Z punktu widzenia Ofelii
Księżycowa Sala lśniła.
Wilki ze wszystkich linii krwi kłaniały się z czcią, ich oddechy drżały, gdy bębny Ceremonii Luny grzmiały w nocy.
A ja stałam w samym centrum tego wszystkiego – boso, spowita w biały księżycowy jedwab, ze świętym znakiem jarzącym się słabo na moim nadgarstku.
Za kilka oddechów miałam wypowiedzieć słowa, które związałyby moją duszę z Alfą Alistairem, dziedzicem Watahy Thornwood – najsilniejszym Alfą, jakiego wschodni wymiar widział od stulecia.
Mój głos przypieczętowałby naszą więź.
Moja przysięga ukoronowałaby mnie na Lunę.
A cała wataha uklękłaby przede mną.
Jednak przeznaczenie – nie, moja przybrana siostra Vivienne Croft – zawsze znajdowała sposób, by sprawić, żebym krwawiła.
– Ofelio Vance – zaintonował Arcykapłan, a jego głos odbił się echem wśród marmurowych łuków. – Wystąp naprzód i złóż przed Boginią Księżyca przysięgę swemu Alfie.
Zrobiłam to.
Jedwab mojej sukni zaszeleścił o podłogę, gdy stanęłam twarzą w twarz z Alistairem. Jego srebrne oczy spotkały się z moimi, łagodniejsze niż zapamiętałam, a jednak odległe – jakbym była czymś, co już posiadał i o czym zapomniał.
– Ja, Ofelia Vance...
Łup!
Ciężkie dębowe drzwi Księżycowej Sali otwarły się z trzaskiem.
Declan Harrington, dziedzic Watahy Ironcross, wpadł do środka, chwytając powietrze. – Vivienne jest ranna! – krzyknął.
Te słowa uderzyły w pomieszczenie niczym błyskawica.
Śpiewy ustały.
Księżycowy ogień przygasł.
Nawet sama bogini zdawała się wstrzymać oddech.
W centrum ołtarza Alistair zamarł. Ceremonialna korona, którą trzymał w dłoniach, z brzękiem upadła na podłogę, tocząc się do moich stóp.
– Co ty powiedziałeś? – Jego głos był chrypliwy.
– Pani Vance właśnie dzwoniła – wydyszał Declan. – Vivienne została zaatakowana przez samotników. Jest na oddziale uzdrowicieli. Jest źle.
Salę wypełniły westchnienia i szepty. Starsi wstali, wojownicy poruszyli się – ale ja widziałam tylko Alistaira, który już schodził z ołtarza, już zapominając, że jego Luna stoi przed nim.
Bo Vivienne Croft – ulubienica mojej watahy, krucha, bez skazy przybrana córka – była ranna.
– Alistairze – powiedziałam cicho, a to jedno słowo uwięzło mi w gardle.
Nawet na mnie nie spojrzał.
Wyciągnęłam do niego rękę, moje palce drżały pod welonem. – Nie chcesz dokończyć rytuału?
Odwrócił się lekko, a jego oczy przepełniało coś, co kiedyś myliłam z czułością. – Ofelio... Vivienne mnie potrzebuje. Zaraz wracam.
Zaraz wracam.
Jak w te wszystkie inne noce, kiedy tak mówił i nigdy nie wracał.
Uśmiechnęłam się słabo. – A co, jeśli nie pozwolę ci odejść? Wiesz, że nią gardzę.
Jego spojrzenie stwardniało. – Ofelio, to nie czas na zazdrość.
Zazdrość.
Zawsze używał tego słowa, by mnie uciszyć.
Kiedy Vivienne mdlała w jego ramionach, a ja czekałam sama w naszych komnatach.
Kiedy płakała z powodu swoich snów, a on trzymał ją w ramionach aż do świtu.
Kiedy mówił: „Jesteś moją przyszłością, Ofelio”, nawet gdy jego oczy podążały za nią przez salę.
Teraz stał przed całą watahą i mówił to samo – znowu.
– Moja przysięga – szepnęłam drżącym głosem – jest składana tylko raz.
Na twarzy Alistaira zamigotało poczucie winy – ale niewystarczające, by go powstrzymać. – Nie dramatyzuj – powiedział miękko, niemal z naganą. – Czekałaś na ten znak Luny dwadzieścia lat. Możesz poczekać jeszcze jedną noc.
Szepty zaczęły się natychmiast:
– Nawet jeszcze nie jest Luną, a on już biegnie do innej wilczycy.
– Być może Bogini Księżyca zmieniła zdanie.
– Jakie to żałosne – zostać porzuconą w połowie ceremonii.
Dźwięk tych słów wbił się we mnie głębiej niż jakiekolwiek ostrze.
Cassandra wystąpiła naprzód, a w jej oczach płonęła furią. – Alistairze, jesteś jej uzdrowicielem czy jej druhem? Za każdym razem, gdy Vivienne mdleje, wzywa właśnie ciebie! Myślisz, że ona tak planuje swoje „ataki” bez powodu?
W sali rozległy się westchnienia.
Oczy Alistaira pociemniały. – Cassandro, wystarczy. Waż słowa.
– Nie – warknęła. – Ty waż swoje, Alfo. Spójrz na swoją Lunę – ona pęka, a ty widzisz tylko Vivienne.
Odwrócił się do mnie z zaciśniętą szczęką. – Ofelio, zapanuj nad swoją przyjaciółką. Nie pogarszaj sytuacji.
Zapanuj.
Kolejne słowo, którego tak chętnie używał – zapanuj nad gniewem, zapanuj nad tonem, zapanuj nad zazdrością.
Podczas gdy sam tracił panowanie za każdym razem, gdy Vivienne bodaj wyszeptała jego imię.
Drżący głos Arcykapłana przerwał ciszę. – Alfo, jeśli księżyc zajdzie przed jej przysięgą, więź nie będzie mogła...
– Nie obchodzi mnie to! – ryknął Alistair. – Nie pozwolę Vivienne umrzeć!
I tak po prostu odszedł.
Zostawił mnie stojącą w zgliszczach mojej własnej koronacji, otoczoną szeptami i złamanymi obietnicami.
Jeden po drugim wszyscy ruszyli za nim – kapłani, starsi, a nawet wilki, które przysięgały mi lojalność. Księżycowy ogień przygasł, święta muzyka umilkła, a zapach zgniecionych płatków skwaśniał w powietrzu.
Pięści Cassandry drżały u jej boków. – Powiedz tylko słowo, Ofelio. Sprawię, że będzie tego żałował.
Ale nie mogłam mówić. Nie mogłam się poruszyć.
Bo przez lata patrzyłam, jak odchodzi.
Za każdym razem, gdy płakała, szedł do niej. Za każdym razem, gdy ja krwawiłam, kazał mi to znosić.
I za każdym razem mu wybaczałam.
Ale nie tym razem.
Tym razem patrzyłam, jak odchodzi – i coś we mnie pękło czysto na pół.
Kamień komunikacyjny na ołtarzu zamigotał. Po jego powierzchni przepłynęła wiadomość, wyryta w kpiącym, srebrzystym świetle:
„Przegrałaś”.
Vivienne Croft.
Otarłam łzy i spojrzałam na Księżycowy Ołtarz – miejsce, w którym miałam zostać ukoronowana, teraz usłane zgniecionymi płatkami i jego odrzuconymi przysięgami.
Może straciłam dziś koronę Luny.
Ale gra jeszcze się nie skończyła.
















