POV Elary
— Pro-o-o-szę, Elaro! — błagała Sloane, moja najlepsza przyjaciółka, przez więź. — Naprawdę chcę tam iść!
— Nie stoję ci na drodze, Sloane. Możesz śmiało iść na taniec watahy — odparłam przez więź. — Idź i baw się dobrze z Rykerem.
Ryker był partnerem Sloane i choć świetnie się dogadywaliśmy, zawsze czułam się przy nich jak piąte koło u wozu, snując się za nimi.
— Ale wiesz, że to nie będzie to samo, jeśli ciebie tam nie będzie! — dąsała się Sloane, a jej głos drżał. — I jesteś mi to winna!
Westchnęłam. Wiedziałam, że wcześniej czy później wyciągnie kartę „jesteś mi to winna”, żeby zmusić mnie do wyjścia.
Jedynym powodem, dla którego miałam u niej dług, był fakt, że musiałam odpisać od niej zadanie domowe, kiedy moja zmiana skończyła się późno. Byłam tamtej nocy wycieńczona i odpuściłam sobie nawet kolację.
— Więc teraz wykorzystujesz przysługę, którą jestem ci winna? — warknęłam sfrustrowana.
— Czy to działa? — zapytała z chichotem.
Uścisnęłam nasadę nosa, kręcąc głową — ta moja przyjaciółka! Wiedziała dokładnie, jak mną zamanipulować, bym się zgodziła!
Sloane i ja znałyśmy się od przedszkola, ale dopiero niedawno zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Była jedyną osobą, która mi została po moich urodzinach.
Westchnęłam w duchu, a w moich oczach stanęły łzy.
W jedną noc straciłam wszystkich przyjaciół i szacunek watahy.
— Jesteś najgorszą najlepszą przyjaciółką na świecie — warknęłam. — Wiesz o tym!
— Czy to znaczy, że rozważasz pójście? — zaszpiewała z nadzieją.
— Tak — odpowiedziałam z kwaśną miną. — Ale nie zostaję do późna. Rano mam trening!
Sloane zapiszczała z radości przez więź.
— Stoi! — krzyknęła, wydając z siebie kolejny wysoki pisk. — Widzimy się za chwilę!
— Nieważne! — rzuciłam, zrywając połączenie i padając na łóżko.
To nie tak, że nie chciałam iść na taniec watahy — uwielbiałam tańczyć — po prostu czułam się jakoś dziwnie, jakby coś miało się wydarzyć.
Wiedziałam, że to nie może być sprawka mojej wilczycy; nie miałam jej, a moi rodzice, w tym Alfa Corvin, wierzyli, że po prostu dojrzewam później niż inni.
Ja natomiast wierzyłam, że zostałam ukarana przez Boginię i nigdy jej nie otrzymam.
Westchnęłam, zamykając oczy.
Tak bardzo chciałam przemienić się w swoje urodziny. Chciałam mieć wilczycę, tak jak reszta członków watahy.
Mogłam sobie tylko wyobrażać, jaka byłaby piękna — wielka i silna, o srebrnym futrze w blasku pełni księżyca. Miałaby twardy charakter i nie ugięłaby się przed nikim, nawet przed Alfami.
Ale to były tylko sny, nie moja rzeczywistość.
Moje myśli odpłynęły ku wszystkim możliwościom, jakie dawało posiadanie wilczycy.
Może wtedy wataha nie postrzegałaby mnie tylko jako odmieńca czy ciężar.
Może wtedy mogłabym objąć swoją rangę Bety.
Do moich drzwi dobiegło pukanie, a ja gwałtownie otworzyłam oczy. Nie pamiętałam, kiedy zasnęłam.
Zdezorientowana spojrzałam na budzik na biurku.
19:00.
Moje oczy się rozszerzyły. Jestem spóźniona!
— Elara? — Zza drzwi dobiegł zmartwiony głos Sloane. — Jesteś tam?
— Tak — warknęłam, przecierając oczy i pędząc do drzwi.
Sloane zmrużyła brwi, a jej wzrok milcząco przesunął się po mnie.
— Dlaczego nie jesteś ubrana i gotowa? — wrzasnęła rozczarowana.
— Przepraszam — wymruczałam. — Zasnęłam.
Sloane przewróciła oczami i westchnęła.
— Chodź — powiedziała, wciągając mnie z powrotem do pokoju. — Musimy cię przygotować. Mamy tylko kilka minut do wyjścia, inaczej się spóźnimy!
Oczy Sloane zaszkliły się — pewnie łączyła się z Rykerem, żeby powiedzieć mu, że znów się spóźnię.
Wzięłam głęboki oddech, chwyciłam ręcznik i pobiegłam do łazienki.
Dziesięć minut później byłam z powrotem w pokoju.
— Ubieraj się — rozkazała Sloane, podając mi krótką, obcisłą sukienkę.
— Nie ma mowy, że to założę! — warknęłam, wskazując na sukienkę.
— O, tak, założysz! — odparła. — Ubieraj się! Mamy imprezę do zaliczenia!
— To tylko cholerny taniec watahy, Sloane, a nie bal maturalny! — kłóciłam się.
— To nie jest zwykły taniec, Elaro — powiedziała stanowczo. — Nie wiesz, kto wrócił?
— Kto? — zapytałam, splatając ramiona na piersiach. Czy ominęło mnie jakieś ogłoszenie?
Sloane westchnęła z irytacją, posadziła mnie na krześle i zaczęła suszyć mi włosy.
— Cillian wrócił — powiedziała.
Zamarłam na krześle, słysząc to imię.
Cil, syn Alfy Corvina. Kochałam się w nim, odkąd pamiętam, zresztą jak każda inna wolna wilczyca.
On zdawał się nigdy mnie nie zauważać, zawsze mając u boku najpiękniejsze lub najpopularniejsze dziewczyny.
To łamało mi serce, ale wierzyłam, że pewnego dnia w końcu mnie dostrzeże i zobaczy, jaka jestem naprawdę.
Westchnęłam na wspomnienie dnia, w którym Cil wyjechał na szkolenie dla Alf — to było dwa lata temu.
Czułam się wtedy podle i wypłakiwałam oczy do poduszki. Miałam złamane serce nawet wtedy, gdy dowiedziałam się, że nie wolno mu odwiedzać watahy podczas świąt.
— Kiedy wrócił? — zapytałam, czując gulę w gardle.
— Dziś rano — odpowiedziała, chwytając mój wzrok w lustrze. — To jest impreza powitalna na jego cześć, Era.
Moim żołądkiem szarpnęło, jakby ktoś wywrócił go na drugą stronę. Minęły dwa lata. Do tego czasu Cil na pewno znalazł już swoją partnerkę. A ja? Spójrzcie na mnie, wciąż nie mam nawet wilczycy.
— Sloane, myślę, że powinnam sobie odpuścić ten taniec — powiedziałam powoli.
Sloane zmrużyła oczy.
— Nie jesteś ciekawa, jak teraz wygląda? — zapytała zdziwiona. — Dawno go nie widzieliśmy! Na pewno zmienił się po tym intensywnym treningu w Primal Crucible.
— Tak, ale...
— Poza tym — Sloane mi przerwała — Alfa Corvin zorganizował to przyjęcie w nadziei, że Cillian znajdzie swoją przeznaczoną partnerkę. Niedługo ma zostać Alfą, a bez partnerki nie może objąć tytułu.
Milczałam.
Nie nadawałam się na Lunę. Ledwo radziłam sobie jako wojowniczka i wiedziałam, że Cil potrzebuje pięknej i silnej Luny, która będzie rządzić u jego boku. Prawdopodobieństwo, że spełnię te kryteria, było znikome.
— No dalej! — powiedziała podekscytowana Sloane. — Będzie fajnie!
Pół godziny później byłam w pełni ubrana w czarną sukienkę, którą wybrała dla mnie Sloane.
— Chodźmy! — rzuciła, łapiąc mnie za ramię i wyciągając z pokoju.
To, co wydarzyło się na tańcu watahy, miało mnie prześladować do końca życia.
****
















