Rozdział 5: Lucas
Kącik moich ust drgnął. To było eleganckie imię. Królewskie. Pasowało do niej. Nie mogłem kłamać, że byłem równie pod wrażeniem jej buntu, co sfrustrowany. Nie pozwoliłbym, by znów zrobiła sobie krzywdę, ale podobał mi się ogień, który widziałem płonący w jej oczach. Każda moja Luna by tego potrzebowała.
Wstałem, cofając się o kilka kroków. Nie czuła się jeszcze przy mnie swobodnie. Wciąż nie wiedziała, kim jestem. Kim ona jest dla mnie. Nie czuła naszej więzi. Była to bolesna tajemnica. Rhonen wciąż nie wyczuwał jej wilka. Być może wycofała się tak głęboko, że wszystkie jej zdolności zostały zawieszone.
– Cóż – powiedziałem, opierając się swobodnie o komodę i próbując ją uspokoić – miło cię poznać, Sutton. I tak, jestem Alfą Watahy Żelaznej Łapy.
Przygryzła kącik wargi. Było to irytująco urocze, nawet jeśli był to objaw zdenerwowania, którego będzie musiała się oduczyć.
– Jak się tu znalazłam? – zapytała cicho.
– Pojawiłaś się na farmie mojego wuja. Opatrzyła cię miejscowa lekarka – wyjaśniłem. – Nie byliśmy pewni, kiedy się obudzisz. Więc zabrałem cię tutaj, gdzie będziesz miała wygodniej. Wszystko, co działo się wcześniej, miałem nadzieję usłyszeć od ciebie.
Rozejrzała się ponownie po pokoju, próbując rozeznać, gdzie właściwie jest „tutaj”. Czekałem, by zobaczyć, czy powie mi, co się stało, ale zacząłem wierzyć, że będzie to trudniejsze, niż bym chciał. Miałem właśnie coś powiedzieć, gdy rozległo się pukanie do otwartych drzwi.
– Puk, puk – oznajmiła doktor Callahan. – Nasza pacjentka się obudziła. Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkadzam?
– Właśnie się poznawaliśmy – powiedziałem. – Doktor Callahan, chciałbym, żebyś oficjalnie poznała mojego gościa. To jest Sutton.
– Bardzo mi miło cię poznać, moja droga. – Callahan podeszła do łóżka, stawiając torbę w nogach. – Martwiliśmy się, że możemy niczego się o tobie nie dowiedzieć. Cieszę się, że udało nam się zatrzymać cię z nami.
– Miło mi panią poznać, pani doktor – odpowiedziała uprzejmie Sutton.
– Czy mogę cię zbadac? – zapytała łagodnie Callahan.
Sutton kiwnęła głową. Callahan poinstruowała ją, by podsunęła się wyżej na łóżku, podczas gdy sama wyjmowała sprzęt. Zaczęła od sprawdzenia parametrów życiowych, komentując brak wkłucia. Sutton zarumieniła się, spuszczając głowę. Obserwowałem uważnie, jak sprawdzała widoczne bandaże, zanim przeszła do ran ukrytych pod górą od piżamy, którą miała na sobie. Callahan poprosiła ją o podniesienie koszulki, a Sutton zarumieniła się mocniej, zerkając przelotnie w moją stronę.
Lekarka spojrzała na mnie. – Możemy prosić o trochę prywatności? – zażądała.
– Zmieniam jej bandaże, odkąd tu trafiła – odparłem. – To nic, czego bym już nie widział.
Callahan zacisnęła usta surowo, zanim znów zaczęła mówić. – Alfo…
– W porządku – powiedziała Sutton przez zaciśnięte zęby.
Chwyciła rąbek bluzki i zaczęła ją unosić z pomocą lekarki. Wciąż odmawiała spojrzenia w moim kierunku. Ale i tak widziałem, jak wzdryga się przy dotyku. Moje knykcie zbielały od zaciskania dłoni na komodzie. Byłem jedynym, który jej dotykał, odkąd uznano jej stan za wystarczająco stabilny, by ją przenieść. Brak możliwości pomocy jej w tym momencie był, delikatnie mówiąc, trudny.
„Ranisz ją” – połączyłem się mentalnie z Callahan.
„Nie, sprawiasz, że czuje się niekomfortowo” – warknęła w odpowiedzi. – „Alfo. Ona nie chce, żebyś to widział. Proszę, wyjdź”.
Moja szczęka się zacisnęła. Spojrzałem na Sutton. Jej policzki były ciemnoczerwone i zdawała się kurczyć za każdym razem, gdy uświadamiała sobie, że patrzę. Moja pierś zapłonęła. Sprawiałem jej ból.
Odpychając się od komody, wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Natychmiast zacząłem krążyć po korytarzu. Lepiej, żeby to poszło szybko. Nie odstępowałem jej na więcej niż dziesięć minut, odkąd ją znalazłem.
– Jak ona się czuje?
Nawet nie podniosłem wzroku, gdy podszedł do mnie mój Beta, Jaden. Krążyłem dalej.
– Lekarka cię wyrzuciła? – zganił mnie. Posłałem mu zirytowane spojrzenie. – Wow. Zrobiła to, prawda? Dlaczego…
– Obudziła się – poinformowałem go. Westchnąłem z frustracją. To nie była wina Jadena, że panował taki bałagan. – Ma na imię Sutton.
– To postęp – powiedział mój najlepszy przyjaciel. – To dobrze, stary.
– Ona nie wie, Jaden – powiedziałem mu. – Nie wyczuła, że jestem jej parą.
– Och, cóż… wciąż nie wiemy, kim był jej pierwszy partner – rzekł. – Jeśli jej obrażenia pochodzą z ataku na nich oboje i on zginął… ta więź wciąż może się w niej tlić.
Pokręciłem głową. – Nie – powiedziałem, a moje pięści znów się zacisnęły. – To on jej to zrobił.
– Co? Skąd możesz wiedzieć?
– Nie zapytała o niego – powiedziałem. – Powiedziała… powiedziała, że nie będzie zabawką dla kolejnego wilka. Jej blizny, Jaden… Ona cierpiała od długiego czasu. On jej to zrobił.
Jaden stłumił warkot. – Mamy zapach bydlaka, Luke – nalegał. – Nasi tropiciele wciąż go szukają.
– Mogła przejechać wiele mil – stwierdziłem. Znaleźliśmy samochód dość szybko pierwszego dnia, ale nic nam nie powiedział. Tylko tyle, że prawdopodobnie należał do niego, sądząc po tym, jak silny był jego zapach. – Wątpię, żeby był na naszym terytorium.
– Są tylko dwa możliwe terytoria watah, z których mogła przybyć – powiedział. – Zrobimy rozeznanie. Upewnimy się, że ktokolwiek to zrobił, będzie martwy.
– Wstrzymaj się z tym – powiedziałem. – Jeśli zaczęli jej szukać, nie chcę ich naprowadzić na to, że tu jest. Jeszcze nie.
– Dlaczego nie?
Zerknąłem z powrotem na drzwi do mojej sypialni.
– Bo myślę, że moja mała para go zabiła – powiedziałem z nutą dumy w głosie. – Jest wojowniczką.
Drzwi otworzyły się ponownie i lekarka skinęła na mnie głową. Wszedłem bez czekania.
– Radzi sobie dobrze – powiedziała lekarka. – Przed nią wciąż trudna droga, ale wraca do zdrowia. Kazałam przynieść jej coś do jedzenia. Na razie odłączymy kroplówkę. Jeśli zdoła utrzymać w żołądku jedzenie i picie. Może też zacząć się trochę ruszać. Krótkie spacery dobrze jej zrobią. Wiesz, gdzie się zatrzymałam, jeśli będziesz mnie potrzebować. W przeciwnym razie wrócę rano. – Spojrzała z powrotem na Sutton. – Wrzuć coś na ten żołądek. I nie forsuj się zbytnio. Tylko lekki wysiłek.
Sutton kiwnęła głową, posyłając jej mały, napięty uśmiech. To był uprzejmy gest. To nie był prawdziwy uśmiech. W przeciwnym razie mógłbym natychmiast wygnać Callahan z powrotem do Wildmore. Zostałem okradziony z tak wielu rzeczy podczas naszego pierwszego spotkania. To nie tak zazwyczaj odkrywa się więzi partnerskie. Owszem, było to intensywne doświadczenie. Ale zazwyczaj było radosne, erotyczne, obezwładniająco błogie. To miał być najbardziej doniosły moment naszego życia. Tak mi mówiono. Przypuszczam, że wciąż był. Ale nie w taki sposób, w jaki powinien. Nie w taki sposób, na jaki czekałem tak długo. To zostało nam skradzione. Skradzione jej.
Więc upewnię się, że doświadczę z nią każdego innego szczęśliwego momentu od tej chwili. Będę pierwszym, który zobaczy jej uśmiech. Pierwszym, który go wywoła. Uzdrówię ją, by stała się Luną, którą miała być.
Przewodnim światłem naszej watahy.
















