Wilkołaki mogą przejść pierwszą przemianę w dowolnym momencie, zazwyczaj między trzynastym a osiemnastym rokiem życia. Wcześniejsze lub późniejsze przypadki były rzadkie, ale się zdarzały. Po przemianie stawałeś się pełnoprawnym członkiem watahy. Rozpoczynałeś treningi, brałeś udział w patrolach granicznych i odgrywałeś aktywniejszą rolę w społeczności. Zaczynałeś też uczęszczać na Zgromadzenia, by odnaleźć swoją drugą połówkę. Odbywały się one raz na kwartał, za każdym razem w innym miejscu. W tym kwartale gospodarzem była nasza wataha, Shadowfall. Nie byliśmy najwięksi, może nawet nie łapaliśmy się do pierwszej piątki, ale mieliśmy całkiem spore terytorium z trzystoma lub czterystoma wilkołakami. Byliśmy też dość popularni ze względu na centralne położenie – nikt nie musiał podróżować zbyt długo, więc większość okolicznych watah chętnie do nas zaglądała.
Motywy przewodnie i atrakcje bywały różne: pikniki, zawody sportowe, potańcówki, kino samochodowe, kręgle, łyżwy. Przez lata było tego mnóstwo. Tym razem jednak obecna Luna oraz Victoria – jako partnerka Bety – uznały, że pora na fantastyczny bal. Suknie balowe i garnitury. Muzyka i żyrandole. Książęta i Vespery – taki mniej więcej był motyw. Planowały wykorzystać jeden ze starych, opuszczonych domów, który wyglądał jak zamek; przez ostatni miesiąc remontowały go, by przygotować budynek na Zgromadzenie. Następne miało się odbyć dopiero za rok, więc chciały, by to zapadło wszystkim w pamięć.
Nigdy na żadnym nie byłam. Przemieniłam się, gdy miałam dwanaście lat, a ojciec pobił mnie wtedy niemal na śmierć. Powiedział, że nie zasługuję na wilka. Moja przemiana nigdy nie została odnotowana, a wszelkie ślady mojego istnienia w dokumentach właściwie wyparowały. Nie chodziłam do szkoły. Victoria twierdziła, że byłabym prześladowana i że „ratuje mnie” przed szkołą. Więc wewnątrz watahy w zasadzie przestałam istnieć. Nie wolno mi było wychodzić z domu ani nigdy, przenigdy się przemieniać. Nie potrafiłam nawet korzystać z mentalnej więzi, co jest naturalne dla każdego członka watahy po przemianie.
Ale tym razem było inaczej. Stella przemieniła się w tym roku i to miało być jej pierwsze Zgromadzenie. Nie wiem, jak to się stało, że i mnie w to wciągnięto, ale Jace, Stella i ja mieliśmy obowiązek się stawić. Nie cieszyłam się na to, jeśli nie liczyć jedzenia. Wizja zjedzenia pełnego posiłku bez ryzyka zostania wyrzuconą z jadalni tylko dlatego, że psuję wszystkim apetyt, brzmiała niebiańsko.
Znalezienie partnera nie było jednak moim priorytetem. Może tylko po to, by mieć już za sobą odrzucenie. Moje ciało było pokryte bliznami, które nigdy się nie zagoiły, byłam ślepa i nawet nie figurowałam w rejestrach watahy. Nikt przy zdrowych zmysłach by mnie nie chciał. Odrzucenie było więc nieuniknione; wiedziałam, że będzie boleć, i chciałam po prostu przeżyć to jak najszybciej. I tak zamierzałam wyjechać następnego ranka.
Mój ojciec i Victoria zdecydowali, gdy miałam osiem lat, że jestem wystarczająco dorosła, by pracować w fabryce tuż poza granicami terytorium watahy. Podejrzane praktyki zatrudniania w tej fabryce idealnie pasowały do ich pomysłu na wykorzystanie mnie. Podwozili mnie więc do granicy i tam zostawiali. Stamtąd szłam pieszo do zakładu. Pracowali w cyklu trzy miesiące pracy, cztery miesiące przerwy. Prawdopodobnie dzięki temu byłam w stanie znosić znęcanie się, któremu mnie poddawali. Przynajmniej to pozwalało Nyx zachować spokój.
Wszystkie zarobione pieniądze oddawałam im. Jednak przez lata udało mi się zbudować własne życie poza watahą. Przestałam pracować w fabryce. Oni wciąż myśleli, że tam pracuję, a ponieważ nadal przynosiłam do domu wypłatę, nigdy o nic nie pytali, ani ich to nie obchodziło. Finansowałam wystawne życie Victorii. Odmawiała ubrudzenia sobie choćby paznokcia z obawy, że któryś złamie, więc nie miała innej pracy poza plotkowaniem z innymi kobietami z „wyższych sfer” watahy. Zarabiałam na wszystko, czego mojemu ojcu brakowało w portfelu, co sprawiało, że nienawidził mnie jeszcze bardziej.
– Aria? – szepnął Jace przez drzwi.
Mrugnęłam; musiałam zasnąć. – Tak?
Usłyszałam, jak zamek cicho szczęka, a drzwi się otwierają. Jace wślizgnął się na moje łóżko i podał mi kanapkę oraz szklankę wody. Usiadł, przyglądając mi się uważnie.
– Wszystko w porządku?
Skinęłam głową, przeżuwając kanapkę. – Z tobą nie będzie, jeśli ojciec cię złapie.
Prychnął. – W najgorszym razie wygłosi mi srogie kazanie. – Zawahał się. – Na pewno nic ci nie jest?
– Nic mi nie jest, Jace, naprawdę. Myślę, że chcą mieć pewność, że będę jako tako wyglądać na Zgromadzeniu. – Nyx udostępniła mi swój wzrok i zobaczyłam Jace’a wpatrującego się w drzwi. – Martwisz się jutrem?
Pokręcił głową i spojrzał na mnie. – Jeśli znajdę partnerkę, odejdę stąd. Ale kto będzie podkradał ci jedzenie albo sprawdzał, czy masz bandaże? Stella jest na to zdecydowanie za głośna.
Zaśmiałam się cicho. To była prawda. Była jak słoń w składzie porcelany, nie miała za grosz wyczucia, jak być cicho czy dyskretnie. – Cóż, jutro jadę do fabryki. To oznacza co najmniej trzy miesiące poza tym domem. A potem… cóż, po prostu będę próbowała przetrwać.
– Mogłabyś zostać samotniczką. Wiem, że masz ludzi, którzy mogą ci pomóc. – Powiedział to tak cicho, że mimo iż siedział dosłownie pół metra ode mnie, gdybym nie miała słuchu wilkołaka, mogłabym go nie usłyszeć.
– Mogłabym. Myślałam o tym. – Jace gwałtownie zwrócił twarz w moją stronę, na jego obliczu malował się wyraźny szok. – Proszę cię. Nie sądzisz, że myślałam o byciu wolną? O wszystkich opcjach? Zawsze brałam to pod uwagę. Po prostu… nie chcę was zostawiać. Nie chcę, żeby ich gniew skupił się na waszej dwójce. Wciąż jestem waszą starszą siostrą.
Skinął głową, krzywiąc się lekko, gdy dopiłam wodę i oddałam mu szklankę. – Jeśli będziesz potrzebować pomocy…
Uśmiechnęłam się. – Wiem, Jace, wiem. Dzięki. Jeszcze raz. – Zaśmiałam się cicho.
Gdy wyszedł, zamknęłam oczy, próbując zasnąć.
„Może jutro znajdziemy naszego rycerza w futrzastej zbroi. I on zabierze nas stąd daleko” – mruknęła Nyx.
Roześmiałam się w duchu. „Jesteś zbyt wielką optymistką. On nas odrzuci, a my zajmiemy się swoim życiem”.
„Nie wiesz tego, Aria! Może pokocha nas jeszcze bardziej! Jesteśmy jedyne w swoim rodzaju!”.
Tym razem przewróciłam oczami. „Zdecydowanie jesteśmy jedyne w swoim rodzaju. W rodzaju, którego nikt nie chce. Teraz śpij, Nyx. Inaczej rano będziemy wyglądać jak żywe trupy”.
Mruknęła coś pod nosem. „Dobrze. Ale ja wciąż mam nadzieję”.
„I za to cię kocham, Nyx”.
Sen nadszedł szybko; spałam bez marzeń sennych, co było rzadkością, biorąc pod uwagę koszmary, które zwykle mnie nękały. Obudziło mnie dopiero łomotanie do drzwi.
















