Uwięziona przez Dona: Ukochana Kaelena

Uwięziona przez Dona: Ukochana Kaelena

Autor: Thalia Christopoulos

Czyste zło
Autor: Thalia Christopoulos
13 maj 2026
Shere, Anglia Elise nie spodziewała się, że w tak krótkim czasie tak bardzo zżyje się z Angeliną i pozostałymi. Wracała do rezydencji z sierocińca. Dzisiaj miała dzień wolny, więc wyjechała tam już poprzedniego wieczoru. Bardzo tęskniła za swoim dawnym domem. Gdy wróciła, domownicy już spali. Była dwunasta trzydzieści w nocy. Dzisiejszego wieczoru nieco się spóźniła. Elise cicho weszła do nieoświetlonej rezydencji i ruszyła w stronę swojego pokoju. Wyczuła, że coś jest nie tak. Powietrze w domu wydawało się inne, chłodniejsze. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, poszła do siebie. Przebrała się w piżamę i koszulkę. Podróż sprawiła, że zgłodniała. Postanowiła pójść do kuchni i poszukać czegoś do jedzenia. Nie trudziła się zapalaniem światła, bo znała już każdy centymetr rezydencji. Jej oczy rozszerzyły się, gdy otworzyła lodówkę i zobaczyła różnorodność apetycznych potraw schowanych w środku. Zaczęła się zastanawiać, czy nie było jakiegoś święta. Oblizała wargi językiem. Zadowolona z widoku, wzięła miskę i napełniła ją makaronem w białym sosie. Usiadła na hokerze barowym i zaczęła łapczywie jeść. Gdy już się nasyciła, umyła miskę i postanowiła wrócić do pokoju. Była w drodze do siebie, gdy usłyszała hałas, który sprawił, że zamarła w bezruchu. Stała jak wryta, zastanawiając się, czy rzeczywiście coś usłyszała. Jej wątpliwości zostały rozwiane, gdy sekundę później usłyszała ten sam dźwięk. „Może Martha czegoś szuka” — pomyślała. Postanowiła to sprawdzić. Światła w salonie były zgaszone. Serce waliło jej jak młotem, gdy dostrzegła postać stojącą nad szafką pod telewizor, przetrząsającą szuflady. W ułamku sekundy zdała sobie sprawę, że ten potężny mężczyzna to nie Martha. W zasadzie nie był to nikt, kogo znała, bo nie znała nikogo tak wielkiego. Jego sylwetka była gigantyczna i przerażająca. „Włamywacz” — krzyknął jej umysł. Instynkt podpowiedział jej działanie. Musiała myśleć szybko. Zaskoczyć go, uderzyć, zranić, a potem wrzeszczeć wniebogłosy. Tak. Gorączkowo rozejrzała się za jakimś narzędziem. Na stole stał wazon. Chwyciła go, uważając, by nie narobić hałasu. Włamywacz wciąż mruczał przekleństwa pod nosem, grzebiąc w szufladach. „Czego on szuka? Czy naprawdę myśli, że znajdzie złoto i diamenty na półce w salonie?”. Wydał jej się głupi. Pomyślała, że powalenie go nie będzie trudne. Cichymi krokami zakradła się za jego plecy. Drżącymi rękami uniosła wazon nad ramię. Umięśnione ciało włamywacza napięło się, jakby wyczuł jej obecność. Jednak zanim zdążył się odwrócić, uderzyła go z całą siłą, na jaką mogła się zdobyć. Ze względu na ogromną różnicę wzrostu, wazon sięgnął tylko jego ramienia. — Co do kurwy?! — złodziej pochylił się i syknął z bólu. Jego głos był szorstki i groźny. Dreszcz przerażenia przebiegł jej po kręgosłupie. Nogi zaczęły jej drżeć ze strachu. Czuła, że jego niebezpieczna aura przytłacza ją bez granic. Ponownie uniosła wazon i zamachnęła się w jego stronę, tym razem celując w głowę, ale mężczyzna w pół drogi chwycił ją za nadgarstek, niwecząc jej plan. Jego uścisk był mocny i nieustępliwy. Jej serce zaczęło walić jak szalone, a ręka drżeć. On zamierzał ją zabić. Próbowała wyrwać rękę z jego morderczego uścisku, ale mężczyzna nie puszczał. Była sparaliżowana strachem. Mocno ścisnął jej nadgarstek. Jęknęła, czując ostry ból; miała wrażenie, że jej kość zaraz rozsypie się w pył. Jej chwyt na wazonie osłabł i naczynie wypadło jej z ręki, rozbijając się z głośnym hukiem. Włamywacz uniósł rękę i zaświecił jej w oczy latarką z telefonu. Elise uniosła wolną rękę, by osłonić oczy przed ostrym światłem. Włamywacz nie trudził się, by odsunąć światło, mimo że widział jej dyskomfort. Podszedł bliżej, ona się cofnęła. — Kim jesteś? — zagrzmiał głęboki, dźwięczny głos. Głos z silnym akcentem. Gęsia skórka pojawiła się na całym jej ciele. Wyczuła też nutę irytacji w jego miarowym tonie. Elise nie odpowiedziała. Łzy napłynęły jej do oczu, a wargi zaczęły drżeć. Chciała stąd tylko uciec. — Puść mnie — wychrypiała. Jej głos był tak cichy, że wątpiła, czy ją usłyszał. Mężczyzna stał jak posąg. — Kim jesteś? — powtórzył groźnym tonem. Strach ścisnął jej żołądek, a z szeroko otwartych oczu spłynęła łza. Nie mogła wydobyć z siebie słowa. Uznał jej milczenie za nieposłuszeństwo. Zrobił krok do przodu, jeszcze mocniej ściskając jej obolały nadgarstek. Wzdrygnęła się i próbowała odciągnąć jego rękę. Ale ten człowiek miał uścisk ze stali. Zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek innego, pokój zalało światło. Nie mogąc znieść tyle jasności naraz, mocno zacisnęła powieki. Usłyszała znajome kroki zbliżające się do niej. Nadzieja zakiełkowała w jej wnętrzu. Zabrała ramię sprzed oczu i odważyła się spojrzeć w oczy intruza. Para szaro-zielonych, przeszywających oczu wpatrywała się w nią z zamiarem obdarcia jej żywcem ze skóry. Jego szczęki były napięte, a lodowate oczy odbijały wściekłość, która w tej chwili w nim wrzała. Uznawszy jego spojrzenie za przerażające, natychmiast spuściła wzrok. Jej policzki zapłonęły, gdy zdała sobie sprawę, że nie ma na sobie koszuli. Jego surowe ciało przypominało płótno. Liczne tatuaże pokrywały jego opalony tors. Na górnej lewej części klatki piersiowej widniał tatuaż węża, a po drugiej stronie wyryte były cyfry rzymskie. Jej wzrok powędrował niżej, na jego wybrzuszone bicepsy i zatrzymał się na tatuażu, który wywołał u niej dreszcz niepokoju. Oczy jej się rozszerzyły, gdy zauważyła złowieszczy symbol, pieczęć Bafometa na jego bicepsie. Jako osoba oddana Bogu, była tym znaleziskiem zgorszona. Dlaczego ktoś miałby to sobie zrobić? Chwilę później zdała sobie sprawę, że to nie wszystko — na wewnętrznej stronie przedramienia miał też wytatuowaną nieświętą trójcę. Jej wzrok prześlizgnął się na jego brzuch, który przypominał mur z cegieł i był gęsto pokryty dziwnymi tatuażami. Poczuła jeszcze większe zażenowanie, gdy zobaczyła jego piżamę, która wisiała niebezpiecznie nisko na biodrach. — Co tu się właśnie wydarzyło? — wyrwała się z myśli, gdy usłyszała Marthę, która brzmiała na zaskoczoną i zdezorientowaną. — Kim ona, kurwa, jest? — wycedził mężczyzna przez zęby. — Panie Vargas, ona... o Panie, to nowa opiekunka małej Angeliny. Nie wiem, co tu zaszło, ale proszę mi wierzyć, nie chciała nic złego. Nie wiedziała o pana przyjeździe. Musiała wziąć pana za złodzieja — trajkotała nerwowo Martha. W ustach Elise zaschło, a w gardle poczuła gulę. Czy ona powiedziała „panie Vargas”? Jej wilgotne oczy rozszerzyły się ze strachu i szoku. Resztka odwagi, jaką miała, opuściła ją na dźwięk tego nazwiska. Przeniosła wzrok na Marthę, która patrzyła na nią z przepraszającą miną. „O Panie”. Odepchnął jej rękę i odwrócił się do Marthy. — Chcę, żeby jutro rano stąd zniknęła — rozkazał surowo. Serce Elise pękło na tysiąc kawałków. Kolejne łzy napłynęły jej do oczu. Nie, nie może stracić tej pracy. Miała ochotę upaść mu do nóg i przepraszać, ale jednocześnie bała się jego uwagi. — Ale proszę pana... ona... — Jutro — przerwał nieubłaganie. W jego głosie brzmiała groźba. Ramiona Marthy opadły w geście porażki, skinęła głową na znak zgody. — A teraz przynieś mi, kurwa, Advil — rzucił zirytowany, po czym ruszył w stronę swojego pokoju, nie zaszczycając osłupiałej Elise ani jednym spojrzeniem. Przez zamglone łzy Elise zauważyła cyfry „666” wytatuowane na karku mężczyzny, gdy ten pewnym krokiem oddalał się do siebie, niczym się nie przejmując. „Ten człowiek to czyste zło” — pomyślała. Przepłakała całą noc w sypialni. Nie miała teraz dokąd pójść. Jak miałaby wrócić do sierocińca i spojrzeć w oczy siostrze Agnes? Poleciła ją, bo w nią wierzyła. Jak bardzo będzie rozczarowana? Poza tym jej pokój oddano już komuś innemu. Dlaczego musiała być tak głupia? Przeklinała swoją bezmyślność, po czym zaczęła modlić się do Boga, błagając Go o cud i zmianę jego zdania. Wiedziała, że będzie tęsknić za wszystkimi. Angelina, Martha, pan Thorne — wszyscy stali się dla niej rodziną w tak krótkim czasie. Serce podeszło jej do gardła, gdy słońce wzeszło na horyzoncie. To był jej ostatni dzień w tym domu. Z niechęcią spakowała swoje skromne ubrania do torby. W trakcie pakowania przerwało jej pukanie. Chwilę później w drzwiach pojawiła się głowa Marthy. Ona również miała smutny wyraz twarzy. Starsza kobieta weszła do środka. Elise próbowała się promiennie uśmiechnąć, ale wyszło to słabo i sztucznie. — Spakowana? — Martha zaczęła rozmowę. — Tak. Prawie — Elise przeniosła wzrok na torbę, a potem na Marthę. W powietrzu zawisła niezręczna cisza. — Posłuchaj, Eli, jest mi niezmiernie przykro z powodu tego, co się dzieje. Nie zasługujesz na to. Jesteś bardzo słodką dziewczyną i najlepszą w swoim fachu. Nigdy nie widziałam Angeliny tak szczęśliwej. Chciałabym móc coś zrobić, żeby to powstrzymać. Ale pan Vargas to uparty człowiek. Nikogo nie słucha, zwłaszcza jeśli to „nikt” to ktoś z nas. Według niego ludzie tacy jak my, którzy nie mają statusu i pieniędzy, mają też braki w intelekcie — prychnęła z pogardą. Było widać, że nie darzy swojego pracodawcy sympatią. — Ale nie trać nadziei. Jesteś bardzo utalentowaną dziewczyną. Jestem pewna, że znajdziesz inną pracę w ciągu kilku dni — Martha uśmiechnęła się do niej ciepło. Elise skinęła głową i odwzajemniła uśmiech, mimo że w sercu czuła palący ból. — Daj mi piętnaście minut, przyniosę ci śniadanie — powiedziała. Elise potrząsnęła głową, ale kobieta była już za drzwiami. Opuściła rezydencję po zjedzeniu śniadania. Była siódma rano, a dom wciąż spał. Odeszła bez pożegnania z Angeliną. Wiedziała, że nie byłaby w stanie odejść, gdyby mała poprosiła ją, by została. To byłoby jeszcze trudniejsze. Pan Thorne stał przy głównych drzwiach rezydencji, czekając na nią. On również wyglądał na smutnego. Martha opowiedziała mu o wszystkim zeszłej nocy. — Dzień dobry, panie Thorne. Wstał pan dzisiaj wcześnie — przywitała go uśmiechem Elise. Objęła się ramionami, natychmiast tęskniąc za ciepłem domu. Pogoda wydawała się chłodniejsza niż zwykle. Może dlatego, że wciąż było wcześnie rano. — Dzień dobry — spróbował się uśmiechnąć, ale mu nie wyszło. Oboje zamilkli, nie wiedząc, co powiedzieć. To był krępujący moment. Pan Thorne przerwał ciszę, odchrząkując. — Podwiozę cię. — Szczery uśmiech zagościł na jej wargach. Ci ludzie byli tacy dobrzy. — To bardzo miłe z pana strony, panie Thorne. Ale nie chcę sprawiać kłopotu. Dojdę na stację — odpowiedziała. — Głupoty. Podwiozę cię na stację — uciął machnięciem ręki. Teraz na jej twarzy widniał szeroki uśmiech. Uwielbiała, gdy ludzie się o nią troszczyli. Poszła za nim z torbą w ręku. Martha wciąż stała w drzwiach, patrząc, jak odchodzi. Elise odwróciła głowę, by po raz ostatni ją zobaczyć. Martha posłała jej pełen żalu uśmiech i pomachała. Elise nie podobało się, że kobieta obwinia się za tę sytuację. Uniosła rękę i przyłożyła ją do ust, dając jej znak, by się uśmiechnęła. Na ustach Marthy pojawił się prawdziwy uśmiech. Elise uśmiechnęła się jeszcze szerzej i skinęła głową z aprobatą, po czym pomachała na pożegnanie. Natychmiast się odwróciła, a łza w porę spłynęła jej z oka. Była bardzo uczuciową osobą. Bardzo. Otarła oczy i szła krok w krok za panem Thorne'em. Usiadła z przodu obok pana Thorne'a, gdy ten ruszył autem. Oparła głowę o szybę i patrzyła na uciekający świat. Wciąż nie była pewna, co teraz pocznie ze swoim życiem. Fakt, że została wylana z pierwszej pracy, zdołał nadszarpnąć jej i tak już chwiejną pewność siebie. — Jesteśmy na miejscu — głos pana Thorne'a wyrwał ją z dręczących myśli. Jej oczy ujrzały ten sam przystanek autobusowy, na którym wysiadła wczoraj. Odwróciła się do niego. — Dziękuję, panie Thorne. Doceniam to — okazała wdzięczność swoim uroczym uśmiechem. Tym razem Arthur go odwzajemnił, choć był to smutny uśmiech. — Przykro nam, dziecko — wyznał. — Proszę, niech pan tak nie mówi. To nie zależało od pana. To była moja wina. Nie powinnam działać pod wpływem impulsu. Uderzyłam go wazonem. To musiało bardzo boleć. Choć nie dał tego po sobie poznać — wymruczała ostatnie zdanie do siebie. Uderzyła go mocno. — Nie. To nie była twoja wina. Zrobiłaś to, czego od ciebie oczekiwano. Pan Vargas zareagował przesadnie — stwierdził. — To nie ma już znaczenia. On jest szefem. Może robić, co chce. Ale teraz niech się pan rozchmurzy. Przecież nie umieram. Nie martwcie się, będę dzwonić i was odwiedzać. Oczywiście, kiedy on wyjedzie — dodała nieśmiało. Pan Thorne uśmiechnął się ciepło. — Będziemy czekać — odparł. — Dobrze. A teraz niech się pan rozchmurzy i pożegna mnie szerokim uśmiechem. — Jego uśmiech nieco się poszerzył. Wysiadła z samochodu i pochyliła się przy oknie. — Będę za wami wszystkimi tęsknić. I proszę powiedzieć Angelinie, że ją kocham — jej głos zadrżał od emocji. — My też będziemy tęsknić. Przekażę jej wiadomość — obiecał. Elise skinęła głową. Poczuła, że łzy cisną jej się do oczu. Nie chciała, by to widział, więc pośpiesznie się pożegnała i odwróciła tyłem, ruszając w stronę przystanku. Usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu. Co ona teraz zrobi? Elise usiadła na ławce i zaczęła czekać na autobus. Pół godziny później jeden przyjechał, ale do niego nie wsiadła. Po prostu nie mogła. Nie chciała widzieć rozczarowania w oczach siostry Agnes, a przede wszystkim nie chciała być ciężarem dla sierocińca. Gdyby tylko odłożyła trochę pieniędzy... Mogłaby przynajmniej opłacić nocleg w tanim motelu. Rzecz w tym, że dużą część zarobków oddała sierocińcu, bo myślała, że nie będą jej szybko potrzebne; najwyraźniej się przeliczyła. Właśnie wtedy, gdy myślała, że jej życie wychodzi na prostą. Westchnęła i oparła głowę o ścianę. Minęło siedem godzin, wielu pasażerów przychodziło i odchodziło, ale ona nie potrafiła zdobyć się na odwagę, by wsiąść do autobusu. Zacisnęła powiek. — Potrzebuję Twojego prowadzenia, Panie. Pomóż mi, Boże. Pomóż mi. Proszę, pomóż mi — szeptała desperacko do siebie. — Eli! — Jej oczy otworzyły się na dźwięk radosnego pisku. Rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy zobaczyła przed sobą Angelinę. Dziewczynka uśmiechała się od ucha do ucha. Jej oczy lśniły z radości. Elise poderwała się z miejsca i podbiegła do niej. Uklękła, położyła rękę na poręczy jej wózka i spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami. — Co ty tu robisz, Angelino? — zapytała z troską. — Ja ją tu przywiozłem. Odmówiła jedzenia, a nawet picia po tym, jak odeszłaś. — Podniosła głowę i zobaczyła pana Thorne'a stojącego za wózkiem Angeliny. — Och — powiedziała. Delikatny uśmiech rozjaśnił jej twarz. — Tęskniłaś za mną? — zażartowała z dziewczynką, szczypiąc ją w nos. — Teraz już jasne, że kocham cię bardziej niż ty mnie, Eli. Przyszłam cię zobaczyć, a ty nie przyszłaś — powiedziała mała z czymś, co uważała za groźne spojrzenie. Serce Elise zmiękło. Objęła Angelinę ramionami i oparła podbródek na jej głowie. — To nie tak, słonko. Kocham cię bardziej niż możesz sobie wyobrazić. Nie byłabym w stanie odejść, gdybym się z tobą spotkała — przyznała. Odsunęła się i ujęła jej pucułowate policzki w dłonie. — Ale teraz powinnaś już jechać. Robi się ciemno. Będę dzwonić — wygładziła jej niesforne włosy. — Nie. Idziesz ze mną. — Jej dolna warga lekko się wysunęła. — Nie mogę, maleńka. Obiecuję, że będę cię odwiedzać, ale teraz musisz wrócić do domu — powiedziała łagodnie. — Nie. Powiedziałam, że idziesz ze mną i koniec! — krzyknęła stanowczo dziewczynka. Elise westchnęła i skierowała spojrzenie pełne prośby o pomoc na pana Thorne'a, który z rozbawieniem obserwował tę scenę. — Nie wiesz, Eli, że nieładnie jest łamać serce aniołowi? Zwłaszcza tak uroczemu jak ona — powiedział. Brwi Elise zmarszczyły się z dezorientacją. — Panie Thorne, nie powinien pan tak mówić... — Pan Vargas chce, żebyś wróciła i podjęła swoje obowiązki — przerwał jej. Oczy Elise wyszły z orbit ze zdziwienia. — Co? — Dobrze słyszałaś, kochanie — odpowiedział. Przez chwilę milczała. — Jak to? — Przecież ten człowiek wczoraj kipiał na nią wściekłością. — Ten twój mały aniołek urządził dzisiaj niezłe piekło. W końcu zgodził się przyjąć cię z powrotem — wyjaśnił. Jej serce rozkwitło radością. Wciąż miała pracę i wciąż mogła być z Angeliną, Marthą i panem Thorne'em. Spojrzała na Angelinę z zaskoczeniem. Dziewczynka uśmiechała się z dumą. Wiedziała, co osiągnęła. — Dziękuję ci, maleńka — powiedziała, po czym ją przytuliła. Łzy zwilżyły kąciki jej oczu. — Wracajmy do domu. Jestem głodna — marudziła Angelina, niecierpliwie wiercąc się na wózku. Elise zaśmiała się i skinęła głową.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Czyste zło – Uwięziona przez Dona: Ukochana Kaelena | Czytaj powieści online na beletrystyka