ropiejąca frustracja. Dlaczego na mnie nie zareagowała? Jest moją przeznaczoną. Więź to pierwotna, niezaprzeczalna siła. Podobnie jak ja, powinna być kierowana czystą wilczą naturą. Powinna rzucić się na mnie, błagając, by być pode mną, nade mną, oplecioną wokół mnie. Nie można po prostu walczyć z przyciąganiem więzi. To niemożliwe.
A jednak zeszłej nocy zachowywała się, jakbym był jej obcy. Wzdrygała się. Trzymała dystans. Przeszukałem jej piękną twarz w poszukiwaniu choćby jednej iskry rozpoznania, przebłysku wspomnienia z naszej wspólnej nocy, ale nie było niczego. Tylko nagi, pusty strach.
– Co robimy z Talią? – pyta Gael, wyrywając mnie z mrocznych myśli. Wypuszcza z ust ciężkie westchnienie, stukając kciukami w kierownicę. – Ciągle dobija się na prywatną linię.
Talia. Moja była dziewczyna. W sekundzie, w której miesiąc temu wyczułem zapach mojej przeznaczonej w tym zatłoczonym klubie, bez namysłu wyrzuciłem Talię ze swojego domu i życia. Teraz nie przestaje nękać mojego Bety, błagając o kolejną szansę.
– Po prostu każ jej spierdalać – mówię, lekceważąco machając ręką w powietrzu. – Jeśli ceni swoje życie, zapomni mój numer.
– Przepadłeś z kretesem, stary – chichocze Gael, kręcąc głową z rozmarzonym, rozbawionym uśmieszkiem. – Ale cieszę się, że w końcu ją znalazłeś. Miesiąc użerania się z twoim dzikim tyłkiem wystarczyłby na całe życie.
Gael skręca gwałtownie na popękany podjazd domu watahy Gideona. Opony chrzęszczą na luźnym żwirze, ale nie czekam, aż pojazd się zatrzyma. Pchnięciem otwieram drzwi i od razu ruszam krokiem, moje ciężkie buty uderzają o nawierzchnię.
Potrzebuję jej przy sobie. W tej kurewskiej chwili. Głód to fizyczny ból osadzający się głęboko w moich kościach.
Maszeruję prosto do otwartych podwójnych drzwi. Zanim zdążę przekroczyć próg, drogę zagradza mi nerwowa, spocona twarz. To ta sama żałosna namiastka strażnika z wczoraj. Ronan, czy Ron, czy jak mu tam do cholery na imię.
– Alfo Declanie – jąka się, a jego oczy przeskakują na moją klatkę piersiową, zanim spogląda w ziemię. Próbuje wyprostować kręgosłup, udając odważną postawę, która natychmiast się kruszy. – Yyy, dzień dobry.
Zaciskam usta w twardą, bezlitosną linię. Powietrze wokół niego pachnie kwaśnym niepokojem. – Daruj sobie powitania. Przyprowadź ją do mnie.
Ronan nie rusza się z miejsca. Jego buty pozostają wrośnięte w deski podłogi.
Biorę powolny, głęboki oddech, przeszukując foyer pod kątem jej zapachu. Nic. Brakuje tego słodkiego, anielskiego aromatu. Mój wilk warczy, a niespokojna energia zmienia się w ostrą, gryzącą panikę.
– Przyprowadź ją do mnie – powtarzam, a mój głos opada o oktawę, podszyty niezaprzeczalnym rozkazem Alfy. – W tej chwili. Nie jestem w nastroju na gierki z tobą.
– Właśnie... w tym rzecz – jąka się Ronan, przeczesując drżącą dłonią rozczochrane włosy. Wygląda, jakby zbierało mu się na wymioty.
– W. Czym. Rzecz? – Przeciskam słowa przez zaciśnięte zęby, podchodząc bliżej, aż mój cień go pochłania.
– Alfo Declanie! – Zadyszany głos niesie się echem korytarzem.
Podnoszę wzrok i obserwuję niską, przysadzistą kobietę spieszącą w naszą stronę. Luna Vera. Posyłam spojrzenie pełne czystej pogardy w stronę jej plastikowej, poprawionej chirurgicznie twarzy i wylewającego się dekoltu, który zeszłej nocy praktycznie wepchnęła mi w twarz. Wtedy miałem zerowe zainteresowanie, a teraz mam zerową cierpliwość.
– My... – Zatrzymuje się kilka kroków dalej, wymuszając nerwowy, drżący uśmiech. – Czekaliśmy na ciebie.
– Gdzie jest Sienna? – Jej imię gładko spływa z mojego języka, piękny dźwięk stworzony dla anioła, całkowicie nie na miejscu w tym gnijącym domu.
Luna Vera przenosi ciężar ciała z jednej stopy na drugą, a jej sztuczny uśmiech rzednie. – Ona...
– Uciekła zeszłej nocy.
Głos dobiega z cieni za Luną. Alfa Gideon wkracza w przyćmione światło foyer, jego twarz jest ponura, a postawa defensywna.
Słowa docierają do mojego mózgu i świat się zatrzymuje. A potem eksploduje.
Czysta, niczym niezmącona wściekłość wybucha z najgłębszej otchłani mojej duszy. Nie myślę. Po prostu się ruszam. Używam mojej wilczej szybkości, pokonując dystans w ułamku sekundy. Moja dłoń rozwija się, wystrzeliwując do przodu jak żmija, a palce zaciskają się mocno na grubym gardle Gideona.
Unoszę go nad ziemię i uderzam jego plecami o gipsową ścianę. Uderzenie brzmi jak wybuch bomby. Masywna sieć pęknięć rozchodzi się promieniście od jego ramion, sypiąc białym pyłem na deski podłogowe.
Gideon bulgocze, a jego dłonie wędrują w górę, by bezużytecznie drapać moje przedramię. Jego oczy wychodzą z orbit, rozszerzone nagłym, duszącym przerażeniem. Mój uścisk jest jak z żelaza. Pragnienie, by skręcić mu kark, jest ryczącym ogniem w moich uszach.
– Alfo Declanie! – sapie Luna Vera, wrzeszcząc, gdy biegnie w naszą stronę.
Odwracam gwałtownie głowę w bok i posyłam jej mordercze spojrzenie. Moje widzenie zachodzi czerwienią. Mój wilk jest tuż pod powierzchnią, gotów rozerwać wszystkich w tym pomieszczeniu na strzępy. Vera widzi, jak moje oczy jarzą się karmazynem. Hamuje gwałtownie, potykając się do tyłu, a jej dłonie wędrują do ust w przerażeniu.
Zwracam uwagę z powrotem na szamoczącego się, żałosnego Alfę w moim uścisku. Jego nogi kopią powietrze. Nie widzę nic poza czerwienią. Powinienem wyrwać mu gardło w tej samej chwili za utratę mojej przeznaczonej. Jest bezużyteczny. Jest słaby.
– Błagam, Alfo Declanie! – prosi Vera, a łzy żłobią ślady w jej mocnym makijażu. – Ona nie była warta tej walki! Proszę!
Jeszcze tylko trochę nacisku. Zaledwie ułamek centymetra i zmiażdżę mu tchawicę. Patrzę, jak jego twarz przybiera cętkowany odcień fioletu. Mój wilk ryczy, domagając się krwi. Puszczam uścisk z pełnym obrzydzenia prychnięciem i rzucam Gideona w dół. Uderza w listwy przypodłogowe, osuwając się na podłogę jako kaszląca, dysząca sterta. Popękany tynk kruszy się dalej, zostawiając ziejącą dziurę w ścianie.
– Powinniśmy byli powiedzieć ci wcześniej – szepcze Vera, opadając na kolana obok męża, gdy niekompetentny, słaby syn Gideona wbiega na korytarz, by pomóc mu wstać.
Odwracam się twarzą do przebiegłej Luny, powstrzymując moją dziką aurę. Zmuszam mięśnie twarzy do rozluźnienia, przybierając zimną, martwą maskę absolutnego spokoju. To maska, którą zakładam tuż przed tym, jak odbieram komuś życie.
– O czym? – pytam, a mój ton jest upiornie płaski.
Vera przełyka z trudem ślinę, a jej oczy przeskakują na podłogę. – Sienna... była bezwilczą dziewczyną. Nigdy się nie przemieniła, kiedy skończyła osiemnaście lat.
To wyznanie uderza we mnie jak fizyczny cios. Bezwilcza przeznaczona. Szok przetacza się przez moją klatkę piersiową, próbując zburzyć przyszłość, którą budowałem w głowie, odkąd ją znalazłem.
– Nie była warta twoich pieniędzy – kontynuuje Vera, zyskując odrobinę pewności siebie, biorąc moje milczenie za zgodę. – Nie mogłaby urodzić twoich dzieci, gdybyś chciał zrobić z niej samicę rozpłodową. Nie mogłaby zostać wojowniczką, gdybyś miał taki zamiar. Nie mogłaby nawet przyjąć twojego węzła. Była dla ciebie bezużyteczna, Alfo Declanie. Zabiłbyś ją w chwili, gdy zbliżyłbyś się do niej za bardzo. Jej ludzkie ciało by się roztrzaskało.
Czy ta suka próbuje sobie ze mną pogrywać?
Moja szczęka się zaciska. Zimne, mroczne rozbawienie miesza się z moim kipiącym gniewem. Zbliżyłem się do niej bardziej niż bardzo. Wypieprzyłem ją. Wbiłem się w nią z całą mocą, spuściłem się głęboko w jej ciasnym wnętrzu i trzymałem jej spocone, drżące ciało, aż była gotowa mnie wypuścić. Przyjęła każdy mój centymetr i przeżyła.
– Lepiej powiedz mi o każdym najdrobniejszym szczególe, jaki o niej wiesz – oznajmiam, a mój głos opada do zabójczego, cichego rejestru. – Albo lepiej sami ją znajdźcie. Dostarczycie mi ją, albo obiecuję ci, że moja następna wizyta nie będzie rozmową.
Vera blednie. Gideon przestaje kaszleć i wpatruje się we mnie. Rozumieją groźbę. Wisi ciężko i toksycznie w powietrzu.
Jeśli nie przyprowadzą do mnie Sienny, wyrżnę każdego pojedynczego wilka na tej ziemi. Zamienię to żałosne terytorium watahy w cmentarzysko gnijących ciał. I nie stracę przez to ani minuty snu.
Kiedy odzyskam moją przeznaczoną, wymyślę resztę. Nawet jeśli jest bezwilcza. Nawet jeśli moja wataha wymaga silnej, dominującej wilczycy na stanowisko Luny i gardzi słabością. Może i nie będzie w stanie udźwignąć tego tytułu, ale skoro potrafi przetrwać w moim łóżku i urodzić dziecko, będzie moja. Zatrzymam ją przy sobie.
Odwracam się na pięcie, gotów wyjść za drzwi, rozstawić moich najlepszych tropicieli i rozpocząć agresywną obławę.
– Ta dziwka była w ciąży, nosiła bękarta.
Głos należy do Cole'a, bezwartościowego syna Gideona. Wypluwa z siebie te słowa z podłogi jak jad.
Moje buty zamierają. Każdy mięsień w moim ciele blokuje się. Moje płuca przestają wciągać powietrze. W foyer zapada martwa cisza, a dźwięk mojego własnego bicia serca ogłusza mnie w uszach.
Powoli odwracam głowę, a moje czerwone oczy wbijają się w Cole'a. – W ciąży?
– Taa! – szydzi Cole, ośmielony obecnością ojca. – To puszczalska. Sypia z przypadkowymi facetami. Zaciążyła z którymś z nich i chciała usunąć ciążę. Nasz lekarz watahy odmówił wykonania zabiegu.
– Jestem pewna, że chciała przeprowadzić zabieg w jakimś innym mieście – wyrzuca z siebie Vera, a jej głos drży, ale aż rwie się, by usprawiedliwić ich porażkę. – Chciała się stąd wydostać, bo próbowaliśmy powstrzymać ją przed zabiciem niewinnego dziecka. Taka właśnie z niej dziewczyna, Alfo. Zimna zdzira. To błogosławieństwo, że nie zdążyłeś jej posiąść, Alfo Declanie.
Matematyka układa mi się w głowie z siłą uderzenia pioruna. Miesiąc temu. Klub. Przygoda na jedną noc. Żadnego zapachu innego samca na niej, kiedy ją znalazłem.
Każde obrzydliwe słowo wylewające się z ust Very działa jak benzyna na otwarty ogień. Pożar pod moimi żebrami przeradza się w oślepiające piekło.
Moje dziecko. Ona nosi moje dziecko.
– Znajdźcie ją – rozkazuję, a mój głos jest demonicznym, wibrującym warkotem, który strząsa kurz z sufitu. – Przyprowadźcie ją do mnie w sekundzie, w której to zrobicie. Ja zadecyduję o jej losie.
Nie czekam na ich odpowiedź. Odwracam się gwałtownie i wypadam z domu. Drewno futryny rozszczepia się, gdy zahaczam o nią ramieniem. Przemierzam żwir szerokim krokiem, a dusząca chmura furii Alfy promieniuje z moich porów.
Szarpnięciem otwieram drzwi pasażera, opadam na skórzany fotel i zatrzaskuję je z hukiem. Ciężkie uderzenie kołysze całym pojazdem.
– Kurewska Bogini! – wykrzykuje Gael, a jego dłonie mocno zaciskają się na kierownicy, gdy czysta siła mojego gniewu zalewa zamkniętą przestrzeń. – Alfo Declanie, co tu się kurwa przed chwilą odjebało?
Wpatruję się prosto przed siebie w linię drzew, a moja klatka piersiowa ciężko faluje. – Znajdź ją – cedzę przez zęby, a moją szczękę ściska tak mocno, że bolą mnie zęby.
Zielone oczy Gaela rozszerzają się w szoku. – Kogo? Twoją przeznaczoną?
– Uciekła z moim dzieckiem – syczę, a słowa palą mnie w gardło. – I próbuje usunąć ciążę. Musimy ją znaleźć, zanim to zrobi.
Gaelowi opada szczęka, a jego twarz blednie. – Poważnie?
– Zabiję tę kurewską dziewczynę, jeśli choćby tknie moje dziecko jednym palcem – kipię z wściekłości, a moje pazury wbijają się głęboko w deskę rozdzielczą, przebijając gruby materiał. Mój wilk wyje, oszalały i morderczy. – Nie ma pojęcia, co robi. Nie ma pojęcia, z kim zadziera. Będzie trupem, gdy tylko wpadnie w moje ręce.
















