Przypadkowy zakup Króla Likanów

Przypadkowy zakup Króla Likanów

Autor: Aeliana Moreau

Rozdział 6
Autor: Aeliana Moreau
20 kwi 2026
KAT Lustro było pęknięte i zbyt małe, by wiele pokazać, ale zielonooka rudowłosa kobieta, która się we mnie wpatrywała, nie potrzebowała pełnego odbicia, by wiedzieć, że wygląda cholernie dobrze. Zielone oczy błyszczały pod nierówną grzywką mojego krótkiego cięcia pixie, a na ustach gościł szeroki uśmiech. Odwróciłam się z powrotem do bałaganu za mną. Ubrania piętrzące się po jednej stronie łóżka, podręczniki i teczki po drugiej, a gdzieś za tym wszystkim znajdowała się moja niedziałająca kuchnia. To nie miało znaczenia. W końcu wyprowadzałam się z tej dziury. Zapiszczawszy, opadłam na czysty fragment mojego pojedynczego materaca i po raz setny wzięłam do ręki kopertę. Moja premia. Moja wielka, gruba, odmieniająca życie premia. Osiemdziesiąt godzin tygodniowo, krew, pot i łzy przez prawie dwa lata, i ci wyżej postawieni w Biurze Spraw Nieludzkich w końcu mnie zauważyli. Mojego nazwiska nie było w aktach sprawy, ale to ja ją rozwiązałam. Byłam ich pieprzonym bohaterem. Zasłużyłam na to. Zresztą, nie pracowałam tak ciężko tylko po to, żeby zapisać swoje nazwisko w jakichś aktach. Dokonałam niemożliwego. Stałe zatrudnienie przed ukończeniem studiów? Załatwione. Najmłodszy rekrut? Też załatwione. Cała ta edukacja domowa jednak na coś się przydała. Uśmiech zniknął. W klatce piersiowej poczułam ucisk. Do oczu napłynęły łzy, ale odepchnęłam te myśli. Dzisiaj był dobry dzień. Skończyłam z przetrwaniem, byłam gotowa, by żyć. Chwytając klucze, torbę i kask, odkopnęłam brudne ubrania z drogi i ruszyłam do wyjścia. Zgaduję, że z bałaganem będę musiała uporać się, zanim w poniedziałek oficjalnie zacznę pracę. Został mi już tylko jeden strój do biura. Albo chrzanić to, po prostu kupię nowe ubrania. Mój śmiech rozbrzmiał na korytarzu, gdy szłam do schodów. Wciąż się śmiałam, kiedy dotarłam na podziemny parking. Kupię tyle ubrań, żeby nie musieć powtarzać tych samych zestawów co tydzień. Mieszkanie z wystarczającą ilością miejsca, żeby swobodnie odetchnąć. Podwójne łóżko bez cienkiego, grudkowatego materaca! Kat Munroe pnie się w górę. – Wyglądasz nieźle, Kiciu Kat. Przewracając oczami, nie odwróciłam się, gdy zabezpieczyłam moją torebkę przewieszaną przez ramię i założyłam kask. Skórzane, kuse szorty, pasująca kurtka, sięgające ud kozaki i top, który mógł uchodzić za stanik. Żadnego gorsetu w zasięgu wzroku. – Gdzie się dzisiaj wybieramy? Głos zabrzmiał bliżej, więc musiałam spojrzeć. Nie zaszłam tak daleko, będąc głupią. Dwaj faceci, dyżurni podejrzani, wyszli zza dwóch filarów, jakby byli złoczyńcami w filmie klasy D. Długowłose typy osiłków. Ten rodzaj ludzkich śmieci, które Biuro zazwyczaj przekazywało lokalnym agencjom. Szkoda, że sami nie radzili sobie z ludźmi, inaczej zgłosiłabym ich za bycie dupkami. – Todd. Sam – przywitałam się skinieniem głowy. – Jadę tylko po zakupy. Dlaczego czatujecie w ciemnej piwnicy? Dwaj chuligani uśmiechnęli się szeroko i podeszli bliżej. – Obiecałaś, że się z nami spotkasz, Kat – przeciągał słowa Todd. – Chyba nie cofasz danego słowa? – Zapomnij o zakupach – dodał Sam. – Nakarmimy cię czymś lepszym. Ohyda. Czy to gówno w ogóle kiedykolwiek na kogoś działało? – Może jutro wieczorem – powiedziłam, odwracając się z powrotem do motocykla i przerzucając przez niego nogę. Byli po obu moich stronach, zanim zdążyłam chwycić za manetkę gazu. – Wciąż nas zbywasz, Kiciu Kat – powiedział Todd, chwytając za kierownicę. – Myślisz, że to będzie działać w nieskończoność? Mój motocykl był moją dumą i radością. Lśniący, czerwono-czarny, z polerowanym chromem i silnikiem, który mruczał jak bestia. Opuszczałam dla niego posiłki i nie płaciłam czynszu. Jak ten sukinsyn śmiał kłaść na nim łapy? – Obiecujemy, że ci się spodoba – dodał Sam, chwytając za drugą rączkę. Miałam dość. Zdejmując kask, przeczesałam palcami włosy, a potem uśmiechnęłam się najpierw do jednego, a potem do drugiego. Telewizja to świetna sprawa. Bardziej pouczająca niż góry książek w bibliotece mojego ojca. Przez trzy lata nauczyłam się, że użycie brutalnej siły nie jest jedynym sposobem na wygraną. Ale na pewno w tym pomagało. Zamachnęłam się kaskiem i z całej siły uderzyłam nim w głowę Todda. Potem cios w żebra Sama sprawił, że zaklął i zatoczył się do tyłu. Silnik zaryczał pode mną, i z piskiem opon wyrwałam do przodu, zanim ci nieudacznicy zdążyli zareagować. Mój śmiech odbijał się echem po parkingu, potęgując się wraz z warkotem silnika. Trzy lata temu ktoś wyszedłby z cienia, by zająć się tą dwójką. Ale ja już nie byłam tą dziewczyną. Nie mogłam być. Przecinałam piątkowy, nocny ruch z tym samym bólem w klatce piersiowej. Jak zawsze, targało mną poczucie winy. Czy przestali mnie szukać? Czy wszystko z nimi w porządku? Czy mnie nienawidzili? Gdybym teraz wróciła, czy zaakceptowaliby nową mnie? Jasne światła miasta migotały wokół, gdy zaparkowałam motocykl i zdjęłam kask. Nie mogłam nad tym rozmyślać. W końcu miałam zacząć życie, które sobie zaplanowałam. To nie był czas na wahanie. Klub Pulse stał jak latarnia morska w centrum Greenville, z kolejką ustawiającą się już przy szerokich drzwiach. Tłum wylewał się na chodnik, a z zewnątrz czułam dudnienie basów. Gdy nadeszła moja kolej, z dumą wyjęłam dowód osobisty, zanim zdążyli mnie o to poprosić, i uśmiechnęłam się do ochroniarzy. Dwadzieścia jeden lat. Moje urodziny. W ludzkim świecie byłam teraz wystarczająco dorosła, by pić. Ochroniarz spojrzał na mój dowód, potem na moją twarz, po czym cicho gwizdnął. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Kathrine Munroe. – Masz cholerną rację – powiedziałam z puszczeniem oka. Aksamitny sznur uniósł się i ot tak, wpuścili mnie w samo serce bestii. Basy, ciała i neonowe światła uderzyły we mnie jednocześnie. Powietrze było naelektryzowane, a energia pulsowała w przestrzeni. To był chaos, i uwielbiałam każdą jego sekundę. Przeciskałam się przez tłum w stronę baru, a moje ciało kołysało się w rytm muzyki. To była wolność. Przeciwieństwo każdego balu, w jakim kiedykolwiek uczestniczyłam. Z wyjątkiem jednej rzeczy. Tak wiele osób, tak wiele śmiechu, a ja nadal byłam bardzo samotna. Gdy w końcu oparłam się o bar, poczekałam, aż zajęty barman mnie zauważy, po czym przesunęłam po blacie dwudziestodolarówkę. – Whiskey. Czysta – krzyknęłam przekrzykując muzykę, po czym oparłam się plecami, by zlustrować klub. Choć uwielbiałam wolność picia bez ograniczeń, to nie dlatego tu byłam. Byłam zbyt zajęta godzeniem studiów ze stażem, a teraz miałam być jeszcze bardziej zajęta. Ten weekend był jedynym czasem, kiedy mogłam się rozluźnić. Jedynym czasem, kiedy mogłam coś... poczuć. Kostas wpadłby w szał, gdyby wiedział. Zamiast wywołać u mnie panikę, dreszcz emocji przebiegł mi po plecach. Byłam niezależna. Mogłam podejmować własne decyzje. Zlustrowałam salę, omijając wzrokiem chłopaków próbujących zgrywać twardzieli na parkiecie, mężczyzn pożerających wzrokiem kobiety pod ścianami, tych zbyt głośnych, szukających uwagi. Aż mój wzrok zatrzymał się na nim. Opierał się o przeciwległą ścianę, w połowie w cieniu, w połowie w migoczącym świetle. Ciemna koszula rozpięta na tyle, by zdradzać zarysy mięśni pod spodem, i spodnie wystarczająco obcisłe, by moje serce zabiło szybciej. Żadnych krzykliwych kolorów jak większość mężczyzn wokół niego. Żadnego szukania uwagi. Rzadko mrugał, obserwując tłum. Po prostu stał nieruchomo. Jakby na coś czekał. Jakby polował. Moje ciało zapłonęło, jakbym w końcu znalazła element, którego szukałam. Chwyciłam moją whiskey i bez wahania ruszyłam prosto do niego. Im bardziej się zbliżałam, tym silniej moje ciało na niego reagowało. Minęło tak wiele czasu, odkąd czułam coś choćby odrobinę podobnego, że prawie wpadłam w panikę. Ale odepchnęłam te myśli. To nie miało nic wspólnego z moją bestią. Te leki tłumiące działały przez trzy lata i nadal będą działać. Głowa mężczyzny odwróciła się gwałtownie w moją stronę, i ja pierdolę. Nie mogłam powstrzymać westchnienia. Był piękny. Krótko ostrzyżone włosy, tlące się, burzowo-szare oczy i popołudniowy zarost. Na pewno starszy ode mnie. Bardziej doświadczony. Widziałam to po sposobie, w jaki jego wzrok powoli opadł, prześlizgując się po mnie, zanim znów napotkał moje oczy. Czułam to jak pieszczotę. Gorąc, który wezbrał w moim brzuchu, był natychmiastowy. Jak mężczyzna mógł robić to samymi oczami? Zatrzymałam się przed nim i wypiłam resztę mojego drinka. Płynna odwaga. – Widzisz coś, co ci się podoba? – zamruczałam. Jego usta wygięły się, ledwo zauważalnie. – Może. Jego głos był głęboki i gładki, i poruszył coś we mnie. Czy słyszałam go już wcześniej? W pracy? Albo na wykładach? Przechyliłam głowę, by na niego spojrzeć. Pamiętałabym, gdybym kiedykolwiek spotkała kogoś takiego jak on. Mimo chaosu klubu wokół, pozostawał opanowany. Powściągliwy. Gdyby to nie był ludzki klub, podejrzewałabym, że jest kimś innym. Czyżby polował na jakąś drobną zdobycz na weekend? Byłam więcej niż gotowa, by zostać jego ofiarą. Podchodząc bliżej, pozwalając, by mój wzrok pożerał go tak, jak on zrobił to ze mną. Tak. Tak, nada się. – Więc co zamierzasz z tym zrobić? – zapytałam. – Ty mi powiedz – odparł mężczyzna. To był mój sygnał. Oglądałam te wszystkie sprośne programy telewizyjne specjalnie dla tego momentu. – Chciałabym cię kupić na tę noc. Jego brew lekko się uniosła, a usta znów wykrzywiły się w uśmiechu. – Jesteś bardzo bezpośrednia. Wzruszyłam ramionami. – Mam urodziny. Świętuję. Jeśli jesteś niedostępny, mogę znaleźć kogoś innego. Ten delikatny uśmieszek zniknął z jego twarzy, a powietrze wokół nas się zmieniło. Powoli odsunął się od ściany. Z premedytacją. Poczułam się bardzo jak jego ofiara. Moje serce uderzało o klatkę piersiową, kiedy wszedł w światło. Bogini. Z bliska był jeszcze bardziej gorący. Ostra linia szczęki, wysoki, szerokie ramiona. Czułam jego obecność wszędzie wokół. – A czego dokładnie ode mnie oczekujesz, jubilatko? – przeciągnął. Zaparło mi dech. Elektryczne wstrząsy przebiegły mi po kręgosłupie, i prawie cofnęłam się o krok. Ale tego właśnie chciałam. – Zaskocz mnie – wyszeptałam. Mężczyzna oblizał usta. Potem sięgnął po moją pustą szklankę i odstawił ją na stolik obok nas. – Chodź ze mną. I tak zrobiłam. Podążyłam za nieznajomym przez tłum, jakbym nie obejrzała setek filmów dokumentalnych opartych na faktach o tym, co mogłoby mi się przydarzyć. Nie dlatego, że byłam pijana. Nie chodziło o bunt. Chodziło o to, że po raz pierwszy odkąd opuściłam dom, zamierzałam zrobić coś, czego nigdy nie będę mogła cofnąć. Zamierzałam oddać się komuś innemu niż mój prawdziwy przeznaczony.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 6 – Przypadkowy zakup Króla Likanów | Czytaj powieści online na beletrystyka