Wszyscy natychmiast padli na kolana z niskimi pokłonami.
Choć Genevieve zrobiła to nieco niezdarnie, udało jej się nie zwrócić na siebie uwagi.
— Powstańcie — rozkazał Król Smoków. Jego głos był niski i budził respekt; bił z niego rodzaj autorytetu, którego nie sposób było zignorować, nawet gdyby ktoś się na to odważył. W istocie, nawet najmniejszy ruch jego palca tętnił potęgą.
Podnieśli się na nogi.
— Siadajcie.
Usiłowali.
Wtedy Król Smoków zaczął iść w stronę sekcji Potencjalnych Kandydatek, a kobieta, która przybyła wcześniej, ruszyła za nim.
Genevieve szybko spuściła wzrok na ziemię, opasując się ramionami w obronnym geście. Usłyszała, że zatrzymali się tuż przed nimi.
— Zaczynaj — rzekł Władca Smoków do kobiety stojącej teraz za nim.
Postąpiła naprzód, mierząc wzrokiem jedną damę po drugiej, przechodząc przez przejście między ławami.
— Wstań — rozkazała.
Teraz, gdy nie ogłaszała obecności króla, jej głos brzmiał stanowczo, a zarazem zmysłowo.
Wywołana dama wstała powoli, a całe jej ciało niemal drżało z przerażenia.
— Tam.
Kobieta wskazała miejsce, gdzie w pewnej odległości stali strażnicy.
Na szczęście było to dość daleko od miejsca, w którym znajdował się smok.
Mimo to niewiele to pomagało. Wieśniacy byli wyraźnie sparaliżowani strachem przed bestią, tak samo jak przed jej Panem.
Selekcja trwała w ten sposób dalej; kobieta wskazywała kolejne potencjalne korony, a damy wstawały i dołączały do wybranych, przyjmując swój los bez walki, choć w głębi duszy bardzo pragnęły się opierać.
Niektóre spoglądały za siebie na swoich bliskich, żegnając się w milczeniu, inne nie mogły nawet podnieść głowy przez łzy, które zalewały im oczy.
Zasady Genevieve jak dotąd sprawdzały się dobrze; przynajmniej wciąż siedziała na ławie, niewybrana.
W końcu nadszedł czas na wybór siódmej potencjalnej korony. Genevieve nie mogła się doczekać końca tego wszystkiego, by móc po prostu wrócić i położyć się w łóżku, rozmyślając o tym, jak gwałtownie zmienił się jej los w ciągu ostatnich kilku dni i jaki powinien być jej kolejny krok.
Jej emocje wciąż były tak splątane, że nie zdołała ich jeszcze uporządkować. Pragnęła tego. Wierzyła, że gdyby tylko miała jakieś ujście, gdyby zrozumiała, co czuje i mogła na to odpowiednio zareagować, zdołałaby pójść naprzód.
Wierzyła, że przestałaby czuć się tak, jakby dryfowała w próżni.
Stukot obcasów tamtej kobiety wyrwał ją z zadumy.
Genevieve zamarła – tamta podchodziła coraz bliżej.
Czy szła w jej stronę?!
O nie!
Szybko skuliła się w sobie jeszcze bardziej, choć przy takim tempie jej plecy już potwornie bolały.
Lepsze to niż zostać wybraną.
Kobieta siedząca po jej prawej stronie zaczynała jednak lekko drżeć. Wyciągnęła rękę, chwyciła dłoń Genevieve i ścisnęła ją mocno. Genevieve natychmiast spróbowała się wyswobodzić, ale uścisk tamtej był zbyt silny.
Trzymała ją tak, jakby od tego zależało jej życie.
Co to za szaleństwo?
Kątem oka posłała kobiecie mordercze spojrzenie, kwestionując jej obłąkane zachowanie.
Przecież nawet jej nie znała!
Wtedy jednak zauważyła coś innego – mocno zaciśnięte powieki tamtej damy i jej drżące wargi. Coś bardzo szybko szeptała.
Genevieve wyłapała coś w rodzaju „proszę”, ale nie była tego pewna.
Mumrotanie damy nagle ustało, a jej ciało znieruchomiało. Genevieve nie rozumiała dlaczego, dopóki nie zobaczyła dwóch smukłych palców z długimi paznokciami pomalowanymi na czerwono, które wsunęły się pod podbródek kobiety.
Genevieve szarpnęła ręką, ale uścisk damy wciąż był zbyt ciasny.
Tak bardzo rozproszyła się obserwowaniem tamtej, że przestała zwracać uwagę na stukot obcasów wybierającej ich kobiety, co było wyjątkowo głupie.
Ale zdawało się, że ta dama naprawdę chce wpędzić ją w kłopoty, bo wciąż nie chciała jej puścić!
Co to, u licha, za obłęd?!
— Wstań.
— Nie — usłyszała cichy jęk kobiety, która mimo to wstała, puszczając dłoń Genevieve i odchodząc.
Genevieve wzięła głęboki oddech i westchnęła z ulgą.
Może rzeczywiście nie powinnam była tak szybko oceniać książki Isolde Clearwater.
— Potencjalne Korony zostały wybrane — ogłosiła kobieta i rozpoczęła przemowę, którą zazwyczaj wygłaszano na koniec selekcji.
Genevieve z pewnością nie była nią zainteresowana, bez względu na to, jak bardzo mogła być ciekawa.
Pewna, że najgorsze ma już za sobą, spojrzała na wybrane kobiety. Wciąż jednak trzymała plecy przygarbione, starając się wyglądać na drobną i niemal zniknąć w morzu bieli.
Ostrożności nigdy za wiele.
Wtedy coś zauważyła.
Oczy kobiety, która wcześniej ją trzymała, przepełnione były obezwładniającym strachem. Ale to nie było nic nowego – wszystkie wybrane kobiety wyglądały na równie przerażone. Jedyna różnica polegała na tym, że ta kobieta patrzyła w górę, tam gdzie siedziała jej rodzina, kręciła głową, a jej wargi teraz wręcz drgały.
Co się działo?
Wtedy dostrzegła, że kobieta rozgląda się gwałtownie, jakby czegoś szukała.
Wyjścia!
O nie.
Serce Genevieve zamarło.
Zły pomysł.
Nie było mowy, by mogła stąd uciec i nie zostać złapaną. Nie żeby Genevieve ją winiła za tę chęć; po prostu czuła, że tamta miałaby szansę wrócić, gdyby po prostu zaakceptowała swój los. Mogłaby mieć szczęście i znaleźć się wśród sześciu potencjalnych koron, które zostaną odesłane, ale jeśli teraz ucieknie, Król Smoków zrobi z nią to, co z wieloma innymi w przeszłości.
A może nawet coś gorszego, skoro nikt nigdy wcześniej nie odważył się mu w ten sposób przeciwstawić.
Ucieczka zdecydowanie niczego by nie rozwiązała. Jeśli mogła coś sprawić, to z pewnością tylko pogorszyć sytuację.
Nawet ona musiała to wiedzieć.
Przerażone oczy kobiety spoczęły na Genevieve, a ta lekko pokręciła głową.
Tamta pobladła jak ściana, krople potu spływały jej po czole, klatka piersiowa wyraźnie się unosiła i opadała, a całe ciało lekko drżało.
Nagle na moment znieruchomiała; wszelkie hałasy zdawały się cichnąć w oddali, włącznie z niekończącą się przemową kobiety.
W tej chwili wyglądało to tak, jakby na całym świecie były tylko dwie osoby: Genevieve i ta kobieta.
Genevieve raz jeszcze pokręciła głową. „Nie rób tego” – wyartykułowała bezgłośnie.
Łzy spłynęły po policzkach kobiety i tamta rzuciła się do ucieczki.
— Nie! — Genevieve instynktownie zerwała się na nogi.
Przez moment trwało zamieszanie, zanim jeden z wojowników złapał uciekinierkę i przerzucił ją sobie przez ramię, jakby nic nie ważyła. Tłukła pięściami w jego plecy, kopała go w brzuch, próbując się wyrwać, jakby walczyła o życie.
— Nie! — krzyczała, a w jej głosie brzmiał rozdzierający serce ból. — Weźcie inną, proszę! Nie mnie! Inną!
Błagała, a jej szloch przecinał nocną ciszę. Wciąż wpatrywała się w swoją rodzinę.
Genevieve podążyła za jej wzrokiem.
Teraz bardzo łatwo było dostrzec bliskich tamtej kobiety. Choć znajdowali się tak wysoko, blask pochodni pozwalał ich dojrzeć. Był to starszy człowiek z dwoma małymi chłopcami siedzącymi na jego kolanach. Chłopcy zdawali się szlochać w jego ramiona, podczas gdy on patrzył nieruchomo przed siebie, mocno ich obejmując.
Strażnik rzucił kobietę na ziemię, tak że padła na kolana przed Królem. Zanim zdążył ją przesłuchać, zgięła się wpół i zwymiotowała na posadzkę.
Tłum wydał zduszony okrzyk, a wśród zebranych rozległy się szepty, aż w końcu ktoś krzyknął:
— Ona jest w ciąży!
Natychmiast starszy mężczyzna zerwał się z dwoma synami na rękach i rzucił się do biegu.
On też nie uciekł daleko. Wojownicy natychmiast zatrzymali jego i chłopców, po czym przywlekli ich przed Króla.
Cała rodzina klęczała teraz przed władcą.
Król Smoków bębnił leniwie palcami w swoją maskę, spoglądając na nich z góry.
— Kolejny posiłek dla mojego smoka? — zapytał lodowatym głosem.
Smok nastawił uszu, jakby usłyszał i zrozumiał każde słowo, mimo że Król stał daleko od niego i mówił normalnym tonem.
Bestia mruknęła niskim głosem.
Genevieve znów poczuła te wibracje.
Smok postąpił krok naprzód, groźnie w stronę małej rodziny; jego oczy były oczami drapieżnika, a ogon poruszał się powoli.
Mała rodzina zaczęła kulić się ze strachu, z ich oczu płynęły łzy, gdy błagali o litość. Wieśniacy dookoła byli spięci, przykuci do swoich miejsc bezsilnością, patrząc z przerażeniem na to, co się dzieje.
Król uniósł dłoń i smok natychmiast znieruchomiał w pół kroku.
— Nie tutaj, nie teraz — rzekł, a smok wycofał się o kilka kroków tam, gdzie stał wcześniej.
Wtedy dał znak strażnikom, a ci podnieśli rodzinę i odciągnęli ich, mimo że tamci szamotali się i błagali, lecz nikt nie przyszedł im z pomocą.
Król zaczął iść w stronę swojego smoka.
— Niech ta, która stoi, będzie siódmą. Spotkajcie się ze mną w Zamku — powiedział, po czym wskoczył na smoka.
Rozległ się głośny łopot skrzydeł i bestia wzbiła się w powietrze. Genevieve odwróciła wzrok dopiero wtedy, gdy stali się kropką na niebie.
Wtedy spojrzała za siebie i zauważyła, że kobieta znów na nie patrzy.
Ach, Król poprosił o tę, która stoi.
Genevieve rozejrzała się zdezorientowana, szukając kogoś wzrokiem.
Nie mogła powstrzymać myśli, że to szalenie głupie, by ktoś stał w takim momencie, przyciągając niepotrzebną uwagę, mimo że wydawało się, iż Rytuał Wyboru dobiegł końca.
To był zdecydowanie ruch typu „wybierz mnie”.
To na pewno nie mogła być ona, nie była przecież głupia.
— Czekasz na królewskie zaproszenie?
Zapytała kobieta z grymasem, który był skierowany do... niej?
Ale dlaczego do niej?
Szybko spojrzała na swoje stopy.
Przecież ona nie...
Jej myśli urwały się w tym momencie, a po kręgosłupie przebiegł jej lodowaty dreszcz.
To ona stała.
















