POV Elary
Dom watahy był niemal pusty, gdy dotarłyśmy tam ze Sloane.
Moi rodzice, para Betów watahy, poprosili mnie, bym przyszła pomóc w sprzątaniu sali wspólnej.
Zazwyczaj rodzina Betów nie zajmowała się sprzątaniem po imprezach. Zgaduję, że Alfa Corvin musiał ich o to poprosić po tym, jak dał wszystkim wolne.
— Gdzie są wszyscy? — zapytała zdziwiona Sloane, gdy nie zobaczyła żadnych strażników przy głównym wejściu.
— Myślę, że wszyscy poszli na polanę, żeby nacieszyć się śniegiem — odparłam, wskazując na zimną, mokrą i puszystą warstwę leżącą wszędzie dookoła.
Sloane westchnęła.
— Dlaczego dałam się namówić na pomoc? — zapytała, drżąc z zimna. — Mogłabym teraz leżeć pod kocem z kubkiem gorącej czekolady i oglądać film.
— Bo potrzebowałam pomocy — odparłam, wzruszając ramionami. — A jesteś moją jedyną przyjaciółką.
Sloane przewróciła oczami, wchodząc do środka.
Głównym powodem, dla którego Sloane była tak markotna, był fakt, że Ryker poszedł rano na snowboard z przyjaciółmi. Dlatego właśnie wylądowała w moim pokoju.
Ryker nie należał do naszej watahy; pochodził z sąsiedniej Watahy Blackwater.
Alfa Alaric i ojciec Rykera, Beta Elias, dorastali razem i byli niegdyś najlepszymi przyjaciółmi. Kiedy wyszło na jaw, że Sloane jest partnerką Rykera, Alfa pozwolił mu przychodzić i wychodzić, kiedy tylko zechce.
Pewnego dnia Sloane najprawdopodobniej poprosi o przeniesienie do watahy Rykera i zostanie jej członkiem.
Westchnęłam, wchodząc do sali wspólnej — panował tam straszny bałagan, a sprzątanie zajmie nam co najmniej trzy godziny.
Sloane spojrzała na mnie, kręcąc głową.
— Powinnam była zostać w łóżku — jęknęła pod nosem.
Obie chwyciłyśmy mopy i wiadra, po czym zabrałyśmy się za wielkie porządki.
— Era — połączyła się ze mną mama po godzinie. — Skończyłyście już sprzątać salę wspólną?
— Prawie, mamo — odpowiedziałam. Szło nam szybciej, niż myślałam.
— Dobrze — powiedziała. — Poprosiłam Omegę Marnie, żeby przygotowała dla was coś do jedzenia. Jak skończycie, przyjdźcie na lunch.
Jedzenie Marnie zawsze było proste i pyszne. Nie dodawała do posiłków żadnych dziwnych rzeczy, co było idealne dla takich wybrednych osób jak my.
Rozłączyłam się chwilę później, otarłam pot z czoła i odłożyłam mop do wiadra.
— Mama mówi, że jedzenie czeka — oznajmiłam Sloane. — I że Marnie je przygotowała.
— Świetnie, umieram z głodu — odparła Sloane, podając mi mop i wiadro.
Mniej niż dwadzieścia minut później skończyłyśmy sprzątanie i ruszyłyśmy w stronę kuchni.
Marnie dostrzegła nas, gdy tylko weszłyśmy. Podniosła wzrok, witając nas szerokim uśmiechem.
Nie mogłam nie zauważyć, że jej blond włosy były starannie upięte w kok na czubku głowy, a oczy błyszczały z radości. Wyglądała dziś na szczęśliwą.
Marnie niedawno straciła partnera w ataku renegatów. Próbowała udawać odważną, ale wszyscy widzieliśmy, że w środku cierpi.
To był pierwszy raz, kiedy ta czterdziestopięcioletnia Omega miała uśmiech na twarzy.
— Cześć, dziewczęta — powitała nas, machając, byśmy podeszły bliżej.
— Dzień dobry, Omego Marnie — odpowiedziałyśmy chórem. Wszyscy, a zwłaszcza dzieci, ją uwielbiali.
— Wasz lunch jest gotowy — powiedziała, wskazując na podgrzewacz, a Sloane i ja rzuciłyśmy się w tamtą stronę.
— Umyłyście ręce? — zapytała Marnie w momencie, gdy próbowałyśmy sięgnąć po talerze.
Spojrzałyśmy na siebie, a potem na Marnie.
— Nie — szepnęłyśmy obie.
— To marsz do łazienki — powiedziała, wyganiając nas z kuchni.
Wyszłyśmy z kuchni z podkulonymi ogonami. Byłyśmy głodne, a teraz musiałyśmy najpierw umyć ręce, zanim dostaniemy swój posiłek.
Marnie przygotowała swój słynny makaron z serem; już niemal czułam jego smak na języku.
Sloane zrobiła kwaśną minę, wyraźnie poirytowana — najbliższa toaleta znajdowała się na samym końcu długiego korytarza.
Ja w odpowiedzi posłałam jej filuterny uśmiech i mrugnęłam.
— O nie, nawet nie myśl o tym — ostrzegła Sloane.
— O tak, myślę — powiedziałam, szykując się do sprintu przez korytarz.
— Będziemy mieć kłopoty — narzekała Sloane.
— Tylko jeśli nas złapią — odparłam.
Sloane westchnęła, przewracając oczami, a zanim skończyła, ja już pędziłam korytarzem.
— To oszustwo! — krzyknęła za mną.
Sloane dogoniła mnie kilka sekund później i obie chichotałyśmy przy każdym kroku.
Nie było nikogo, kto mógłby nas zobaczyć, ani nikogo, kto nakrzyczałby na nas za robienie hałasu czy bieganie.
Sloane wygrała wyścig o zaledwie kilka sekund.
— Oszukiwałaś — powiedziałam, sapiąc.
— Dlaczego tak uważasz? — zapytała, patrząc w sufit i ignorując mój wzrok.
— Bo użyłaś szybkości swojej wilczycy — odparłam poirytowana.
— Nie ustaliłaś żadnych zasad — kłóciła się Sloane.
— Ale wiesz, że ja nie mam wilczycy — broniłam się. — To nie fair!
Sloane nagle zamilkła, wpatrując się w swoje stopy, a ja zaczęłam się zastanawiać, o czym myśli.
Czy powiedziałam coś nie tak?
— O co chodzi? — zapytałam, podchodząc bliżej.
— Era — zaczęła wahająco. Otworzyła usta, nie wydając dźwięku, ale widziałam, że ma mi wiele do powiedzenia.
— Sloane, co się dzieje? — dopytywałam.
Jej wzrok spoczął na mnie; odbijał się w nim niepokój i dezorientacja.
— Możesz mi powiedzieć — zachęciłam ją. — Wiesz, że możesz.
Sloane wzięła głęboki oddech.
— Zeszłej nocy — zaczęła, spuszczając wzrok na dłonie i bawiąc się rąbkiem koszulki. — Widziałam, że coś się z tobą dzieje.
Serce mi zamarło. Czy widziała mnie i Cila razem?
— Co widziałaś? — zapytałam, z trudem przełykając gulę w gardle.
Sloane powoli podniosła wzrok.
— Kiedy wróciłyśmy z toalety, zauważyłam, że dziwnie się zachowujesz — powiedziała.
Moje myśli pognały ku wczorajszej nocy. Pamiętałam, że siła ciągnąca mnie ku wyjściu była nie do odparcia — każda komórka mojego ciała chciała tam pójść.
— I co dalej? — zapytałam, przypominając sobie, jak Sloane gwałtownie wciągnęła powietrze i cofnęła się ode mnie. Wyglądała wtedy na przerażoną.
— Nie byłaś sobą — szepnęła.
Zamilkłam, próbując przetworzyć to, co Sloane chciała mi przekazać.
Co ona widziała?
— Co masz na myśli, mówiąc, że nie byłam sobą? — zapytałam.
— Elaro, twoje oczy stały się czerwone — wyszeptała Sloane. — A twoja aura wyglądała jak czerwone płomienie wirujące wokół ciebie.
To zdezorientowało mnie jeszcze bardziej.
— Myślisz, że to mogła być moja wilczyca? — zapytałam z nadzieją.
— Cokolwiek to było — odparła Sloane — przestraszyło mnie na śmierć.
Może jednak mam wilczycę?
****
















