Rozdział 2: Lucas
Wrzuciliśmy ostatnie narzędzia do skrzynki i zamknąłem ją. Wszedłem do małej łazienki na tyłach garażu, żeby umyć ręce. Wycierałem je właśnie, gdy wyszedłem i zobaczyłem nadchodzącego wuja.
– Jak to wygląda? – zapytał.
– Wszystko gotowe – powiedziałem mu. – Nie powinieneś mieć więcej problemów.
Wuj Rodney pokręcił głową. – Nadal nie wiem, jak to zrobiłeś – rzekł. – Upierali się, że ta część przyjdzie dopiero za sześć tygodni. Myślałem, że będziemy musieli odłożyć karczowanie pola do przyszłego roku.
– Chyba po prostu mam więcej uroku osobistego niż ty – zażartowałem.
– Ha, prędzej jesteś bardziej przerażający – odparł. – Jakkolwiek by nie było, jestem wdzięczny. A teraz idź zjeść śniadanie.
Podniosłem skrzynkę z narzędziami. – Będę musiał wziąć na wynos – powiedziałem. – Powinienem ruszać w drogę, zanim zaczną mnie szukać.
Choć miło było wrócić do domu dzieciństwa, coraz trudniej było przedłużać wizyty. Jako Alfa Watahy Żelaznej Łapy, każda minuta mojego dnia była zaplanowana przez innych. Ale nie było nic ważniejszego od pomocy rodzinie w potrzebie. Choć zawsze był ktoś, kto czegoś ode mnie chciał, oznaczało to również, że zawsze był ktoś, komu mogłem zlecić zadanie w razie konieczności.
Załadowałem narzędzia na tył mojej ciężarówki zaparkowanej przed garażem. Właśnie przeszedł lekki deszcz, zostawiając kałuże rozrzucone po podwórku. Moja ciotka Lara podeszła, gdy kończyłem, niosąc koszyk z jedzeniem na drogę. Właśnie się żegnaliśmy, gdy usłyszałem krzyk niosący się echem po podjeździe. Moja głowa gwałtownie zwróciła się w tamtym kierunku, a włosy na karku stanęły dęba. Mój wilk, Rhonen, wysunął się na pierwszy plan mojej świadomości.
– Czy to była Daisy? – zapytała ciotka Lara.
Kolejny krzyk dobiegł od sylwetek, które widziałem w oddali. Ruszyłem biegiem. Domostwo znajdowało się ćwierć mili od głównej drogi. Postacie szybko stały się wyraźniejsze. To była Daisy, sąsiadka, trzymająca swojego syna ochronnie za plecami. Nie wiedziałem, gdzie jest niebezpieczeństwo ani czym ono jest, ponieważ niska mgła przesłaniała mi widok. Ale gdy się zbliżałem, nagle stanąłem jak wryty. Najbardziej odurzający zapach uderzył we mnie wraz z wiatrem.
„Para” – warknął Rhonen, zmuszając moje stopy do ponownego ruchu.
Daisy nie była źródłem tego zapachu. Kto z nią był? Rhonen przejął kontrolę nad moimi nogami, pędząc szybciej. Gdy zbliżyłem się do dużej bramy, krzyki Daisy, bym się trzymał z daleka, przebiły się przez naszą desperację. Nasze priorytety walczyły ze sobą. Ostatecznie ruszyłem, by bronić członka stada.
– Lucas… – zawołała Daisy.
Zatrzymałem się wślizgiem przed nią, ale natychmiast zamarłem w bezruchu. To nie zwierzę ani żaden uzbrojony w topór złoczyńca stał naprzeciw mnie. Zataczając się, niecałe dwadzieścia stóp dalej, stała kobieta. Pobitą, trzęsącą się, ubraną tylko w koszulę nocną, która była mokra i pokryta krwią. Szok przytłoczył każdą inną emocję wirującą we mnie na wieść, że to ona jest źródłem tego niesamowitego zapachu.
„Para” – powtórzył echem w mojej głowie Rhonen.
Wściekłość szybko przejęła stery. Z jej zapachem mieszała się wyraźna męska woń. Rhonen zjeżył się, przysięgając rozerwać na strzępy tego, kto jej to zrobił. Wtedy nasze oczy się spotkały, blokując się na jasnym bursztynie jej tęczówek.
– Pomocy… – powiedziała słabo, po czym osunęła się na ziemię.
Podbiegłem do niej, opadając u jej boku. Krzyknąłem do Daisy, żeby wezwała pomoc. Przewracając ją na plecy, sprawdziłem puls. Prąd przeszył mnie, gdy jej dotknąłem, jeszcze bardziej podsycając ekscytację moją i Rhonena. Ale to desperacja miała kontrolę. Jej bicie serca było słabe. Skóra lodowata. Usta niemal sine. Nie wiedziałem, ile krwi, która przesiąkła jej koszulę nocną, należało do niej. Biorąc moją parę w ramiona, przycisnąłem ją do piersi i pobiegłem z powrotem w stronę domu. Kopniakiem otworzyłem drzwi, żądając materiałów opatrunkowych i kierując się prosto do pokoju gościnnego.
– Powinniśmy zdjąć z niej te mokre ubrania – powiedziała ciotka Lara, gdy kładłem ją na łóżku, nie tracąc ani chwili w tym chaosie. – Pozwól mi to zrobić. Ty przynieś więcej koców.
Warknąłem opiekuńczo, gdy chciała dotknąć mojej pary. Oczy ciotki Lary rozszerzyły się i cofnęła się o krok. Wziąłem głęboki oddech, by odzyskać panowanie nad sobą.
– Ja się nią zajmę – powiedziałem stanowczo.
Spojrzała na mnie dziwnie, ale kiwnęła głową i poszła po więcej koców. Odwróciłem się z powrotem do mojej biednej, tajemniczej pary. Miała rany na ramionach i barku. Martwiłem się, że ściąganie koszuli przez głowę może je otworzyć. Była już podarta, więc rozerwałem ją do końca, aby ją zdjąć. Odepchnąłem Rhonena najlepiej jak potrafiłem, przykrywając ją natychmiast po usunięciu mokrego ubrania. Musiałem lepiej ocenić jej stan, ale najpierw musiałem ją ogrzać. Ciotka Lara wróciła i rzuciła na nią więcej koców. Pocierałem ostrożnie jej ramiona i nogi przez koce, starając się pobudzić krążenie.
– Wstawię wodę i przyniosę ręczniki – powiedziała, podnosząc brudną koszulę nocną. – Wyrzucę to.
– Nie – rozkazałem. – Zapakuj to.
Chciałem, żeby Rhonen zapamiętał ten zapach. Jeśli on jej to zrobił. Nie ujdzie mu to na sucho. Słyszałem głosy z drugiego pokoju, ale nie zwracałem na nie uwagi. Moje skupienie było na niej. Odgarnąłem jej miodowo-brązowe włosy, próbując wyobrazić ją sobie bez skaleczeń i siniaków szpecących jej rysy. Była piękna.
Ale była jedna cecha, którą zdążyłem tylko przelotnie dostrzec, zanim upadła, a która wystarczyła, by utkwić mi w głowie – jej oczy. Jej oczy miały dwa różne kolory. Jedno przeszywająco szare jak księżyc w pełni, drugie ciepło pomarańczowe jak wschodzące słońce. Wszystko, na co mogłem mieć nadzieję w tamtej chwili, to że zobaczę je ponownie.
– Lekarz jest w drodze – powiedział wuj Rodney zza moich pleców. – Masz pojęcie, kim ona jest?
– Jest moją parą.
















