"Mamo?"
Na dźwięk jej głosu poczułem gulę w gardle.
"Witaj, Caspianie. Jak się miewasz? Brzmisz, jakbyś był w złym humorze" – odezwała się ponownie, a mój nastrój natychmiast stał się kwaśny. Mocniej zacisnąłem palce na telefonie.
"Czego chcesz?" – wycedziłem przez zęby, na co ona sapnęła z oburzeniem.
"Caspianie, to nie jest sposób, w jaki powinno się rozmawiać z matką!" – skarciła mnie, a ja przewróciłem oczami... co za tupet!
"Nie zapominaj się, mamo. Nawet przez sekundę nie przekraczaj granicy!" – warknąłem, a po drugiej stronie zapadła cisza. Westchnąłem, czując nagłą frustrację. "Jeśli dzwonisz bez powodu, rozłączam się...!".
"Czekaj...!" – jej głos stał się ostry. "Właściwie dzwonię, bo pomyślałam, że mógłbyś wrócić do domu. Twój tata i ja mieliśmy ostatnio mały konflikt i uznaliśmy, że przynajmniej raz odłożymy interesy na bok i rozwiążemy nasze problemy jako rodzina" – przerwała, a ja westchnąłem teatralnie.
Słyszałem te bzdury mnóstwo razy. Nie byłem w nastroju, by dać się nabrać na te jej gierki.
Rzecz w tym, że moje relacje z tą kobietą były fatalne. Po pierwsze, nie była moją biologiczną matką, lecz macochą. Po drugie, chciała zająć miejsce mojej matki w życiu ojca – miejsce, które de facto już ukradła, bo była najlepszą przyjaciółką mojej mamy, zanim ta zmarła przy moich narodzinach. Tata ożenił się z nią tydzień po śmierci mamy. Nazywałem ją mamą, bo musiałem to robić na pokaz. Wszyscy myśleli, że jest moją rodzoną matką, bo była obecna w moim życiu od zawsze. Jednak najbardziej nienawidziłem jej za to, co powtarzała przy każdej okazji: że kształtuje mnie tak, jak zrobiłaby to moja prawdziwa matka. Zawsze przypominała mi o tym, że nie jest moją biologiczną mamą, bo ta prawdziwa nie próbowałaby kontrolować wszystkiego, co robię i z kim się zadaję; moja prawdziwa matka dbałaby o moje szczęście, a nie o to, co ją uszczęśliwia; moja rodzona matka nie próbowałaby mnie swatać dla pieniędzy czy dobra firmy i... co najgorsze...? Mój tata naprawdę wierzył, że ona ma we wszystkim rację. W jego oczach była żoną idealną, dziesięć razy lepszą niż jego zmarła żona.
A rok temu, kiedy w końcu nadarzyła się okazja, by opuścić to piekło zwane domem, skorzystałem z niej i wyjechałem na studia. Nie musiałem już oglądać ich twarzy.
Kiedyś jednak ją kochałem. Naprawdę wierzyłem, że jest moją matką, bo kiedy dorastałem, nie dawała mi odczuć braku rodzicielki. Wszystko legło w gruzach, gdy została dyrektorem generalnym firmy mojej mamy – stała się wtedy maniakalną kontrolerką.
Mówiła mi, co mam mówić ludziom, co nosić, z kim się przyjaźnić, z kim randkować i z kim rozmawiać... doszło do momentu, w którym czułem taką frustrację, że niemal traciłem zmysły i marzyłem, by moja biologiczna matka żyła.
"Kochanie, wciąż tam jesteś?" – jej głos wyrwał mnie z zamyślenia.
"Słuchaj, mamo, rozwiążcie to sami. To wy się żrecie. Dlaczego ja mam w tym uczestniczyć!" – warknąłem. "I poza tym, czy ty naprawdę oczekujesz, że po prostu rzucę studia? Myślisz w ogóle?!" – fuknąłem, a Julian uniósł na mnie brew. Był jedyną osobą, która znała prawdę o moich relacjach z ojcem i macochą.
"Caspianie?" – usłyszałem głos ojca. "Powinieneś panować nad tonem, kiedy rozmawiasz z matką. To był mój pomysł i wracasz do domu, czy ci się to podoba, czy nie. Pakuj torby, rozmawiałem już z władzami twojej uczelni o przyznaniu ci dwumiesięcznego urlopu i wyrazili zgodę. Wyjeżdżasz jutro rano pierwszym możliwym połączeniem!".
Połączenie zostało przerwane głośnym sygnałem.
"Co do kurwy!!" – krzyknąłem z frustracją, ciskając telefonem w dal. Usłyszałem tylko dźwięk rozbijanego urządzenia.
"Co się stało, stary?" – dopytywał Julian.
"Wracam do tego szamba i zostaję tam na dwa miesiące. Nienawidzę swojego życia".
"Przejebane, brachu" – Julian klepnął mnie pocieszająco po plecach.
















