HUNTER
Ten zapach.
Płynny bursztyn, wędzona wanilia i coś nieoczekiwanego. Czekoladowa mięta?
Zbliżał się, drażniąc moje zmysły. Słaby, pozbawiony ziemistości wilka, a jednak nie mniej odurzający. Zaciągnąłem się powietrzem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
Jednak kobieta odwróciła się ode mnie w wirze jedwabiu, z wysoko uniesioną brodą i sztywnymi plecami, po czym ruszyła z powrotem w stronę tego pretensjonalnego zamku, który arogancki król alf nazywał domem. Złote włosy, upięte niczym korona, chwytały światło, lśniąc prawie tak mocno, jak zdobiące je klejnoty.
Prawie warknąłem; bestia we mnie namawiała, bym za nią poszedł. Mój uścisk na poręczach krzesła zacieśnił się na tyle mocno, że usłyszałem trzask drewna. Nie po to tu byłem. Musiałem się skupić.
Śmiech jakichś nastolatków, przemykających z powrotem do środka za dziewczyną, dotarł do moich uszu.
„Nie mogę uwierzyć, że oni myślą, że ktokolwiek by jej zechciał” – prychnął chłopak. „Nawet z jej posagiem, ona tylko osłabi watahę, z którą się zwiąże”.
Czy to była ona? Nieuchwytna księżniczka Lordswood? Ta, którą ten arogancki król obnosił jak bydło wystawowe? Ten dzieciak był lekceważący, ale miał rację. Jej reputacja legła w gruzach. Żaden szanujący się mężczyzna nie pisałby się na coś takiego, bez względu na to, czy byłby prawdziwym przeznaczonym, czy zwykłym wybrankiem.
Wzdychając, oparłem się wygodnie. Za pstryknięciem moich palców z cienia wyłonił się Elijah, milczący jak zawsze, i wręczył mi teczkę. Bezużyteczna gwardia cieni Lordswood prawdopodobnie nawet nie zorientowała się, że tu był.
„Miałeś rację. On tu jest” – powiedział mój beta.
Nie musiałem jej otwierać. Oczywiście, że miałem rację. Tylko psychopata tańczyłby pod nosem króla, mając na plecach celownik. Ale czy działał sam? Ta część nie była jeszcze jasna. Ten drań działał mi na nerwy.
Wstałem i oddałem mu teczkę.
„Mam iść za tobą? Obserwują cię. Wygląda na to, że się ciebie spodziewali”.
„Nie wykona dziś żadnego ruchu. On się ze mną drażni” – warknąłem, poprawiając garnitur. „A to, że mnie obserwują, gówno mnie obchodzi”.
Kto odważyłby się wystąpić przeciwko mnie?
„Wykorzystasz swoją kolej na księżniczkę?”
Moja głowa odskoczyła w stronę Elijaha, który zniknął z powrotem w cieniach, śmiejąc się cicho.
Moja kolej? Sam fakt, że Król Christos w ogóle ośmielił się umieścić moje imię na tej liście, był zniewagą.
Moja maska była złotą czaszką i prawdopodobnie najśmieszniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek miałem na sobie. Christos Lordswood uczynił noszenie ich obowiązkowym, odkąd przedstawił światu swoją „cenną” córkę, co było kolejnym kopniakiem w jaja. Z tego powodu latami ignorowałem zaproszenia. Tym razem jednak stawką było życie ludzi.
Ale nikt by w to nie uwierzył, wkraczając do wielkiej sali. Panowała tu czysta dekadencja. Wszędzie złoto, srebro i królewski błękit. Bezcenne ozdoby i klejnoty wyeksponowane jak drobne bibeloty. Orkiestra na żywo grała popularne aranżacje, a kelnerzy krążyli z kieliszkami wina, na które większość watah nie mogłaby sobie pozwolić przez całe życie. Założyłbym się, że przygotowana uczta była równie ostentacyjna. Christos nie miał szacunku dla cierpienia innych, i wyglądało na to, że inne alfy również nie.
Stali na uboczu, otoczeni przez swoich, a farsa jedności była aż nadto widoczna. Wiosenny Bal nic nie znaczył, kiedy ich ego wypełniało całą salę.
Christos nie był królem dla nikogo.
Wszyscy lubili udawać, że nie istnieję.
Spojrzenie Alfy Cartera przeniosło się na mnie, a jego blada twarz zbladła jeszcze bardziej. Uśmiechając się złośliwie, wzniosłem w jego stronę kieliszek, a pozbawiony kręgosłupa alfa odwrócił wzrok.
Wzdychając, wróciłem do pracy. Przeciskając się między gośćmi, z otwartymi oczami i uszami, nie wychwyciłem niczego poza bezużytecznymi rozmowami. Nikt nie śmiałby szeptać o rozlewie krwi wewnątrz wypolerowanych ścian Christosa.
Błysk błękitu przykuł mój wzrok i zatrzymałem się. To była księżniczka, której nikt nie chciał. Sunęła przez salę, przyjmując to, jak tłum się przed nią rozstępował, tak jakby to było jej prawo, po czym zatrzymała się obok swojego brata, kolejnego nieznośnego palanta.
Wataha Lordswood była ich pełna.
„Wszystko w porządku?” – szepnął książę Kostas.
Usłyszałem jego słowa nawet przez muzykę i gwar.
Księżniczka skinęła głową, ale nic nie powiedziała. Wciąż milczała. Jej wcześniejsze westchnienia były ciche i urywane, jak początek jęku. Otrząsnąłem się z tej myśli, ale ciekawość nie dawała mi spokoju. Jak ona brzmiała? Piskliwie? Arogancko?
„Powiedz, kiedy będziesz miała dość. Wrócimy, mogę kazać przynieść ci kolację do pokoju” – powiedział Kostas, kładąc dłoń na jej dłoni.
Zrużyłem oczy na ten opiekuńczy sposób, w jaki dotykał jej ręki. Byli rodzeństwem, prawda? Kostas spuszczał ostre manto każdemu, kto choćby źle oddychał w pobliżu kruchej księżniczki. To była przesada, bez dwóch zdań, ale co ja tam wiedziałem? Nie miałem rodzeństwa.
„Spotkałaś kogoś… wyjątkowego?” – szepnął Kostas.
Och.
Czyli ten bal to był kolejny targ mięsny? Kolejna szansa na znalezienie tego nieuchwytnego prawdziwego przeznaczonego?
Kręcąc głową, odstawiłem drinka i przygotowałem się do wyjścia. Nie było tu dla mnie niczego. Lepiej będzie, jeśli zacznę obserwować moich podejrzanych podczas ich wyjścia. Maski wszystko ukrywały, a ja nie miałem żadnych tropów zapachowych.
Wtedy się odezwała.
„Nie. Ale chciałabym zatańczyć, zanim wrócę do pokoju”.
Ja pierdolę.
Wyszepczane słowa sprawiły, że moja głowa gwałtownie zwróciła się w stronę księżniczki. Spodziewałem się, że jej głos będzie cichy i nieśmiały, a był niski i stanowczy. Zrównoważony. Jak miód spływający po srebrnej łyżeczce. Pełen sprzeczności.
Moja bestia podniosła łeb, znów skupiając się na księżniczce.
„Nie ma tu nikogo godnego, by z tobą zatańczyć” – stwierdził Kostas. „Czy mogę dostąpić tego zaszczytu?”
Nikogo godnego?
Oho?
Uśmiechając się szeroko, wystąpiłem naprzód, ignorując alfy i luny, które nie pofatygowały się, by się ze mną przywitać, i stanąłem naprzeciwko rodzeństwa.
„Wasza Wysokość” – powiedziałem, kłaniając się – „czy mogę prosić do tego tańca?”
Księżniczka spojrzała na brata, jakby czekała na jego pozwolenie. Czy wielki Książę Kostas Lordswood pozwoliłby swojej małej siostrzyczce zatańczyć z diabłem? Moja aura była ukryta, ale nie miałem wątpliwości, że Kostas wiedział, kim jestem. Znał każdego, kto znajdował się w promieniu mili od jego siostry.
I rzeczywiście, gdy napotkałem spojrzenie księcia, było w nim dość lodu, by wywołać odmrożenia. A czy był tam też strach? Jego skroń pulsowała nad maską przypominającą upiora, zakrywającą połowę twarzy.
Czy mi się sprzeciwi?
„Kostas?” – zapytała księżniczka, zwracając na siebie jego uwagę.
„Wybór należy do ciebie, Katerino. Nie zmuszę cię do niczego, czego nie chcesz zrobić”.
Zawahła się, a potem puściła ramię brata i wyciągnęła dłoń okrytą koronką. Usta Kostasa drgnęły, a powietrze wokół niego pękło od nieokiełznanej mocy.
Aż Katerina cicho jęknęła i wzdrygnęła się.
No jasne. Krucha mała omega. Nie mogła znieść najmniejszego dyskomfortu.
Kostas uśmiechnął się, ukrywając swoją aurę, i pogładził ją po plecach.
„Idź” – powiedział łagodnie. „Zatańcz. Ja mam kilka osób do rozmowy”.
Katerina odwróciła się w pół kroku, jakby chciała pójść za bratem, ale chwyciłem jej dłoń. Przez pełną maskę nie widziałem wyrazu jej twarzy, ale jej ciało zesztywniało. Tempo jej bicia serca skoczyło. Niebieskie oczy starły się z moimi. Ogień na krótko rozbłysł w jej spojrzeniu. Może to był tylko błysk światła, ponieważ spuściła głowę w uległości i pozwoliła się poprowadzić.
Jak dobra, mała omega.
Prawie prychnąłem na swoje myśli, wyprowadzając ją na środek sali i obracając się twarzą do niej.
I wtedy ten zapach znów we mnie uderzył.
Kurwa. Dlaczego do cholery pozwoliłem, żeby słowa Kostasa mnie sprowokowały? Gówno mnie obchodziło, czy książę uważał mnie za niegodnego. Ale oto byłem, przyciągając księżniczkę bliżej, wdychając jej zapach, jakbym miał bez niego umrzeć.
Nie przegapiłem skierowanych na nas spojrzeń. Orkiestra wciąż grała, ale na sali zapadła cisza. Parkiet opustoszał i nagle byliśmy w tym pokoju tylko we dwoje.
Była drobna. Krucha. Sięgała mi ledwie do piersi, widziałem czubek jej głowy. Moja dłoń objęła jej talię, lądując na dole pleców, przyciągając ją blisko. Bestia wewnątrz mnie niemal zamruczała. Dlaczego tak dobrze pachniała? Dlaczego sprawiała tak dobre wrażenie w dotyku? Pod warstwami jej sukni ciepło jej ciała przenikało do mojego.
Księżniczka sapnęła i cofnęła się ze spuszczoną głową. Muzyka znów dotarła do moich uszu, przypominając mi o tym, gdzie jestem. Zachowywałem się niestosownie. Brukałem cenny klejnot Lordswood.
„Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość” – powiedziałem, ponownie chwytając jej dłoń.
Tym razem zachowałem przyzwoity dystans. Płynnie poruszaliśmy się po parkiecie. Bogini, idealnie pasowała do moich ramion. Gdybym tylko się pochylił, gdybym przycisnął usta do jej szyi i…
Nie.
Mój uścisk zacieśnił się na dole jej pleców, mimo że starałem się od niej odsunąć. Co to do cholery było?
Nie przeszła jeszcze przemiany. Była zbyt młoda. Niedoświadczona. Nawet biorąc pod uwagę, że byłem od niej o co najmniej osiem lat starszy, ja przeszedłem przemianę na długo przed swoim czasem.
Poza tym, była pomiotem tego skurwysyna Lordswooda.
Zmienił się rytm muzyki, przyciągając moją uwagę z powrotem do sali i do omegi, która wciąż odmawiała napotkania mojego spojrzenia. Nie chciałem takiej pozbawionej kręgosłupa kobiety w swoim łóżku. Opakowanie było piękne; co do tego nikt nie miał wątpliwości. Ale krew w jej żyłach była zepsuta.
„Zakładam, że mogę uznać to za moją kolej” – powiedziałem płaskim tonem.
Głowa księżniczki gwałtownie podskoczyła w górę. Niebieski ogień pluł na mnie, tym razem nie dający się z niczym pomylić. Wyprostowała ramiona i splotła dłonie przed sobą.
„Tak, proszę bardzo. Mój brat miał rację, nie jesteś godzien. Życzę udanego balu, panie”.
Odwróciła się i odeszła, jakby to ona władała całym królestwem.
I, kurwa, to sprawiło, że moja bestia zawyła.
















