KAT
Nie. Nie, nie, nie. To nie mogło być prawdą. To musiał być żart. Test. Przeszłam przez tak wiele randek, że pula kandydatów musiała się skurczyć prawie do zera, ale nie było mowy, żeby moi rodzice uznali, że ten zasmarkany mały chłopiec jest dla mnie odpowiedni. Broń Bogini, gdyby naprawdę pojawiła się między nami iskra więzi.
O czym oni, do cholery, myśleli?
Za kilka dni skończę osiemnaście lat. To było nie tylko złe dopasowanie; to było nielegalne!
„Księżniczko Katerino?”
Jego dziecinny głos przebił się przez rosnące przerażenie w mojej głowie, więc szybko wygładziłam wyraz twarzy, zmuszając się do powrotu do uprzejmości. Czegoś wyuczonego.
„Moje… moje przeprosiny, Justinie” – powiedziała, spoglądając za siebie na dwie stojące w pobliżu przyzwoitki.
Jedna z nich odwróciła wzrok, a jej usta drgnęły. Wiedziały. Wiedziały, że byłam strojna i dopieszczana dla zwykłego małego chłopca.
Czy ja byłam jakimś żartem?
„Proszę” – powiedziałam, przypominając sobie o dobrych manierach. „Usiądźmy”.
Jeden z najlepszych serwisów herbacianych matki był już rozstawiony na stole, a służący czekał w odpowiedniej odległości, gotowy do obsługi. Jakby ten dzień nie był jeszcze wystarczająco przeklęty, słońce schowało się za chmurą, zabierając ze sobą całe ciepło.
Justin uśmiechnął się złośliwie, opadając na krzesło naprzeciwko mnie, a jego wzrok leniwie błądził po dziedzińcu. Wydawał się zapomnieć o swoim wcześniejszym ataku złości, gdy zgarbił się na siedzeniu i zachichotał pod nosem. Oczywiście nie wiedział nic o etykiecie. Nic w nim nie wyróżniało się poza jego aurą alfy.
Nie było szans, by ten dzieciak był w czymkolwiek wybitny.
„Fajne to miejsce” – powiedział Justin, podnosząc delikatną filiżankę, jakby to była puszka coli. „Myślałem, że zdążysz połączyć się z przeznaczonym, zanim przyjdzie moja kolej”.
Moje policzki zapłonęły, gdy wezbrało we mnie zawstydzenie. Jego kolej? Każdy, kto znalazł się na liście moich rodziców, był uprzywilejowany. Mówienie, że „wzięli na siebie kolejność”, brzmiało zbyt wulgarnie. Tak, jakbym była tylko jakimś polem do odhaczenia. Jakby wyświadczał mi przysługę.
Odwróciłam wzrok i również napiłam się herbaty. Później miał zostać podany pełny posiłek, ale straciłam apetyt i nagle odechciało mi się spacerować z tym chłopcem.
„Jesteś tylko dzieckiem. To ewidentnie była pomyłka” – powiedziałam spokojnie, utrzymując równy ton głosu.
Miałam ochotę wparować z powrotem do zamku i zażądać wyjaśnień, ale Matka wbijała mi to do głowy – opanowanie, bez względu na wszystko. Miałam gościa, więc musiałam go zabawiać, nawet jeśli dopiero co wyrósł z pieluch.
Prawie prychnęłam, ale przełknęłam to w sobie. Musiałam to przetrwać. Tyle z mojego wyjścia na spacer. Będzie to przypominało opiekę nad dzieckiem, a naprawdę nie miałam na to ochoty. Mimo to było to lepsze niż randki, które znosiłam w zeszłym tygodniu.
Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, a moja dłoń zadrżała. Filiżanka cicho zadźwięczała, kiedy odłożyłam ją na spodek, a nierówny dźwięk odbił się echem po dziedzińcu.
Nie. Nie teraz. Nie było sensu rozpamiętywać przeszłości.
„Nie jestem dzieckiem” – wycedził przez zęby Justin, a jego wcześniejszy gniew dał o sobie znać.
Coś w błysku jego oczu poruszyło moją pamięć. Dlaczego to spojrzenie wydawało się takie znajome? Ta myśl wyrwała mnie z zamyślenia, gdy ponownie przyjrzałam się dzieciakowi. Czy widziałam go na jakimś balu? W tle, na jakimś zgromadzeniu watahy, które szpiegowałam z mojego okna?
„Ale przynajmniej szybko będę miał to z głowy” – ciągnął Justin. „Będę miał większe szanse na znalezienie mojej przeznaczonej, kiedy się przemienię.”
Marszcząc brwi, spojrzałam dzieciakowi prosto w oczy, łamiąc kolejną z zasad moich rodziców.
„Co masz na myśli?”
„No wiesz” – wzruszył ramionami chłopiec.
Nie wiedziałam. Czy nie był tu po to, żeby sprawdzić, czy do siebie pasujemy? Więc dlaczego w ogóle myślał o znalezieniu przeznaczonej dopiero po przemianie?
Nie żebym chociaż brała to pod uwagę, ale o co tu, do cholery, chodziło?
„Z jakiej watahy jesteś?” – zapytałam, zaciskając palce na kolanach.
Był wyraźnie niewychowany, zachowując się, jakbym nie była dla niego wystarczająco dobra. Byłam księżniczką! Co mu się mogło nie podobać?
„Ironbridge” – odpowiedział Justin, ponownie rozglądając się dookoła, po czym sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon komórkowy. Skierował aparat w stronę drzewa wiśniowego, jakby był na wycieczce krajoznawczej.
Niewiarygodne.
Krajobraz fascynował go bardziej niż ja! Przynajmniej nie próbował zrobić mi zdjęcia. Jak udało mu się przemycić to urządzenie do zamku, pozostawało dla mnie zagadką. Kostas zakazał używania urządzeń nagrywających, ponieważ, jak sam mówił: „nie każdy zasługuje na to, by podziwiać twoje piękno”. Kiedyś przewracałam na to oczami, ale teraz byłam wdzięczna.
Studiowałam wystarczająco dużo przypadków, by dokładnie wiedzieć, jak źle mogły potoczyć się sprawy, gdyby ktoś uchwycił niewłaściwy rodzaj obrazu.
Z jakiegoś ukrytego miejsca za mną zmaterializował się strażnik i wytrącił telefon z ręki dzieciaka.
„No weź” – jęknął Justin. „To tylko drzewo”.
Strażnik przejrzał coś w telefonie, marszcząc brwi, a następnie wsunął go do swojej kieszeni. Wyglądało na to, że gówniarz miał cholernego pecha.
„Powiedz mu, żeby oddał mi mój telefon. Nie wiem, dlaczego traktują cię, jakbyś to ty zawiesiła słońce na niebie. Jestem taki jak ty, też jestem księciem. Mój tata nie puści tego płazem, jeśli powiem, że mnie okradliście”.
„Jesteś synem alfy?” – zapytałam, mimo że porównywanie jakiegokolwiek innego alfy w królestwie do mojego ojca było zdradą.
Ale przed laty Matka nawiązała kontakty z dalszymi terytoriami. Ten bachor mógł równie dobrze być prawdziwym księciem, synem jednego z sąsiednich trzech królów.
Justin odchylił się do tyłu, krzyżując ramiona, jakby był panem świata.
„Tak. Alfy Cartera. Nie chcesz go wkurzyć”.
Ostry dźwięk przeciął powietrze. Zamrugałam. Ucho mojej filiżanki pękło mi w dłoni.
Rozluźniłam uścisk i pozwoliłam, by odłamki spadły na stół, podczas gdy moje oczy rozszerzyły się na widok chłopca przede mną. Puls dudnił mi w uszach. Nie mogłam oddychać przez gulę rosnącą w gardle.
Wspomnienie wybuchło we mnie z siłą. Inna randka. Ciągnięcie za włosy. Tłusta dłoń na moim udzie. Przesuwająca się wyżej. Ten śmiech, kiedy powiedział mi, co by ze mną zrobił.
Splatając nerwowo dłonie, spojrzałam z powrotem na strażnika. Oczywiście, że ten dzieciak był Carterem. Żaden z niego prawdziwy książę, nawet nie stał obok kogoś takiego. Alfa Carter nigdy, w żadnym życiu, nie zostałby królem alf. Nic dziwnego, że ten dzieciak wyglądał znajomo.
„Trzeba było przestrzegać zasad” – powiedziałam. Zaskoczyło mnie, że mój głos pozostał spokojny. „Sprawdzą to i oddadzą ci pod koniec naszego… spotkania”.
Nie było mowy, żebym nazwała to randką. Zwłaszcza teraz, gdy wiedziałam, kim on jest. Nikt z tego obrzydliwego rynsztoka, jakim była jego wataha, nie był godzien przekroczyć bram naszego kompleksu, a co dopiero siedzieć naprzeciwko mnie. Czy Kostas tak nie uważał? Czy naprawdę zostałam zredukowana do tego stopnia? Jego obecność tutaj wydawała się zdradą.
„Mój brat Aaron powiedział, że jesteś nienormalna. Teraz to widzę” – zadrwił Justin. „Mówił, że uśmiechasz się jak robot bez względu na to, co się do ciebie mówi”.
Moje dłonie drgnęły. Aaron dużo mówił.
„A Samuel powiedział, że masz niewiele między uszami” – kontynuował.
Przyganiał kocioł garnkowi.
Samuel miał ciało alfy i mózg wielkości orzeszka. Nie wyglądał ani nie odzywał się jak ktoś, kto kiedykolwiek w życiu przeczytał książkę. Idealny dżentelmen, gdy akurat nie pożerał mnie wzrokiem, a ja musiałam się powstrzymywać, by nie zamykać przy nim oczu.
„Z kolei Jake…”
Uśmiech całkowicie zniknął z mojej twarzy. Skóra mnie swędziała, jakby wykluła się na mnie setka małych pająków. Justin to zauważył i zaśmiał się, spoglądając za mnie i najwyraźniej kalkulując, na ile może sobie pozwolić.
„Jake powiedział, że nadawałabyś się tylko do jednego”.
Moje spojrzenie wróciło do niego. Krew zaszumiała mi w uszach, a wzrok się wyostrzył. Zostało tylko kilka tygodni do mojej pierwszej przemiany, a bestia we mnie już się budziła. Gdybym teraz straciła panowanie nad sobą i się przemieniła, mogłabym rozerwać na strzępy tego zdegenerowanego szczeniaka. Ponieważ był przed przemianą, byłby bezbronny. To byłoby jak zabawa z człowiekiem.
„Skoro twoi bracia mówili to wszystko, dlaczego tu jesteś?” – zapytałam.
Poczułam, jak przyzwoitki za mną podchodzą bliżej. Słyszały go?
„Naprawdę nie wiesz?” – zaśmiał się Justin, klaszcząc w dłonie, jakby to było niezwykle zabawne. „Jest takie powiedzenie. Życie nie jest pełne, dopóki nie pójdziesz na randkę z księżniczką. Jeśli chcesz znaleźć swoją prawdziwą przeznaczoną, musisz najpierw rzucić księżniczkę”.
Jedna z moich przyzwoitek za mną – ta, która powstrzymywała śmiech, kiedy poznałam Justina – zachichotała. Wiedziała!
Moje policzki znowu zapłonęły. W klatce piersiowej wezbrało upokorzenie. Spotykałam się z tymi chłopcami w określonym celu, dla dobra królestwa, ale to właśnie o mnie myśleli? Moja klatka piersiowa zacisnęła się, a serce pękło mi na kawałki.
Czy moi rodzice wiedzieli?
Czy Kostas wiedział?
Wściekłość, którą przełykałam przez całe rano, gdy pokojówki stroiły mnie dla tego chłopca, wróciła ze stokrotną siłą, zmuszając mnie do wstania z miejsca.
„Panie Carter, skończyliśmy”.
Justin wstał, wciąż się śmiejąc, i ukłonił się szyderczo. Każda cząstka mnie aż prosiła się, by zetrzeć ten zadowolony wyraz z jego twarzy, ale moje dłonie pozostały splecione przed sobą.
Odpowiednio.
Wciąż idealnie.
Nawet jeśli w środku płonęło we mnie piekło.
„I tak nie zamierzałem tu długo zostawać. Najwyraźniej, na całe szczęście, nie jesteśmy sobie prawdziwie przeznaczeni” – powiedział. „Oddaj mi telefon i życz mi szczęścia w przyszłości, księżniczko”.
„Powodzenia, panie Carter” – powiedziałam, wciąż z uśmiechem na twarzy. „Będzie ci ono potrzebne, by znaleźć kogokolwiek, kto zniesie ten smród łajna wydobywający się z twoich ust. Dużo mówisz jak na dziecko, które jest co najwyżej przeciętne. Co zresztą wcale nie dziwi, biorąc pod uwagę, kim jest twój ojciec. Będę ciepło wspominać twoje nazwisko, gdy następnym razem Alfa Carter pokłoni mi się do stóp. Żegnaj, mały chłopczyku”.
















