Perspektywa Lyry
„Ale jestem twoją przeznaczoną” szepnęłam, a mój głos drżał, gdy gorące łzy spływały po moich posiniaczonych policzkach.
Patrzyłam w czystym przerażeniu, jak jego uderzający wyraz twarzy się zmienia. Ciężkie, duszące pożądanie, które zaledwie kilka chwil wcześniej przyciemniało jego rysy, zniknęło bez śladu, zastąpione natychmiast przez mrożącą krew w żyłach, bezlitosną pustkę. Spojrzał na mnie nie jak na swoją zapisaną w gwiazdach partnerkę, ale jak na kawałek gnijącego na słońcu mięsa. Słowo, które wypowiedział sekundę wcześniej, odbijało się w mojej głowie jako okrutna drwina rozdzierająca mi czaszkę. *Żona*. Miał żonę.
Ta druzgocąca świadomość uderzyła mnie niczym fizyczny cios w brzuch. Oddech całkowicie wyparował z moich płuc. Mój partner połączył się już z kimś innym.
Rozdzierający ból przeszywający moją pierś nie przypominał niczego, czego kiedykolwiek doświadczyłam. To nie było tylko złamane serce; to było trzewne, biologiczne rozdarcie. Mój wewnętrzny wilk szaleńczo krążył w moim umyśle, drapiąc ściany świadomości i skomląc w czystej, niezmąconej agonii. Więź przeznaczenia miała być naszym ocaleniem, uświęconą liną splatającą ze sobą dwie dusze. Zamiast tego była wyszczerbionym, zardzewiałym ostrzem, wydrążającym mnie od wewnątrz.
Z obawy o własne życie, moje serce biło szaleńczo o żebra. Potężny, przerażający mężczyzna powoli uklęknął przede mną w brudzie. Jego same rozmiary przysłaniały światło księżyca, pogrążając mnie całkowicie w jego mrocznym, przytłaczającym cieniu. Z paniką wpatrywałam się w niego w górę; oddech uwiązł mi w gardle, gdy patrzyłam, jak głęboki brąz jego oczu zaczyna blednąć, przechodząc w zabójczy, żarzący się odcień czerwieni. Był to niezaprzeczalny znak, że jego wewnętrzna bestia przejmuje kontrolę; to budził się pierwotny drapieżnik, by rozprawić się z intruzem.
„Słyszałem to zdanie całkiem sporo razy” zaczął, a jego głęboki głos opadł do ochrypłego, śmiercionośnego szeptu. „Więc jeśli kiedykolwiek jeszcze usłyszę te słowa z twoich brudnych ust, obiecuję, że rozerwę cię na strzępy. Zrozumiałaś?”
Jego głos był mocno przesiąknięty wiążącą, duszącą dominacją. Uderzyła we mnie jak fala pływowa, nakazując moim mięśniom stężeć i zmuszając moją omegową naturę do uległości. Odsunęłam się nieznacznie na zimnej ziemi, a moja naga skóra otarła się o szorstkie kamienie. Instynktownie przygryzłam dolną wargę, czując metaliczny posmak własnej krwi. Był to akt surowego buntu podsycony przez czyste przerażenie. Nie było mowy, bym zgodziła się na tak okrutny rozkaz. Nie mogłam ślepo zaprzeczyć prawdzie naszej więzi, bez względu na to, jak bardzo mój zdesperowany wewnętrzny wilk chciał obnażyć szyję i poddać się jego miażdżącej sile Alfy. Dlaczego zabroniono mi mówić prawdę? Dlaczego moje przeznaczenie było zbrodnią?
Zauważył moje wahanie. Jego szczęka zacisnęła się z trzaskiem.
„Pytałem, zrozumiałaś?” warknął.
Tym razem uwolnił swoje feromony do nocnego powietrza. Zapach ciemnej sosny, żelaza i krwi eksplodował wokół mnie, ciężki i opresyjny. Wymusił na mnie ugięcie się pod jego duszącą aurą, niczym fizycznym ciężarem naciskającym na moje ramiona, żądającym od niższej rangi poddania się. Mój wilk zaskomlał głośniej, przerażony potworem, którego miałyśmy nazywać naszym. Jeszcze mocniej przygryzłam pękniętą wargę, próbując zachować resztki zdrowego rozsądku.
Głośny, przenikliwy krzyk uciekł z mojego gardła, gdy nagle wyciągnął rękę. Jego potężna dłoń chwyciła garść moich ciemnych włosów, mocno skręcając pasma. Brutalnym, gwałtownym szarpnięciem w górę poderwał mnie bezpardonowo na nogi. Zignorował moją nagą bezbronność, zignorował to, jak moje nagie piersi unosiły się ciężko w lodowatym powietrzu, zignorował brzydkie fioletowe sińce pokrywające moją ciemną skórę.
„Chyba byłem dla ciebie przed chwilą zbyt miły” wypluł ze złością, a jego żarzące się na czerwono oczy pozbawione były choćby krztyny litości.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę płonących szczątków siedziby stada, z siłą ciągnąc mnie naprzód przez brud.
„Przepraszam!” wykrzyknęłam, a mój głos załamał się, gdy jego żelazny uścisk zacieśnił się jeszcze bardziej. Skóra na głowie potwornie mnie bolała; miałam wrażenie, jakby miała zerwać się prosto z czaszki z każdym długim krokiem, jaki stawiał. Potykałam się o korzenie i ostre kamienie, walcząc rozpaczliwie, by utrzymać się na nogach.
Moje ciało już wcześniej było poturbowane, posiniaczone i obolałe od mężczyzn, którzy zaledwie kilka chwil wcześniej próbowali brutalnie wziąć mnie siłą. Każde szarpnięcie wysyłało świeże fale ognistego bólu promieniujące w górę kręgosłupa. Moje bose stopy krwawiły od żwiru, a spanikowane krzyki szybko przerodziły się w bezradny, żałosny szloch.
Gdy zbliżyliśmy się do krawędzi polany, fala gorzkiej ironii wezbrała w moim umyśle, zagłuszając fizyczny ból. To było moje życie. Tak wyglądało ono od zawsze.
Urodziłam się w nędzy. Ponieważ mój ojciec był nieznany, a matka wykrwawiła się na śmierć na prowizorycznym łóżku, rodząc mnie, od pierwszego oddechu napiętnowano mnie jako Omegę. Byłam niekochanym, pogardzanym i maltretowanym śmieciem stada. Byłam bękartem, plamą na ich nieskazitelnych liniach krwi. Całe moje istnienie było koszmarem na jawie. Podczas gdy wyżej postawione wilki ucztowały na świeżym mięsie, celowo głodziły mnie okrutne kobiety w kuchni; zmuszano mnie do przetrwania na spleśniałych resztkach i brudnej wodzie. Moje dni spędzałam na posiniaczonych kolanach, szorując brud z kamiennych posadzek i piorąc przesiąknięte krwią ubrania dla tych samych wojowników, którzy widzieli we mnie jedynie żywą zabawkę do zepsucia.
Moją jedyną ucieczką od nieustannego, okrutnego dręczenia i pożerającego mnie głodu było moje kruche, żałosne marzenie o odnalezieniu pewnego dnia prawdziwego partnera. Zwykłam wpatrywać się w księżyc z maleńkiego okienka mojej wilgotnej piwnicy, modląc się do Bogini Księżyca o silnego, kochającego samca, który zstąpi z nieba, weźmie mnie w swoje posiadanie i ochroni mnie przed potworami, z którymi mieszkałam.
Gdy dzisiejszej nocy na nasze stado nagle napadnięto, a zapach dymu i świeżej krwi wypełnił powietrze, nie czułam najmniejszych wyrzutów sumienia. Kiedy płomienie lizały ściany siedziby stada, a krzyki moich oprawców odbijały się echem w ciemności, pokręcone poczucie radości zakwitło w mojej piersi. Chciałam, by moi oprawcy spłonęli do cna. Chciałam, by cierpieli ci mężczyźni, którzy osaczali mnie w pralniach i kobiety, które kopały mnie po żebrach.
Nawet wtedy, gdy wrogi Delta i jego ludzie przygwoździli mnie do ziemi, rozdzierając na mnie moje cienkie ubrania, by mnie wykorzystać, moją jedyną myślą było przetrwanie wystarczająco długo, by odnaleźć mojego przeznaczonego. Gdy pojawił się ten potężny, przerażający Alfa, skręcając karki i spoglądając w moje oceanicznie błękitne oczy z błyskiem czegoś, co brałam za troskę, w moim wnętrzu zapłonęła piękna iluzja zbawienia. Mój wilk zawył z triumfem. Był Alfą — silnym, dominującym, przywódcą z urodzenia przeznaczonym do rządzenia. Duma wezbrała w moim złamanym sercu. Myślałam, że Bogini wreszcie wysłuchała moich modlitw.
Ale to wszystko było kłamstwem. Chorym, pokręconym żartem, jaki sprawił mi los.
Ten piękny sen był teraz moim najgorszym koszmarem. Mój własny, pisany mi w gwiazdach partner traktował mnie z dokładnie takim samym okrucieństwem, wlokąc mnie za włosy jak zaszlachtowane zwierzę, dowodząc tym samym, że moje istnienie nie miało najmniejszego znaczenia.
„Wcale ci nie jest przykro” szepnął w odpowiedzi, a jego zimny głos przeciął moje łkające myśli.
Dotarliśmy przed fasadę siedziby stada. Kilku z jego ciężko uzbrojonych wojowników stało w pobliżu płonącego ganku. Śmiali się do rozpuku, a ten głęboki, okrutny dźwięk przyprawiał mnie o mdłości. Spojrzałam ponad szerokimi ramionami mojego partnera i dostrzegłam nagą, krwawiącą kobietę pełznącą na brzuchu przez błoto, w desperackich próbach ucieczki przed nimi.
Na jego widok mężczyźni szybko stanęli na baczność. Oddali mu pełen szacunku, głęboki ukłon, całkowicie ignorując moją nagą, posiniaczoną i płaczącą sylwetkę, po czym natychmiast wrócili do drwienia z czołgającej się kobiety.
Potknęłam się z trudem na najniższym stopniu werandy, sycząc z bólu, gdy mój obolały palec u nogi uderzył o drewno. Nie zwolnił kroku. Wciągnął mnie do wnętrza zrujnowanego budynku stada, wlokąc mnie w górę wspaniałych drewnianych schodów. Moje kolana uderzały o twarde krawędzie stopni. Smród dymu, rozlanego alkoholu i surowego seksualnego potu wypełnił mi nos, sprawiając, że ścisnęło mi w pustym żołądku.
Pomaszerował prosto wzdłuż korytarza na drugim piętrze i podszedł do ciężkich dębowych drzwi gabinetu mojego byłego Alfy. Nie zwalniając tempa, wykopem otworzył drzwi z tak brutalną siłą, że zamek roztrzaskał się w drobny mak, a drewno z głośnym trzaskiem wleciało do pokoju.
Wrzucił mnie do środka.
Przeleciałam w powietrzu, krzycząc, gdy z impetem uderzyłam w chłodną drewnianą podłogę. Kość biodrowa i tyłek przejęły główny impet uderzenia, a ostry, kłujący ból zaczął promieniować w górę kręgosłupa. Pozostałam na podłodze przez chwilę, łapiąc powietrze i chwytając się za nagą pierś, po czym spojrzałam w górę, by napotkać jego mroczne, pozbawione uczuć oczy.
„Okazuje się, że ta suka też chce się zabawić” ogłosił głośno w pokoju, a jego głos dudnił autorytetem. Przerażający, nikczemny uśmieszek wymalował się na jego przystojnej twarzy, mrożąc krew w moich żyłach.
Powoli obróciłam się z twardej podłogi, a oddech uwiązł mi w gardle. Musiałam mocno przygryźć język i przełknąć krzyk czystego przerażenia.
Widok w centrum gabinetu przypominał scenę rodem z piekła. Trzech potężnych wojowników wznosiło się w samym środku pomieszczenia. Byli całkowicie nadzy, a ich masywne, ociekające potem ciała pokryte były brudem i krwią poległych członków mojego stada. Ich podniecone, grube kutasy sterczały agresywnie, twarde i ciężkie od drapieżnych zamiarów.
Otoczona przez tych barczystych mężczyzn klęczała mocno poturbowana, zanosząca się głośnym płaczem kobieta. Została zmuszona do padnięcia na kolana na kosztownym dywanie. Jeden z nagich wojowników stał tuż za nią, a jego grube palce bezlitośnie wplątały się w jej długie włosy, szarpiąc jej głowę do tyłu. Zmuszał ją do szerokiego otwarcia ust, przygotowując się do wepchnięcia się w nią. Jej twarz była zalana łzami, wargi miała pęknięte, a jej niegdyś nieskazitelne ciało pokryte było ciemnymi, brzydkimi sińcami. Trzęsła się w niekontrolowany sposób, będąc żałosną, złamaną skorupą człowieka.
Gdy przeniosła wzrok i napotkała moje przerażone spojrzenie, uderzyła we mnie świeża fala szoku.
To była Morwen.
Była córką naszego byłego Alfy, nietykalną księżniczką stada. Morwen była dumą i radością naszego terytorium, olśniewającą, wysoką samicą o idealnej figurze klepsydry i dużych piersiach, którą wielbili wszyscy mężczyźni. Jej długie, jedwabiste włosy i arogancki uśmieszek niegdyś definiowały jej piękno. Wszyscy o niej mówili.
I była moją absolutnie największą dręczycielką.
Jedynym życiowym celem Morwen zdawało się być upewnienie się, że zginę z jej ręki, a przynajmniej będę cierpieć w każdej sekundzie mojego życia. To ona instruowała personel kuchni, by wrzucał moje jedzenie w błoto. To ona upewniała się, by stać w drzwiach i śmiać się swoim zimnym, szyderczym śmiechem, podczas gdy mężczyźni ze stada osaczali mnie, napastowali i bili za każdym razem, gdy odrzucałam ich żądania, by mnie przelecieć. Były takie chwile, kiedy bicie stawało się tak potężne, gdy ich dłonie rozdzierały moje ubrania i rozchylały mi nogi na boki, że musiałam użyć rozumu, by przetrwać. Byłam zmuszona oferować im swoje usta, krztusząc się i szlochając, podczas gdy oni znajdowali uwolnienie, tylko po to, by nie wykorzystali mojego ciała. Morwen oglądała to wszystko, popijając wino i traktując moje poniżenie jak przedstawienie teatralne.
Teraz sytuacja odwróciła się w najbardziej przerażający z możliwych sposobów. Arogancka córka Alfy została rozebrana do naga, pobita i zmuszona do padnięcia na kolana, tuż przed doświadczeniem dokładnie tego samego koszmaru, który niegdyś reżyserowała dla mnie.
Widok jej w tak złamanym stanie nie przyniósł mi ukojenia. Przyniósł czysty, paraliżujący strach. Bo jeśli mogli zrobić to córce Alfy, to co, na imię Bogini, zamierzali zrobić pogardzanej Omedze?
Moje piękne, pielęgnowane przez całe życie marzenie roztrzaskało się w milion nienaprawialnych kawałków na tej drewnianej podłodze. Mój partner w ogóle mnie nie chciał. Nie widział we mnie swojej zapisanej w gwiazdach połówki. Widział we mnie tylko śmiecia, jednorazową zabawkę, którą mógł rzucić swoim żądnym krwi żołnierzom.
Wojownik stojący przed Morwen zatrzymał się. Odwrócił głowę, a jego mroczne, głodne oczy spoczęły na moim nagim, posiniaczonym ciele drżącym na podłodze. Wydał z siebie niski, szorstki warkot, a jego wzrok przesunął się po moich pełnych piersiach w dół, na złączenie moich ud.
„Powinniśmy brać ją po kolei, czy wyruchać ją wszyscy naraz?” zapytał głośno nagi wojownik, oblizując wargi z głodem, podczas gdy jego gruba erekcja drgnęła z odnowionym oczekiwaniem.
Gwałtownie obróciłam głowę, by spojrzeć w górę na mojego partnera, mojego przeznaczonego Alfę, podczas gdy łzy spływały po mojej twarzy. Wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi, zdesperowanymi błękitnymi oczami, niemo błagając go, by to powstrzymał. Błagając go, by mnie wziął, chronił, był mężczyzną, którym księżyc przeznaczył mu być.
Spojrzał na mnie w dół. Jego twarz była maską z kamienia.
„Weźcie ją razem” odpowiedział po prostu mój partner.
Jego głos był całkowicie pozbawiony jakichkolwiek emocji, jakiegokolwiek wahania, jakiejkolwiek troski. Jadowite słowa opuściły jego usta tak swobodnie, obojętnie pieczętując mój przerażający los bez chwili namysłu.
„Musi się nauczyć, by nigdy mi nie pyskować” dodał chłodno, krzyżując potężne ramiona na klatce piersiowej, stojąc pod drzwiami gotowy, by oglądać, jak jego ludzie rozrywają mnie na strzępy.
Nienawidziłam go.
To uświadomienie uderzyło mnie mocniej niż fizyczny ból jego uścisku czy palący ból moich mięśni. Każdym pojedynczym włóknem mojego zrujnowanego istnienia, każdą kroplą krwi płynącą w moich żyłach, nienawidziłam go. Nienawidziłam bezdusznego, okrutnego drania, który rzekomo miał być moim tak zwanym partnerem. Nienawidziłam Bogini Księżyca za powiązanie mojej duszy z potworem. I wiedziałam, gdy tylko ciężkie kroki nagich wojowników zaczęły zbliżać się w moją stronę, że ten koszmar dopiero się rozpoczyna.
















