KAT
„Katerino, otwórz te drzwi”.
Podniosłam wzrok znad podręcznika, czekając. Czy to był dzień, w którym Kostas w końcu stracił cierpliwość i wyważy je z zawiasów? Unikałam go od tygodnia, chowając się za niekończącymi się planami swatów mojej matki. Znowu je zintensyfikowała, do tego stopnia, że czułam, iż tylko to robię w życiu. Pobudka. Ubieranie się. Randka. Upokorzenie. I od nowa.
Moja wściekłość wciąż we mnie buzowała.
Skóra mnie swędziała, gotowa eksplodować od nieznanych mi dotąd emocji, z którymi się zmagałam, choć wiedziałam, co oznaczają. Zbierało się na czas.
Chciałam odpowiedzi, powodu tego upokorzenia, ale nie potrafiłam się zmusić, by o to zapytać. Mój wilk omegi już się kulił. Ukrywał się. Poddawał woli mojej rodziny, jak mnie uczono przez całe życie.
Kostas wiedział, co zrobili i powiedzieli bracia Carter. Nie miałam złudzeń – ci strażnicy, którzy pojawili się znikąd, by ocalić mnie podczas randki z Jakiem, na pewno złożyli pełny raport.
A on i tak umówił mnie z kolejnym chłopcem, w którego żyłach płynęła krew Cartera.
W mojej głowie panował mętlik. Nigdy nie wątpiłam w miłość mojej rodziny, aż do randki z Justinem; od tamtej pory pytania wciąż krążyły mi po głowie. Przez cały tydzień łapałam spojrzenia służby. Widziałam, jak szepczą. Nie słyszałam ich; mój wilk jeszcze się nie obudził, ale czułam ich słowa.
Moje upokorzenie było nieustanne. Czułam się obnażona.
„Katerino!” – warknął głośniej Kostas.
Przełykając ślinę, wstałam powoli, wygładziłam sukienkę i znów przykleiłam uśmiech do twarzy.
„Przepraszam, Kostas. Słuchałam muzyki” – skłamałam, wyciągając słuchawki z uszu dla niepoznaki.
Mój brat zmarszczył brwi, milczał przez chwilę, po czym wszedł do mojego pokoju. Nie kupił tego. Jestem pewna, że już wiedział, że go unikam.
„Dziś wieczorem jest Wiosenny Bal. Matka przygotowała ci suknię i maskę”.
Brzmiał na spiętego. Niespokojnego. Dlaczego? Uczestniczyłam w nich od lat, z początku potajemnie, chowając się za zasłonami w wielkiej sali. Gdy skończyłam piętnaście lat, zostałam oficjalnie przedstawiona – w pełnej masce – i w końcu pozwolono mi towarzyszyć rodzicom i bratu.
Za anonimowością, którą dawała maska, zyskiwałam odrobinę wolności.
„Wiem” – odpowiedziałam. „Będę gotowa na czas, nie musisz się martwić”.
„Twoje urodziny są za kilka dni. Czy czujesz… cokolwiek?”
„Nie” – skłamałam ponownie.
Czy to przejrzał? Jego spojrzenie nie zatrzymało się na mojej twarzy. Kostas westchnął i podszedł do mojego stosu podręczników. Nawet w taki dzień moja praca musiała zostać ukończona.
„Wszystko, co robię, ma na celu cię chronić, Katerino” – powiedział, przeczesując włosy dłońmi.
„Wiem”.
Po prostu nie byłam już pewna, przed czym oni mnie chronili.
„Nie spotkałaś w tym tygodniu nikogo, kto by ci się spodobał?”
Nie. Żadnych oznak więzi z prawdziwym przeznaczonym. Wszyscy mnie rzucili, tak samo jak ci, którzy przyszli przed nimi. Tak samo jak bracia Carter.
„Nie, ale powiem ci od razu, gdy tylko ktoś mi się spodoba” – powiedziałam, uśmiechając się i sięgając po jego dłoń. „Jestem pewna, że wkrótce znajdę mojego przeznaczonego. Nie martw się, Kostas”.
„Wolałbym, żebyśmy znaleźli go teraz. Zanim objawi się twój wilk” – odparł Kostas.
Więc to był powód tej farsy z randkami? Moje urodziny? Czyżby kończył mi się czas? Wybraliby jakiegokolwiek wilka, zamiast mojego prawdziwego przeznaczonego? Każdemu można by wybaczyć myślenie, że spadnie na mnie jakaś wielka katastrofa, jeśli nie zostanę naznaczona i złączona w pary przed tym czasem. Ale jaka katastrofa była większa niż połączenie się z wilkiem, który nie szanowałby moich granic lub nie patrzyłby poza ograniczenia mojego wilka?
„Postaram się” – uśmiechnęłam się – „ale czy moglibyśmy zapomnieć o tym na dzisiejszy wieczór? Możemy się po prostu dobrze bawić?”
Jego uśmiech powrócił, blady i tęskny.
„Czasami zapominam, jaka jesteś młoda. Oczywiście, księżniczko. Rozluźnij się dziś wieczorem” – powiedział. „Ale uważaj. Rzeczy poza naszymi murami nie są tak uregulowane, jak bym tego chciał”.
Kostas nigdy nie rozmawiał o niczym, co działo się poza naszymi murami. Czy to z tego powodu moja rodzina była tak niespokojna? Bądź co bądź, Lordswood było największą watahą w królestwie ojca, a nasze królestwo było największym z czterech. Nasz kompleks przypominał miasto; byliśmy samowystarczalni. To nie byłby pierwszy raz, kiedy inne królestwo pomyślało, że może sięgnąć po to, co mamy. Czy byłam zbyt arogancka, by zakładać, że niepokoili się wyłącznie z mojego powodu?
„Skończ zadanie domowe. Wkrótce przyjdą, żeby ci pomóc”.
Po tym jak pocałował mnie w czoło, wyszedł, a moje palące pytania pozostały niewypowiedziane. Prawie bałam się usłyszeć odpowiedzi.
Godzinę później do mojego pokoju weszło kilka pokojówek, niosąc nową suknię i dodatki. Zazwyczaj uwielbiałam tę część, ale tym razem w mojej klatce piersiowej osiadł ołów. Byłam zbyt zdenerwowana. Nie obchodziły mnie warstwy szafirowego jedwabiu, delikatna maska przetykana srebrnymi nićmi, ani klejnoty do włosów.
Moja klatka piersiowa nadal bolała. Ale nie odważyłam się zadać tych głupich pytań.
Czy wszyscy obecni na balu znali to powiedzenie? Czy wszyscy w tajemnicy się ze mnie śmiali?
Nie miałam pojęcia, jak dotarłam z mojej garderoby na spotkanie z rodzicami na szczycie głównych schodów.
„Wyglądasz pięknie, Katerino” – powiedziała Królowa Maria, chwytając moje dłonie.
Nie widziałam jej twarzy za maską, jedynie jej blond loki upięte na czubku głowy, ale w jej niebieskich oczach lśniły łzy, tak jak przez cały tydzień. Moja uwaga przeniosła się z tlącej się wściekłości na troskę o nią. Ale szybko wszystko wróciło, kiedy przypomniałam sobie Carterów i wszystkie inne niedawne randki. Wszyscy zostali starannie dobrani ręką mojej matki.
„Dziękuję, matko” – uśmiechnęłam się. „Ty również”.
Oboje moi rodzice wyglądali pięknie. Ojciec był typowym alfą, górującym nad nami wszystkimi, nawet nad Kostasem. Wyglądał dostojnie ze swoim niebieskim królewskim płaszczem zarzuconym na potężne ramiona. Maska zakrywała mu połowę twarzy, a jego szare oczy były tak przenikliwe jak zawsze.
„Nie zapominaj o sobie dzisiejszego wieczoru, kochanie. Patrzy na ciebie zbyt wiele oczu”.
Jej słowa podsycały strach, który narastał w dole mojego żołądka. Wszystkie te oczy będą rzeczywiście zwrócone na mnie, tak samo jak od momentu, kiedy zostałam przedstawiona. Ale czy będą się śmiać za swoimi maskami?
„Tak, matko”.
„Jeśli wpakujesz się w jakieś kłopoty, wróć do swojego pokoju. Kostas się tym zajmie” – powiedział ojciec, a jego głos był cichy, ale stanowczy.
Król Christos nie musiał podnosić głosu, by ludzie wykonywali jego rozkazy. Jego aura potrafiła uciszyć całe armie, dzięki czemu zdobył prawo do rządzenia wszystkimi watahami w wilkołaczym królestwie. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto byłby tak silny jak on.
Ani tak delikatny.
Jakby wiedział, że mnie przestraszył, delikatnie poklepał mnie po ramieniu.
Właśnie dlatego moi rodzice pragnęli dla mnie prawdziwego przeznaczonego. By mógł mnie pocieszyć, kiedy będę w rozpaczy. By mógł mnie chronić.
I by mógł mnie trzymać zamkniętą w tych murach, by służba mogła szeptać za moimi plecami.
„Chodźmy” – powiedział miękko ojciec. „Nasi goście już tu są”.
Zeszliśmy razem, na czele z ojcem, a Kostas podążał za nami. Idealnie. Królewsko. Szłam w środku, otoczona ze wszystkich stron, jak krucha księżniczka, którą byłam.
Takie było moje życie. Uprzywilejowane. Piękne. Jak kolorowy ptak w złotej klatce.
Moja klatka piersiowa falowała, a ja prawie nie byłam w stanie zdusić tej myśli. Za maską zniknął mój uśmiech.
Byłam więźniem.
Musiałam uciec.
Muzyka wzmogła się w wielkiej sali, a pary wirowały na środku. Ale kolory zlewały się wokół mnie. Zapomniałam o wszystkich rzeczach, które uwielbiałam w Wiosennym Balu, kiedy ta decyzja odbijała się echem w mojej głowie.
Czy naprawdę miałam to zrobić? Nie znałam niczego poza tymi murami. Jak miałam przetrwać?
Opuściłam bok mojej matki, wzięłam drinka i wymknęłam się. Nie zatrzymałam się, dopóki nie znalazłam się na głównym dziedzińcu. Wzdychając, wypiłam napój duszkiem i spojrzałam w niebo. Od lat wyobrażałam sobie, jak to by było opuścić zamek. Odnaleźć siebie, bym mogła być własną osobą. Zaplanowałam to nawet krok po kroku. Wiedziałam już, jak zdobyć leki tłumiące ze szpitala i jakie ubrania zapakować. Ale nie byłam zdolna do niczego więcej.
Nie byłam własną osobą.
„Jeśli westchniesz jeszcze głośniej, ludzie pomyślą, że robię z tobą coś niestosownego”.
Zamarłam.
Zaparło mi dech w piersiach, gdy odwróciłam się w stronę głosu. Siedział na jednym z krzeseł wzdłuż ściany, ze skrzyżowanymi nogami, ukryty w cieniach.
Nieznajomy, a jednak ten głos wywołał dreszcz na moim kręgosłupie. Był głęboki i aksamitny, a jego łagodne tony niemal przyciągały mnie do siebie jak lina. Wszystko inne zeszło na dalszy plan, gdy zrobiłam krok w jego stronę.
Kim on był?
Było w nim coś innego. Coś niebezpiecznego. Nie czułam wokół niego aury alfy, a jednak wyczuwałam jego moc.
„Oto i ona. Zastanawiam się, czy to jej następna randka”.
Znajome głosy za mną przyciągnęły moją uwagę z powrotem. Głosy Carterów. Śmiech, który po nich nastąpił, sprawił, że wściekłość znów we mnie uderzyła. Moje dłonie zacisnęły się w pięści, gdy obróciłam się z powrotem do środka.
Koniec z tym.
Miałam dość.
Odchodziłam.
















