Głosiła ona:
"Po prostu na mnie zaczekaj, moja miłości. Znajdę sposób, abyśmy znów byli razem."
Declan musiał chyba zamienić swój mózg na jeden z tych należących do ryb, które łowił, żeby składać tak niedorzeczne obietnice.
Jeszcze raz spojrzała pustym wzrokiem na kawałek papieru i mruknęła do siebie: — Co za okropne pismo.
Wrzuciła go do ognia, na którym kilka kobiet gotowało jedzenie na kolejny ślub.
Następnie udała się do biblioteki.
Gdy tylko przekroczyła próg biblioteki, przywitał ją Bibliotekarz.
— Tutaj jesteś, dziecko. Moja żona wszystko mi powiedziała. Ta twoja matka to jakaś jędza.
Agatha, jego żona, zawsze w jakiś sposób wiedziała o wszystkim, co działo się w Oakhaven.
Genevieve zawsze uważała, że zostali dla siebie stworzeni. Podczas gdy ona wiedziała o tym, co obecnie działo się w mieście, jej mąż doskonale znał wydarzenia z przeszłości.
Często nazywała ich Bratnimi Duszami.
— A ta twoja siostra to wąż. Człowiek bez kręgosłupa z tego twojego ojca.
— Technicznie rzecz biorąc, to nie jest mój ojciec.
— Wiem, wiem, ale... — Przerwał, zanim kontynuował. — Jestem głęboko rozczarowany Declanem i jego rodziną.
Wzruszyła ramionami. — Cóż...
— Gdybym tylko mógł z nimi wszystkimi dla ciebie walczyć, zrobiłbym to.
Szybki obraz takiej sytuacji przemknął jej przez myśl i natychmiast zdusiła śmiech na wspomnienie tego, jak niedorzecznie wyglądał bibliotekarz w jej wyobraźni.
— Jedyna rzecz, z którą muszę teraz walczyć, to bycie wybraną.
— Ach tak, znalazłem dla ciebie książkę!
Wyciągnął książkę ze swojej szuflady i podał jej. Wzięła ją od niego.
Książka okazała się być tą samą, którą znalazła i odłożyła przedwczoraj.
Jak bardzo zmieniły się rzeczy od tamtego czasu.
— Wygląda na to, że to jedyna książka na ten temat.
— Niestety, tak to wygląda.
Skinęła głową, po czym zaczęła odchodzić z książką w dłoni.
— Powinnam się więc wziąć za czytanie.
— Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować...
— Już i tak wystarczająco mi w tym pomogłeś.
— Na koniec tego wszystkiego u ciebie wszystko będzie dobrze, dziecko, po prostu bądź silna.
— Dziękuję, drogi panie.
Uśmiechnęła się uprzejmie, po czym zniknęła między regałami.
***
Każda rodzina, która posiadała córki kwalifikujące się do Rytuału Wyboru, była znana i jej obowiązkiem było przyprowadzenie córki na Rytuał Wyboru.
Jeśli tego nie zrobili, strażnicy Smoczego Króla zazwyczaj zabierali ich i nikt ich więcej nie widział.
Niektórzy mówili, że winowajcy trafiali do lochów za sprowokowanie gniewu Smoczego Króla, inni, jak zwykle, twierdzili, że Król rzucał ich na pożarcie swojemu smokowi.
Bez względu na to, co to było, ludzie wiedzieli, że to nic dobrego.
Aby więc rodzina Genevieve nie podzieliła tego losu po sztuczce, którą zrobili, przygotowali Genevieve do rytuału.
Rytuał odbywał się dziś wieczorem i ponieważ panny miały zjawić się na Placu Wyboru pięknie ubrane w długie, eleganckie, białe suknie, Vera wzięła na siebie zadanie, by Genevieve wyglądała najpiękniej, jak tylko mogła wyglądać w swoim życiu.
Podczas gdy Vera zajmowała się wszystkim, nie przestawała mówić o tym, jak dobrze by było dla wszystkich, gdyby to ona została Koroną.
Genevieve nie odzywała się ani słowem, powtarzając w myślach w kółko zasady z książki, którą przeczytała, chcąc mieć pewność, że żadnej nie zapomni.
— 1. Spraw, byś wydawała się tak mała, jak to tylko możliwe.
2. Nie pozwól, by twój głos został usłyszany.
3. Bądź niewidzialna...
— Gotowe, zrobione. — Vera cofnęła się z grymasem na twarzy.
Kiedy Genevieve spojrzała w lustro, rzeczywiście była przepiękna. Jej czarne, długie, kręcone włosy zostały spięte i upięte w wysoki, niedbały kok. Jej twarz wyglądała na tak perfekcyjnie umalowaną, że niemal sama siebie nie poznała.
— Czy wiesz, dlaczego uczyniłam cię tak piękną?
— By być twoim barankiem ofiarnym. — Odpowiedziała, wciąż patrząc w lustro, obserwując linię, w której ciemna karnacja jej skóry spotykała się ze zwykłą suknią z krótkim rękawem, którą miała na sobie.
Vera uśmiechnęła się szeroko, jej dłoń nakreśliła linię na ramieniu Genevieve, podczas gdy w lustrze napotkała jej spojrzenie.
Pod linią, którą kreśliła, znajdowało się długie, gojące się rozcięcie, które umiejętnie ukryła za pomocą makijażu, jedno z wielu nacięć, jakie pozostawiła na skórze córki.
To była forma groźby, milczące stwierdzenie, że naprawdę nie ma już do czego wracać.
— Tak. A teraz idź i nigdy nie wracaj.
***
Na Placu Wyboru znajdowały się dwa sektory. Jeden dla rodzin Możliwych Kandydatek, z Naczelnikiem Wioski i jego rodziną siedzącymi w pierwszym rzędzie, a drugi dla samych Możliwych Kandydatek.
Vera i Giles udali się na stronę rodzin i dołączyli do Cecily i Declana na długiej ławce z przodu, gdzie ci już na nich czekali.
Cecily uśmiechnęła się do rodziców, machając do nich dłonią, która była spleciona z dłonią Declana, gdy wymieniali uprzejmości. Następnie usadowili się wygodnie i spojrzeli w dół na miejsce, gdzie siedziały Możliwe Kandydatki.
Znajdowały się tam dwadzieścia trzy panny, wszystkie ubrane w proste, białe szaty.
Genevieve dołączyła do nich, stając się dwudziestą czwartą.
Zgodnie z zasadami, których była gotowa przestrzegać, znalazła miejsce pośrodku, zgarbiła plecy, aby wydawać się mniejszą i nie odezwała się ani słowem, podczas gdy inne mamrotały coś między sobą.
Genevieve nie wiedziała, czego się spodziewać, ponieważ po raz pierwszy brała udział w Rytuale Wyboru; nigdy wcześniej nie widziała Króla, ani też nie widziała jego smoka, ale słyszała, że tej nocy Smoczy Król miał zabrać ze sobą swoją bestię.
Zupełnie tak, jak robił to podczas każdego Rytuału Wyboru.
Na samą myśl o tym w żołądku zacisnął jej się węzeł strachu, świadomość, że nie tylko przerażający Król tu będzie, ale także przyprowadzi ze sobą swoją okrutną bestię, potęgowała jej lęk.
W powietrzu unosiło się napięcie i strach, podczas gdy czekali.
Mieli się tu zjawić lada chwila.
Dało się wyczuć w powietrzu, że nadchodzili.
Wtem usłyszeli z oddali głośny marsz wojowników w zbrojach, a ich buty uderzały o ziemię w idealnym rytmie.
Wszyscy zamilkli jak makiem zasiał.
W końcu wojownicy dotarli na Plac, po czym się zatrzymali.
Genevieve zacisnęła dłonie po bokach, trzymając się krawędzi siedzenia, a jej wzrok utkwiony był w ziemi.
Usłyszała rżenie konia, ale poza tym nic więcej.
Konia? Czy nie mówili, że przyprowadzi smoka?
Powoli uniosła głowę i zobaczyła, że to nie był Król, lecz kobieta, która z gracją zsiadała z konia z pomocą jednego z wojowników.
Miała na sobie zwiewną, pozbawioną rękawów, długą suknię w kolorze krwistej czerwieni. Lśniła w świetle księżyca, przylegając starannie do jej jasnego, nieco obdarzonego krągłościami ciała. Posiadała rozcięcie biegnące od środka piersi, w dół do prawej strony talii. Następnie drugie rozcięcie od połowy prawego uda, aż do samej ziemi.
Emanowała mocą, tak wielką potęgą, że chociaż Genevieve siedziała daleko od niej, czuła się przez nią pochłonięta.
Wzrok kobiety padł na sektor Możliwych Kandydatek, a Genevieve zesztywniała, gdy te oczy omiotły je nieprzeniknionym spojrzeniem.
Naczelnik Wioski natychmiast pobiegł w jej stronę, wraz ze swoją żoną, kłaniając się lekko.
Szepnęła im coś i zaczęli rozmawiać.
Teraz, gdy była bliżej niej, Genevieve zauważyła, że ta kobieta należała do wysokich. Była wyższa od Naczelnika Wioski o kilka cali. Choć z drugiej strony, miała na sobie czerwone szpilki, więc nie była już tego do końca pewna.
Genevieve odwróciła od niej wzrok, skupiając oczy na wojownikach. Zaczęła przeszukiwać wzrokiem strażników w poszukiwaniu Smoczego Króla, by wiedzieć, czyjej uwagi nie chciała przykuć.
Była to jedna z najważniejszych zasad, jakie wyczytała z książki.
Szukała i szukała, ale nie mogła go znaleźć.
Właśnie gdy miała się poddać i mieć tylko nadzieję, że jej dzisiejszy plan zadziała pomimo pierwszego niepowodzenia, usłyszała dobiegający z oddali dźwięk trzepotania w powietrzu.
Stawał się on coraz głośniejszy i głośniejszy.
Podobnie jak wielu innych, Genevieve spojrzała w górę.
Chociaż na początku nic nie widziała z powodu ciemnego nieba, wkrótce obraz stał się wyraźniejszy, a jej oczy rozszerzyły się z zaskoczenia... i strachu!
Na Aethelgard, smok!
Jej chwyt na krawędziach siedzenia zacieśnił się, gdy patrzyła na zstępującą potężną bestię.
Smok wylądował w pewnej odległości przed nimi, a jego stopy uderzyły o ziemię, sprawiając, że lekko się zatrzęsła. Kurz wzbił się w powietrze, gdy zamachał swoimi szerokimi skrzydłami, po czym złożył je u swych boków.
Na ten ruch wydał z siebie niski pomruk, Genevieve niemal czuła te wibracje.
To była największa bestia, jaką kiedykolwiek w swoim życiu widziała; była nawet większa niż sobie to wyobrażała, co jeszcze spotęgowało jej strach.
Smok miał dwa kolory: jedna jego strona była srebrna, a druga czerwona. Miał kolce na całej głowie, aż po samą szyję.
Wtedy właśnie zauważyła mężczyznę, który dosiadał smoka.
Samego przerażającego Smoczego Króla.
Zeskoczył ze smoka, do ziemi było zresztą całkiem daleko, by perfekcyjnie wylądować na jednym kolanie.
Następnie podniósł się na równe nogi, prostując sylwetkę.
Był to wysoki, muskularny mężczyzna ze złotą żelazną maską na twarzy. Był również w pełni odziany w brązową, skórzaną zbroję, z ogromnym mieczem przypiętym do pasa.
Genevieve przełknęła ślinę.
To się działo naprawdę.
W tym momencie kobieta, która przybyła wcześniej przed nim, krzyknęła.
— Pokłońcie się swojemu Królowi!
















