Z punktu widzenia Ofelii
Nawet nie wiedziałam, jaką burzę wywołałam, dopóki świt nie zalał posiadłości Silvercrest.
W chwili, gdy przekroczyłam bramę, wciąż cuchnąc zaschniętą krwią i dymem, mój ojciec – Alfa Tiberius – powitał mnie warknięciem i ręką szybszą niż myśl.
Policzek trzasnął na mojej twarzy, ostry jak bicz. Moja głowa odskoczyła w bok i na sekundę świat pociemniał.
– Powinienem był wiedzieć – warknął, a jego głos zatrząsł ścianami. – Żadna moja córka nie ośmieliłaby się przynieść wstydu tej Watasze!
Metaliczny posmak mojej własnej krwi wypełnił mi usta. Mój wilk zjeżył się, obnażając kły pod moją skórą. Nie poruszyłam się. Nawet nie zamrugałam.
Wokół nas pokój zamarł.
Luna Eleanor westchnęła cicho. Moi bracia – Silas i Jasper – stali napięci, z oczami błyszczącymi gniewem. A na sofie Vivienne Croft – nasz cenny gość rodzinny, nasza ukochana podopieczna – obserwowała wszystko z najmniejszym, najbardziej trującym uśmiechem.
Więc to tak.
Zeszłej nocy zasadzka tych brudnych samotników, z której ledwo uszłam z życiem – to nie był przypadek. Tak właśnie podejrzewałam. A sądząc po spokoju w oczach Vivienne, miałam rację.
Mała żmija to zaplanowała.
Próbowała mnie zrujnować – lub zabić. A teraz nastawiła moją własną rodzinę przeciwko mnie, zanim z mojej skóry zdążyły zniknąć siniaki.
Nie powiedziałam ani słowa.
Po prostu ruszyłam.
Trzy kroki i byłam przed nią. Jej perfumy – słodki bursztyn i oszustwo – wypaliły mi nos.
Wtedy moja dłoń spotkała się z jej twarzą.
Dźwięk pękł w holu jak grzmot.
Przez uderzenie serca nikt nie oddychał.
Luna Eleanor krzyknęła: – Ofelio! Co ty robisz?!
Zanim ktokolwiek zdołał mnie powstrzymać, uderzyłam ponownie – tym razem w drugi policzek. – To za zeszłą noc – syknęłam. – Za samotników, których na mnie nasłałaś.
Vivienne zatoczyła się, przyciskając dłoń do swojej teraz symetrycznej twarzy, a szok na jej twarzy przerodził się w furię. Zawsze była tą pogodną, tą kruchą – świętą siostrą, którą wszyscy uwielbiali. Teraz wyglądała, jakby była gotowa rozerwać mnie na strzępy.
Silas rzucił się naprzód, łapiąc mnie za nadgarstek i odrzucając do tyłu. Mój kręgosłup uderzył w szafkę z tępym łomotem, prosto w zasinienia z poprzedniej nocy. Ból wybuchł, ostry i głęboki. Mój wilk warknął, ale go powstrzymałam.
Nikt nie zauważył.
Oczywiście, że nie.
Oczy wszystkich zwrócone były na Vivienne – sprawdzali jej skórę, uspokajali ją, mruczeli pocieszająco.
Nikt nie przejmował się córką Alfy, pokrytą brudem i krwią.
– Dlaczego uderzyłaś swoją siostrę? – Głos Alfy Tiberiusa ryknął ponownie, trzęsąc żyrandolem.
Uniosłam podbródek, czując smak żelaza. – Więc dlaczego ty uderzyłeś mnie?
Zamarł na ułamek sekundy.
Uśmiechnęłam się bez grama ciepła. – Sam mnie tego nauczyłeś, prawda? Uderzaj pierwszy. A o sprawiedliwości porozmawiaj później.
Jego twarz poczerwieniała z wściekłości. – Śmiesz porównywać się do mnie? Kupiłaś samotników, by zaatakowali twoją własną krew! Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co zrobiłaś?!
– Kupiłam samotników? – powtórzyłam, a mój głos był zimniejszy niż światło księżyca. – Gdzie zatem jest dowód?
– Samotnik się przyznał! – warknął. – Powiedział, że zapłaciłaś mu za rozbicie samochodu Vivienne. Gdyby nie jej litość, już dawno byłabyś zamknięta w celi Egzekutorów!
Roześmiałam się pod nosem. – Więc wszystko, co masz, to słowo kłamcy.
Usta Vivienne zadrżały. – Ofelio, nie wiem, dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz. Jeśli chcesz, żebym odeszła, opuszczę Silvercrest. Na zawsze opuszczę Terytoria Wschodnie. Po prostu... przestań ranić wszystkich z mojego powodu.
Jej głos drżał, kruchy i czysty. Jej wilk spuścił głowę, emanując uległością i złamanym sercem.
Idealnie. Wiedziała dokładnie, jak ich rozegrać.
Warkot Alfy Tiberiusa pogłębił się. – Wystarczy! Vivienne zostaje. Ma pełne prawo do tego domu. Jeśli nie potrafisz tego zaakceptować, możesz odejść.
Te słowa uderzyły mocniej niż jakikolwiek policzek.
A najgorsza część?
Miał rację.
Matka Vivienne zginęła, chroniąc mnie. To był grzech, o którym nikt mi nie pozwolił zapomnieć – powód, dla którego spędziłam życie, odpokutowując na rzecz dziewczyny, która nauczyła się wykorzystywać przebaczenie jako broń.
Nie mogłam się z tym kłócić. Nawet nie próbowałam.
Jasper wcisnął apteczkę w ręce Silasa, mrucząc: – Jeśli ktoś ma odejść, to powinna być to ona. Posiadanie takiej siostry to hańba.
Silas spochmurniał. – Ofelio, przeproś swoją siostrę.
Spotkałam jego spojrzenie, a mój głos był opanowany. – To nie byłam ja. Nie wezmę na siebie winy.
Ojciec ponownie podniósł rękę – ale tym razem byłam szybsza. Z łatwością zrobiłam unik, a wilcze instynkty we mnie zapłonęły.
Odwróciłam się w stronę Luny Eleanor i Alistaira Thornwooda – mężczyzny, który miał stać u mojego boku. Mężczyzny, który kiedyś stał. – Wy też im wierzycie?
Żadne z nich się nie odezwało. Ich milczenie było głośniejsze niż jakikolwiek werdykt.
Dobrze.
Wyciągnęłam mój kryształ komunikacyjny i wykręciłam numer linii Egzekutorów. – Jeśli jestem oskarżona o przestępstwo – powiedziałam wyraźnie, a mój głos rozszedł się po pokoju – niech zadecyduje prawo. Nie moja wataha.
Westchnienia.
– Jak śmiesz...! – Głos ojca drżał.
Ale ja już wcisnęłam „wyślij”.
Maska Vivienne pękła na ułamek sekundy. Zobaczyłam w niej panikę, surową i brzydką, zanim znów ją ukryła.
– Ofelio – powiedziała ostro Luna Eleanor. – Sprawy watahy nie są dla osób z zewnątrz. Vivienne była gotowa ci wybaczyć, a ty to odrzucasz. Znowu nas rozczarowujesz.
– Zatem rozczarowanie jest obustronne – powiedziałam cicho.
Szczęka Silasa się zacisnęła. – Jeśli zostaniesz uznana za winną, nie oczekuj, że Wataha Silvercrest będzie cię chronić.
Oczywiście, że nie.
Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym była zdziczała – kompromitacja, plama na nazwisku Silvercrest. Prawie słyszałam ich myśli: Niech Egzekutorzy złamią jej ducha. Może wtedy nauczy się posłuszeństwa.
Alistair wystąpił naprzód, a jego zapach – dymu i cedru – obmył mnie. Jego głos był cichy, błagalny. – Ofelio, jeśli chodzi o mnie i o Vivienne – nic między nami nie ma. Proszę, nie rujnuj swojej przyszłości przez dumę. Po prostu przeproś. Raz. To wszystko, czego trzeba.
Mój śmiech zabrzmiał pusto. – Przeprosić? Za co? Za to, że oddałam? Za to, że nie zginęłam, kiedy nasłała na mnie samotników?
Jasper spojrzał groźnie. – Uważaj na słowa.
– Uważam – powiedziałam miękko, patrząc Alistairowi w oczy. – Po prostu skończyłam z oglądaniem się za siebie.
Powietrze zgęstniało. Wilki się poruszyły. Więź watahy brzęczała od napięcia.
W końcu wyprostowałam się, a krew wciąż zasychała wzdłuż mojej szczęki. – Te policzki były sprawiedliwe – powiedziałam. – Jeden za rękę ojca i jeden za żmiję, która myśli, że Wataha Silvercrest należy do niej.
Cisza.
Głos Luny Eleanor przerwał ją, zimny i ostateczny. – Oszalałaś, Ofelio. Naprawdę oszalałaś.
– Może – powiedziałam, uśmiechając się słabo. – Ale przynajmniej nie straciłam zębów.
Egzekutorzy przybyli kilka minut później.
I tak po prostu, drugą noc z rzędu, znalazłam się w ich areszcie – z podniesioną głową, nieskruszona – podczas gdy moja rodzina patrzyła z drzwi, udając, że to sprawiedliwość.
















