OSTRZEŻENIE O TREŚCI: Zawiera drastyczne opisy przemocy seksualnej, brutalnego znęcania się, rozlewu krwi oraz mroczne motywy. Tylko dla dorosłych (18+). Czytasz na własną odpowiedzialność. ~ ALFA GAEL (MALPHAS) ~ Nazywają mnie potworem. Demonem. Dla Obsydianowej Watahy litość jest śmiertelną chorobą, a miłość to żałosny mit. Podbijamy. Dokonujemy rzezi. Dzielimy się łupami – nawet moja własna żona jest zaledwie narzędziem do zaspokajania moich ludzi. Bogini Księżyca dawno temu przeklęła mój ród, pozbawiając nas przeznaczonych partnerów. Przysiągłem, że nigdy nie będę zaprzątał sobie głowy tak bezużytecznymi fantazjami. Dopóki nie spaliłem do cna żałosnej watahy wyrzutków. Dopóki nie znalazłem jej w błocie. Lyra. Bezwartościowa, maltretowana i krucha omega. Spojrzała na mnie przerażonymi, błękitnymi jak ocean oczami i wyszeptała zakazane słowa: „Jestem twoją przeznaczoną”. Zaśmiałem jej się prosto w twarz. Spoliczkowałem ją. Wlokłem ją, nagą i krwawiącą, przez popioły jej domu. Przysiągłem, że złamię jej ducha, zmuszając ją do służenia mojej żonie jako nędzna niewolnica. Nie czuję do niej absolutnie nic. Dlaczego więc mój wewnętrzny wilk gwałtownie miota się w klatce piersiowej, błagając, by obnażyć przed nią kark? Dlaczego zarżnąłem własnych, lojalnych wojowników tylko za to, że dotknęli jej skóry? Nigdy nie zaakceptuję tej więzi. Całkowicie zdruzgoczę jej umysł, dopóki nie zacznie błagać o śmierć. Ale za każdym razem, gdy patrzy na mnie z tą piękną, buntowniczą nienawiścią... Uświadamiam sobie, że to ja tracę kontrolę.

Pierwszy Rozdział

Perspektywa Gaela „Ahh, Al..fo, wolniej, pro..szę, wolniej.” Sztuczne, dramatyczne okrzyki leżącej pode mną łotrzycy wywoływały w mojej piersi jedynie głębokie, trzewne obrzydzenie. Wpatrywałem się w jej chude plecy, obserwując kropelki potu perlące się wzdłuż kręgosłupa, gdy jej rozchylone nogi drżały gwałtownie o ciężkie dębowe biurko w zrujnowanej siedzibie stada. Moja pięść zacisnęła się na jej długich, rozczochranych brązowych włosach, unieruchamiając ją, podczas gdy wpychałem kutasa głęboko w jej wilgotne gorąco. Uśmiechnąłem się złośliwie, prąc z surową, mechaniczną siłą, która wyrwała z jej ust kolejny głośny, ciężki jęk. Wygięła swój jędrny tyłek do tyłu, opierając go o moje biodra, desperacko próbując mnie uwieść pośród tlących się ruin jej własnego domu. Sama bezczelność tego przedstawienia przyprawiała mnie o mdłości. Niespełna godzinę temu poprowadziłem brutalną zasadzkę na to właśnie terytorium, z zimną krwią wyrzynając jej pobratymców, wyrywając gardła obrońcom i malując ściany ich posoką. A jednak tu była, oferując swoje ciało niczym tanią nagrodę, w nadziei, że jej wilgotne wnętrze i jędrne piersi kupią jej przetrwanie. Ten rażący pokaz instynktu przetrwania był żałosny. Całkowicie mnie to zniechęciło. Pusta rozrywka, którą zazwyczaj znajdowałem w braniu ciał branek, wyparowała, ustępując miejsca duszącej fali znużenia. „Proszę, Alfo, to boli!” krzyknęła, gdy mój uścisk na jej włosach zacisnął się do bólu. Wypuściłem z siebie głośne, ciężkie westchnienie i gwałtownie wyciągnąłem penisa z jej ciasnego otworu. Śliski, mokry dźwięk wyciągania odbił się echem w zdemolowanym gabinecie, ale nie czułem absolutnie niczego. Moja erekcja umarła natychmiast, a fizyczne podniecenie zostało zmiecione przez zgrzytliwy dźwięk jej irytującego głosu i sztuczne, wykalkulowane skomlenie. Bez mojego ciężaru podtrzymującego ją, osunęła się na brudną podłogę z cichym, ciężkim łoskotem. Zwinęła się w żałosną kulkę na drewnianych deskach i zaczęła pociągać nosem. Suka odstawiała teatralne przedstawienie, próbując wzbudzić litość, której nie posiadałem. Nie zaszczyciłem jej nawet drugim spojrzeniem, odsuwając się w tył, spokojnie podciągając spodnie i zapinając je z zimną, wyrachowaną precyzją. „Alfo, czyż cię nie zadowoliłam?” zapytała drżącym szeptem. Powoli przewróciła się na bok, zadzierając głowę, by napotkać mój wzrok. Jej policzki lśniły od sztucznych łez, a skóra pod oczami przybrała lekki odcień czerwieni. Suchy, mroczny śmiech zawibrował w mojej piersi. Odwróciłem się do niej plecami i po prostu wyszedłem z pokoju. Nie miałem czasu, by zabawiać desperacką dziwkę. Gdy wyszedłem na zewnątrz w objęcia nocy, dymne, przesiąknięte krwią powietrze wypełniło moje płuca. Ostry, metaliczny smród świeżej rzezi był odurzający. Grupa moich wojowników stała kilka metrów od wejściowych drzwi, a ich zbroje były zbryzgane posoką naszych wrogów. Wyprostowali się w chwili, gdy moje buty uderzyły o ziemię, wbijając we mnie wyczekujące spojrzenia w oczekiwaniu na kolejny rozkaz. „Zbierzcie każdy wartościowy przedmiot w tej żałosnej wymówce dla stada” rozkazałem, a mój ton był mrożący krew w żyłach i obojętny, doskonalony przez lata bezlitosnego przywództwa. „Weźcie kobiety jako łupy wojenne. Zakuć je w łańcuchy. A resztę tego obrzydliwego miejsca spalcie do cna, aż nie pozostanie nic oprócz białego popiołu.” „A kobieta w gabinecie, Alfo?” zapytał jeden z moich wojowników z głową pochyloną w głębokim szacunku. Zanim zdążyłem uformować słowa, mój wewnętrzny wilk, Vane, przepchnął swoją obecność na sam przód mojego umysłu. *Niech ją zerżną,* odpowiedział z brutalnym, przerażającym spokojem. Powtórzyłem jego mroczne pragnienie bez cienia wahania. „Róbcie z nią, co chcecie” powiedziałem mężczyznom, machając lekceważąco dłonią i odchodząc od płonącej struktury. Taka była mroczna, bezlitosna rzeczywistość stada Obsydianu. Byliśmy drapieżnikami alfa tego świata, nieubłaganą siłą zniszczenia, która przetaczała się przez terytoria i miażdżyła każdego, kto był na tyle głupi, by stanąć nam na drodze. Na całym kontynencie rywalizujący alfowie szeptali moje imię w czystym strachu. Nazywali mnie Malphasem — demonem całkowicie pozbawionym rozsądku czy litości, potworem, który żywił się wyłącznie dzikim dreszczem emocji płynącym z krwi, podboju i absolutnej dominacji. I mieli rację. Zabijanie było sztuką, którą opanowałem do perfekcji, uwolnieniem sprawiającym, że w moich zimnych żyłach pulsowało życie. Życie w tym piekielnym krajobrazie świata dało mi surową, nieustępliwą lekcję: kruche koncepcje miłości, miłosierdzia i dobroci nie były niczym innym jak fatalnymi słabościami. Były chorobami przeznaczonymi dla słabych, emocjami, które zamglały osąd i prowadziły przywódców do zguby. Dawno temu przysiągłem, że nigdy nie będę sobie zawracał głowy takim bezużytecznym gównem. Brałem to, czego chciałem, niszczyłem to, co mnie nudziło i ruchałem tę, która mi się podobała, ponieważ taka była prawdziwa natura Alfy. W stadzie Obsydianu pojęcie własności nie istniało. Dzieliliśmy się łupami wojennymi. Dzieliliśmy się bogactwem. Dzieliliśmy się kobietami. Nawet moja własna żona była częścią poplątanego systemu komunalnego stada. Była oszałamiającą, piękną i głęboko uległą samicą, ale nie należała wyłącznie do mnie. Jej jedynym celem, całym jej przeznaczeniem w hierarchii stada, było seksualne zadowalanie mnie oraz wysokich rangą oficerów, którzy walczyli u mojego boku. Pozwalałem mojemu Becie, mojemu Delcie i moim najlepszym wojownikom brać ją, pieprzyć ją, dopóki nie znaleźli własnego mrocznego uwolnienia. Nie czułem do niej absolutnie niczego, żadnej zaborczej zazdrości, żadnych uczuć. I znała swoje miejsce. Istniała po to, by być narzędziem naszej pychy, obiektem do wyładowania agresji. Dla nas romantyczna, baśniowa koncepcja 'przeznaczonego partnera' była śmiesznym mitem. Była to żałosna iluzja całkowicie wymazana przez mroczną, pokoleniową klątwę rzuconą na moją linię krwi przez samą boginię księżyca. Zostaliśmy odarci z tej zapisanej w gwiazdach więzi, przeklęci, by błąkać się bez bratniej duszy, co jedynie napędzało nasz niekończący się głód wojny. Podbijanie stad dla zabawy było naszym hobby. Przelewanie gorącej krwi na zimną ziemię było jedynym dreszczem emocji sprawiającym, że czuliśmy się żywi. Gdy oddalałem się od wznoszących się płomieni, więź mentalna z trzaskiem otworzyła się w mojej głowie. „Alfo” odezwał się Rafe, mój zaufany Beta, a jego myślowy głos był opanowany i profesjonalny. „Czego” odpowiedziałem leniwie, podczas gdy moje buty chrzęściły na połamanych kościach poległego łotra. „Nasi ludzie...” rozpoczął swój raport Rafe, ale zanim zdążył uformować zdanie, gwałtowne zakłócenie przedarło się przez więź. Jego słowa zostały brutalnie urwane. Cały hałas otoczenia z trzaskającego ognia i dogorywających jęków wokół mnie natychmiast ucichł. Cisza była ogłuszająca, przerywana jedynie ostrym, desperackim krzykiem samicy błagającej o pomoc w głębi mrocznego lasu. We mnie Vane gwałtownie się poruszył. To nie było jego zwykłe, drapieżne przebudzenie; to był brutalny, potężny wstrząs, który uderzył w moją klatkę piersiową. Dziwne, elektryczne uczucie zapłonęło na mojej skórze, wywołując ciężką gęsią skórkę na ramionach i karku. Moje tętno podskoczyło, wybijając szaleńczy rytm o żebra. Pchnięty szaleńczym, niewytłumaczalnym zastrzykiem adrenaliny, który ominął całą moją logikę i kontrolę, moje nogi same ruszyły z miejsca. Wyrwałem się do pełnego sprintu, wpadając w gęsty, mroczny las. Mój oddech stał się ciężki i urwany, a zimny pot zrosił moje czoło, gdy drzewa przemykały mi na skraju pola widzenia. Nie mogłem się zatrzymać. Nie mogłem zwolnić. Vane był na absolutnej granicy przemiany, drapiąc w mój umysł, desperacko pragnąc dotrzeć do źródła tego głosu. „Proszę, nie chcę tego! Nie, nie chcę tego! Oszczędzałam się dla mojego przeznaczonego!” jej krzyki przeszyły nocne powietrze, stając się głośniejsze, bardziej rozpaczliwe, przedzierając się przez korony drzew. Wpadłem na oświetloną księżycem polanę; ziemia tryskała spod moich butów, gdy gwałtownie wyhamowałem. Widok przed moimi oczami sprawił, że mój wzrok spowiła oślepiająca, zaborcza, czerwona mgła. Szczupła, krucha samica była brutalnie przygwożdżona do zimnej ziemi. Dwóch z moich własnych wojowników klęczało w brudzie, chwytając za jej nadgarstki i trzymając jej ramiona szeroko rozłożone. Bezpośrednio nad jej rzucającym się ciałem unosił się Talon, mój zaufany Delta. Patrzył na nią z wyraźnym, drapieżnym zamiarem, a jego duże dłonie odpinały skórzany pas, przygotowując się, by ją dosiąść. Gwałtowny, potworny warkot wyrwał się instynktownie z mojego gardła. Był to przerażający dźwięk, wibrujący śmiertelną obietnicą bolesnej śmierci. Zanim Talon w ogóle zdołał zarejestrować moją przerażającą obecność, przemierzyłem polanę w mgnieniu oka. Rzuciłem się przed siebie, a moja dłoń wystrzeliła i zacisnęła się niczym stalowe imadło na jego grubej szyi. Dźwignąłem go prosto w powietrze, podnosząc jego masywne ciało z ziemi jednym ramieniem. Moje ostre pazury wysunęły się mimowolnie, wbijając się głęboko w jego skórę. Gorąca krew wezbrała wokół moich opuszków, spływając po jego szyi, gdy się dławił i krztusił, a jego dłonie bezużytecznie drapały w mój nieugięty uścisk. *Zabij go! Urwij mu łeb!* Vane wrzeszczał w moim umyśle, a chaotyczna burza czystej, niezmąconej furii domagała się natychmiastowej i brutalnej śmierci Talona. „Alfo!” krzyknęli w czystej panice dwaj wojownicy na ziemi, gorączkowo czołgając się do tyłu i odsuwając od branki. Dźwięk ich głosów zdołał przebić się przez czerwoną mgłę oślepiającą moją logikę. Zmuszenie Vane'a do cofnięcia się kosztowało mnie każdą uncję mojej potężnej, żelaznej siły woli. Irracjonalnie atakowałem mojego własnego lojalnego, posłusznego Deltę z powodu bezimiennej branki. To nie miało najmniejszego sensu. Talon nigdy mi się nie sprzeciwił, nigdy nie popełnił błędu, a mimo to byłem o sekundy od zmiażdżenia mu tchawicy. Dysząc ciężko, zmusiłem moje zesztywniałe palce do otwarcia się. Upuściłem ciężko Talona na ziemię. Uderzył w glebę trzymając się za krwawiącą szyję, kaszląc gwałtownie, gdy walczył o wciągnięcie powietrza z powrotem do swoich zmiażdżonych płuc. „Odejdźcie” rozkazałem ochrypłym, niebezpiecznym szeptem. Ton nie pozostawiał miejsca na wahanie. Mężczyźni nie odważyli się odezwać. Poderwali się na nogi, łapiąc Talona za ramiona i podnosząc go. „Wybacz nam, Alfo” wydukali, a ich twarze były blade z czystego przerażenia, gdy odwrócili się i pobiegli z powrotem przez drzewa w stronę siedziby stada. Stałem sam na polanie, przeczesując dłonią zwichrzone włosy, próbując uspokoić galopujący puls. Powoli przeniosłem uwagę na drżącą samicę pozostawioną na ziemi. W czystym przerażeniu czołgała się do tyłu po ziemi, próbując stworzyć między nami dystans. Jej małe, delikatne ciało było całkowicie nagie, wystawione na zimne nocne powietrze. Ale to, co przykuło mój wzrok, to nie tylko jej obnażone ciało; jej blada skóra była usiana ciemnymi, ciężkimi sińcami. Głębokie fioletowe i żółte ślady malowały jej żebra, uda i ramiona. Wzór obrażeń wyraźnie wskazywał na poważne, długotrwałe znęcanie się. Nie nabawiła się tych śladów od moich ludzi przygważdżających ją przed chwilą; była bezlitośnie bita przez członków swojego własnego stada. Opuściła twarz ku ziemi, podciągając kolana i desperacko osłaniając jednym ramieniem nagie piersi. „Nie wkurwiaj mnie bardziej, niż już jestem” ostrzegłem ją chłodno, a mój głos był głęboką, wibrującą groźbą w cichym lesie. Rozkaz uderzył w nią niczym fizyczny cios. Zamarła w ułamku sekundy, przerywając swoją szaleńczą ucieczkę. Jej całkowity, sztywny bezruch uderzył w dziwną strunę w moim wnętrzu. Była przerażona, a jednak doskonale wiedziała, jak poddać się rozkazowi drapieżnika, by przetrwać. Zmniejszyłem dystans między nami, a moje ciężkie buty bezszelestnie opadły na leśne poszycie, po czym uklęknąłem na jedno kolano przed jej kruchą sylwetką. Wstrzymała oddech, a jej mięśnie napięły się od napięcia. Wyciągnąłem rękę, moje palce mocno zacisnęły się na jej drobnej szczęce, i z siłą zadarłem jej podbródek do góry, by zmusić ją do napotkania mojego wzroku. „Kto nabił ci te sińce?” zażądałem odpowiedzi, a mój ton był niski i niebezpieczny. Spodziewałem się, że się skuli, zacznie krzyczeć albo będzie walczyć z moim uściskiem jak każda inna uparta branka, którą wziąłem siłą. Zamiast tego, powoli uniosła swoje oczy do moich. Oddech fizycznie uwiązł mi w gardle. Od razu mnie urzekła. Była oszałamiająco piękna, posiadając surową, naturalną perfekcję, która dalece przewyższała każdą kobietę, na jakiej kiedykolwiek zawiesiłem wzrok. Jej twarz była usmarowana brudem i mokra od świeżych łez, kącik jej pełnych warg był lekko pęknięty i krwawił, ale w niczym nie ukrywało to jej powabu. Oczy stanowiły punkt centralny — głęboki, hipnotyzujący, oceaniczny błękit, który wirował ze strachu, ale skrywał magnetyczną głębię, haczącą wprost o moją pierś. Jej długie, czarne włosy kaskadą opadały na posiniaczone ramiona, spływając w dół klatki piersiowej. Mój wzrok opadł na smukłe ramię, które trzymała mocno w poprzek torsu, zasłaniając piersi przed moim spojrzeniem. Chciałem ją zobaczyć. Całą. Jakby wyczuwając mroczne, ciężkie żądanie emanujące z mojego ciała, powoli rozluźniła swoją obronną pozę. Dobrowolnie opuściła dłoń zasłaniającą jej pierś, pozwalając ramieniu opaść wzdłuż boku. Ten ruch całkowicie ją obnażył. Jej ciemna, opalona skóra pod brzydkimi fioletowymi sińcami była nieskazitelna. Jej piersi były pełne i jędrne, idealnie osadzone na klatce piersiowej, a sterczące, piękne sutki twarde jak kamyki od nocnego chłodu. Ten widok uderzył w mój mózg niczym fizyczny cios. Moje ciało zdradziło mnie całkowicie w ułamku sekundy. Potężny, duszący przypływ czystego, pierwotnego pożądania przetoczył się przez moje żyły. Krew gwałtownie spłynęła na dół, a mój kutas drgnął w spodniach, pęczniejąc w bolesną, w pełni twardą erekcję od samego patrzenia na jej nagie piersi. Kurwa. Zacisnąłem powieki, biorąc ostry, urywany wdech. Coś było strasznie nie tak z moimi reakcjami. To nie miało absolutnie żadnego sensu. Byłem Malphasem. Nie traciłem kontroli nad swoim podnieceniem z powodu poturbowanej niewolnicy w błocie. To nie układało się w logiczną całość. Zmuszając się do wstania, górowałem nad nią i głośno odchrząknąłem. Musiałem odzyskać moje chłodne opanowanie, zdusić bolesne fizyczne podniecenie napierające na rozporek i odepchnąć ją od siebie, zanim ta przedziwna zaborczość mnie strawi. „Zrobisz mądrze, służąc mojej żonie jako jej niewolnica” zadrwiłem z góry, upewniając się, że z mojego głosu ocieka pogarda i okrutna dominacja. Wyraz głębokiego, drżącego strachu na jej brudnej twarzy rozpadł się w jednej chwili. Został zastąpiony przez czysty, niezmącony szok. „Żonie?” zapytała, a jej miękki głos załamał się w całkowitym niedowierzaniu. Uniosłem brew, pozwalając, by okrutny uśmieszek wykrzywił mi wargi, podczas gdy rozkoszowałem się nagłą, dręczącą konsternacją błyskającą w jej oceanicznie błękitnych oczach. Miałem czterdzieści lat, ale nasz gatunek starzał się niesamowicie wolno, pozostawiając mi świetny, zabójczy wygląd młodszego mężczyzny. Czy naprawdę myślała, że panujący Alfa byłby singlem? „Chyba nie jesteś głucha?” odparowałem, wbijając werbalny nóż jeszcze głębiej. Natychmiast świeże łzy wezbrały w jej oszałamiających, błękitnych oczach, gromadząc się i spływając przez ciemne rzęsy, by powędrować w dół posiniaczonych policzków. Widok jej płaczu posłał nagłe, nieznane i głęboko niepokojące ukłucie ostrego bólu prosto w moją pierś. Zatrzeszczało w żebrach, odbijając się echem w umyśle Vane'a, zmuszając mojego wilka do skomlenia w agonii, której nie potrafiłem pojąć. Spojrzała na mnie, z podnoszącą się ciężko klatką piersiową, rozchylając pęknięte wargi. „Ale jestem twoją przeznaczoną” szepnęła.

Odkryj więcej niesamowitych treści