Zimowa przysięga alfy

Zimowa przysięga alfy

Autor: Vivian_G

Rozdział 5 - Czerwone płomienie
Autor: Vivian_G
13 cze 2026
POV Elary Dom watahy był niemal pusty, gdy dotarłyśmy tam ze Sloane. Moi rodzice, para Betów watahy, poprosili mnie, bym przyszła pomóc w sprzątaniu sali wspólnej. Zazwyczaj rodzina Betów nie zajmowała się sprzątaniem po imprezach. Zgaduję, że Alfa Corvin musiał ich o to poprosić po tym, jak dał wszystkim wolne. — Gdzie są wszyscy? — zapytała zdziwiona Sloane, gdy nie zobaczyła żadnych strażników przy głównym wejściu. — Myślę, że wszyscy poszli na polanę, żeby nacieszyć się śniegiem — odparłam, wskazując na zimną, mokrą i puszystą warstwę leżącą wszędzie dookoła. Sloane westchnęła. — Dlaczego dałam się namówić na pomoc? — zapytała, drżąc z zimna. — Mogłabym teraz leżeć pod kocem z kubkiem gorącej czekolady i oglądać film. — Bo potrzebowałam pomocy — odparłam, wzruszając ramionami. — A jesteś moją jedyną przyjaciółką. Sloane przewróciła oczami, wchodząc do środka. Głównym powodem, dla którego Sloane była tak markotna, był fakt, że Ryker poszedł rano na snowboard z przyjaciółmi. Dlatego właśnie wylądowała w moim pokoju. Ryker nie należał do naszej watahy; pochodził z sąsiedniej Watahy Blackwater. Alfa Alaric i ojciec Rykera, Beta Elias, dorastali razem i byli niegdyś najlepszymi przyjaciółmi. Kiedy wyszło na jaw, że Sloane jest partnerką Rykera, Alfa pozwolił mu przychodzić i wychodzić, kiedy tylko zechce. Pewnego dnia Sloane najprawdopodobniej poprosi o przeniesienie do watahy Rykera i zostanie jej członkiem. Westchnęłam, wchodząc do sali wspólnej — panował tam straszny bałagan, a sprzątanie zajmie nam co najmniej trzy godziny. Sloane spojrzała na mnie, kręcąc głową. — Powinnam była zostać w łóżku — jęknęła pod nosem. Obie chwyciłyśmy mopy i wiadra, po czym zabrałyśmy się za wielkie porządki. — Era — połączyła się ze mną mama po godzinie. — Skończyłyście już sprzątać salę wspólną? — Prawie, mamo — odpowiedziałam. Szło nam szybciej, niż myślałam. — Dobrze — powiedziała. — Poprosiłam Omegę Marnie, żeby przygotowała dla was coś do jedzenia. Jak skończycie, przyjdźcie na lunch. Jedzenie Marnie zawsze było proste i pyszne. Nie dodawała do posiłków żadnych dziwnych rzeczy, co było idealne dla takich wybrednych osób jak my. Rozłączyłam się chwilę później, otarłam pot z czoła i odłożyłam mop do wiadra. — Mama mówi, że jedzenie czeka — oznajmiłam Sloane. — I że Marnie je przygotowała. — Świetnie, umieram z głodu — odparła Sloane, podając mi mop i wiadro. Mniej niż dwadzieścia minut później skończyłyśmy sprzątanie i ruszyłyśmy w stronę kuchni. Marnie dostrzegła nas, gdy tylko weszłyśmy. Podniosła wzrok, witając nas szerokim uśmiechem. Nie mogłam nie zauważyć, że jej blond włosy były starannie upięte w kok na czubku głowy, a oczy błyszczały z radości. Wyglądała dziś na szczęśliwą. Marnie niedawno straciła partnera w ataku renegatów. Próbowała udawać odważną, ale wszyscy widzieliśmy, że w środku cierpi. To był pierwszy raz, kiedy ta czterdziestopięcioletnia Omega miała uśmiech na twarzy. — Cześć, dziewczęta — powitała nas, machając, byśmy podeszły bliżej. — Dzień dobry, Omego Marnie — odpowiedziałyśmy chórem. Wszyscy, a zwłaszcza dzieci, ją uwielbiali. — Wasz lunch jest gotowy — powiedziała, wskazując na podgrzewacz, a Sloane i ja rzuciłyśmy się w tamtą stronę. — Umyłyście ręce? — zapytała Marnie w momencie, gdy próbowałyśmy sięgnąć po talerze. Spojrzałyśmy na siebie, a potem na Marnie. — Nie — szepnęłyśmy obie. — To marsz do łazienki — powiedziała, wyganiając nas z kuchni. Wyszłyśmy z kuchni z podkulonymi ogonami. Byłyśmy głodne, a teraz musiałyśmy najpierw umyć ręce, zanim dostaniemy swój posiłek. Marnie przygotowała swój słynny makaron z serem; już niemal czułam jego smak na języku. Sloane zrobiła kwaśną minę, wyraźnie poirytowana — najbliższa toaleta znajdowała się na samym końcu długiego korytarza. Ja w odpowiedzi posłałam jej filuterny uśmiech i mrugnęłam. — O nie, nawet nie myśl o tym — ostrzegła Sloane. — O tak, myślę — powiedziałam, szykując się do sprintu przez korytarz. — Będziemy mieć kłopoty — narzekała Sloane. — Tylko jeśli nas złapią — odparłam. Sloane westchnęła, przewracając oczami, a zanim skończyła, ja już pędziłam korytarzem. — To oszustwo! — krzyknęła za mną. Sloane dogoniła mnie kilka sekund później i obie chichotałyśmy przy każdym kroku. Nie było nikogo, kto mógłby nas zobaczyć, ani nikogo, kto nakrzyczałby na nas za robienie hałasu czy bieganie. Sloane wygrała wyścig o zaledwie kilka sekund. — Oszukiwałaś — powiedziałam, sapiąc. — Dlaczego tak uważasz? — zapytała, patrząc w sufit i ignorując mój wzrok. — Bo użyłaś szybkości swojej wilczycy — odparłam poirytowana. — Nie ustaliłaś żadnych zasad — kłóciła się Sloane. — Ale wiesz, że ja nie mam wilczycy — broniłam się. — To nie fair! Sloane nagle zamilkła, wpatrując się w swoje stopy, a ja zaczęłam się zastanawiać, o czym myśli. Czy powiedziałam coś nie tak? — O co chodzi? — zapytałam, podchodząc bliżej. — Era — zaczęła wahająco. Otworzyła usta, nie wydając dźwięku, ale widziałam, że ma mi wiele do powiedzenia. — Sloane, co się dzieje? — dopytywałam. Jej wzrok spoczął na mnie; odbijał się w nim niepokój i dezorientacja. — Możesz mi powiedzieć — zachęciłam ją. — Wiesz, że możesz. Sloane wzięła głęboki oddech. — Zeszłej nocy — zaczęła, spuszczając wzrok na dłonie i bawiąc się rąbkiem koszulki. — Widziałam, że coś się z tobą dzieje. Serce mi zamarło. Czy widziała mnie i Cila razem? — Co widziałaś? — zapytałam, z trudem przełykając gulę w gardle. Sloane powoli podniosła wzrok. — Kiedy wróciłyśmy z toalety, zauważyłam, że dziwnie się zachowujesz — powiedziała. Moje myśli pognały ku wczorajszej nocy. Pamiętałam, że siła ciągnąca mnie ku wyjściu była nie do odparcia — każda komórka mojego ciała chciała tam pójść. — I co dalej? — zapytałam, przypominając sobie, jak Sloane gwałtownie wciągnęła powietrze i cofnęła się ode mnie. Wyglądała wtedy na przerażoną. — Nie byłaś sobą — szepnęła. Zamilkłam, próbując przetworzyć to, co Sloane chciała mi przekazać. Co ona widziała? — Co masz na myśli, mówiąc, że nie byłam sobą? — zapytałam. — Elaro, twoje oczy stały się czerwone — wyszeptała Sloane. — A twoja aura wyglądała jak czerwone płomienie wirujące wokół ciebie. To zdezorientowało mnie jeszcze bardziej. — Myślisz, że to mogła być moja wilczyca? — zapytałam z nadzieją. — Cokolwiek to było — odparła Sloane — przestraszyło mnie na śmierć. Może jednak mam wilczycę? ****

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 5 - Czerwone płomienie – Zimowa przysięga alfy | Czytaj powieści online na beletrystyka