POV Elary
Droga do domu watahy minęła szybciej, niż bym chciała, i zanim się obejrzałam, Ryker zatrzymał samochód przed budynkiem.
Ryker wysiadł i obszedł auto, otwierając drzwi przed Sloane. Wyciągnął rękę i ostrożnie pomógł swojej partnerce wysiąść.
— Sloane, kochanie — powiedział Ryker, całując wierzch jej dłoni. — Zaraz wracam. Czekaj na mnie!
Serce mnie zakłuło na dźwięk czułości w jego głosie. Mówił do niej z tak wielką miłością i troską.
Sloane skinęła głową, a Ryker wsiadł z powrotem do samochodu i odjechał.
Dwie minuty później ciemnowłosy wilk pojawił się obok Sloane.
— Gotowa? — zapytał, biorąc jej dłonie w swoje.
Sloane zachichotała jak typowa uczennica i zarumieniła się.
Odwróciłam wzrok, dając im odrobinę prywatności.
Czasami marzyłam o tym, co mieli Sloane i Ryker. Ich miłość była tak czuła i bezwarunkowa.
Lekki uśmiech błąkał się w kącikach moich ust na wspomnienie nocy, w której Sloane odkryła, że Ryker jest jej partnerem.
Wszyscy byliśmy na polanie, czekając na jej przemianę, kiedy z jej ust wymknęło się to jedno słowo: „mate”.
Ryker wystąpił naprzód, odpowiadając na jej wezwanie. Od początku wiedział, że Sloane jest mu przeznaczona. Dowiedział się rok wcześniej i trzymał to w tajemnicy, nie spuszczając jej z oka.
Spojrzałam na parę gołąbków. Wysoki, ciemnowłosy wilk obejmował swoją blondwłosą, piękną partnerkę, a jego usta zachłannie spijały pocałunek z jej warg.
Sloane pierwsza się odsunęła, spoglądając na mnie z rumieńcem na twarzy.
— Przepraszam — bąknęła. — Nie możemy się powstrzymać!
— Już się przyzwyczaiłam — uśmiechnęłam się, wykonując gest między nimi. — Nie przejmujcie się.
Wzrok Rykera powędrował ku ogromnym, podwójnym drzwiom, a potem z powrotem na nas.
— Zaraz zaczynają — ogłosił.
Sloane wzięła mnie za rękę i we trójkę ruszyliśmy w stronę wejścia.
To samo niepokojące uczucie wypełzło we mnie, a tętno przyspieszyło, ostrzegając mnie, że nie powinno mnie tu być — że nie powinnam przychodzić.
Zatrzymaliśmy się kilka stóp przed drzwiami. Ryker puścił dłoń Sloane i otworzył je.
Wzięłam głęboki oddech, próbując opanować walące serce i odepchnąć niepokój.
Gdy tylko Ryker pchnął skrzydła drzwi, w moje nozdrza uderzył tak odurzający zapach — szarlotka z kruszonką.
To był najwspanialszy zapach, jaki kiedykolwiek czułam.
Aż ślinka mi ciekła na myśl o tym, by go skosztować.
Nagle zapach zaczął mnie dusić, poczułam zawroty głowy. Cofnęłam się mimowolnie, odwracając twarz od tego aromatu i szukając świeżego powietrza.
— Co do diabła? — wymruczałam do siebie.
Sloane odwróciła się do mnie, a w jej oczach pojawiła się troska.
— Wszystko w porządku? — zapytał zaniepokojony Ryker.
— J-j-ja nie wiem — wykrztusiłam nerwowo. — Ze środka dobiega ten słodki zapach szarlotki z kruszonką. Jest przytłaczający — wyjaśniłam.
Sloane zmrużyła brwi, zdezorientowana, i uniosła nos, wciągając powietrze.
— Ja nic nie czuję — powiedziała po chwili. — A ty? — zapytała, spoglądając na Rykera.
Ryker w odpowiedzi pokręcił głową.
— Nie czuję nic niezwykłego — stwierdził.
— Może w kuchni pieką jakieś ciasta i desery — zasugerowała Sloane. — Alfa Corvin wspominał, że bardzo się stara, by uroczyście powitać Cilliana.
Skinęłam głową, a zapach nagle osłabł, dając mi odetchnąć.
Ruszyłam za Sloane i Rykerem do środka, w stronę sali wspólnej.
Było to ogromne pomieszczenie, w którym zazwyczaj odbywały się uroczystości i zebrania watahy; tej nocy wyglądało jednak jak sala balowa godna króla.
— Wow! — westchnęła Sloane. — Po prostu wow!
— Robi wrażenie, to prawda — odparłam, wodząc wzrokiem od ścian po sufit. Alfa Corvin naprawdę pięknie udekorował to miejsce.
Dotarliśmy w samą porę, by zobaczyć, jak Alfa Corvin schodzi ze sceny, a chwilę później znów rozbrzmiała muzyka.
Przesunęłam wzrokiem po morzu ludzi, mając nadzieję, że dostrzegę Cila, ale nigdzie go nie było.
Czyżby już wyszedł?
— Chodźmy potańczyć — powiedziała Sloane, przerywając moje myśli i łapiąc mnie za rękę.
Byliśmy na parkiecie około godziny, gdy Sloane oznajmiła, że musi iść do toalety.
— Wygląda na to, że jednak dobrze się bawisz — zauważyła Sloane, gdy szłyśmy w stronę wyjścia.
— Wiesz, że uwielbiam tańczyć — odparłam. Czułam się bardziej sobą, a mój niepokój dawno minął.
— Tak, wiem — zaćwierkała radośnie. — Ale wiesz, że każdy wolny wilk cię pożerał wzrokiem!
Byłam zaskoczona jej słowami. Nawet nie zauważyłam, że ludzie na mnie patrzą.
— Cóż, jeśli tak — powiedziałam z goryczą — to są tchórzami, skoro żaden nie poprosił mnie do tańca.
— Może to i lepiej — stwierdziła Sloane, popychając drzwi do toalety. — Obie wiemy, że jesteś o niebo lepsza od nich.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Sloane zawsze wiedziała, jak mnie pocieszyć.
Ale głęboko w środku wiedziałam, że to nieprawda. Gdziekolwiek się pojawiam, członkowie watahy ignorują moje istnienie — nawet na mnie nie spojrzą.
Czasami marzyłam, by ludzie po prostu mnie zauważyli. Nie zniknęłam. Wciąż tu byłam i byłam częścią watahy.
Obok mnie przeszła grupa dziesięciu młodych dorosłych, kierując się do wyjścia z budynku. Byli moimi przyjaciółmi przed moimi urodzinami. Należałam do tej grupy, a ranga Bety sprawiała, że byłam popularna.
Westchnęłam.
Dlaczego byłam częścią watahy, która nie akceptowała mnie taką, jaka jestem?
Serce mnie zakłuło, a dłonie powędrowały do piersi. Bolesne uczucie sprawiło, że poczułam w środku odrętwienie.
— Chcesz iść do domu? — zapytała Sloane, biorąc mnie za rękę.
Podniosłam wzrok, a Sloane uśmiechnęła się do mnie ciepło, ścierając z mojej twarzy gorące łzy, o których istnieniu nawet nie wiedziałam.
Pokręciłam głową. Gdybym teraz wróciła do domu, rodzice pomyśleliby, że coś się stało, a nie byłam w nastroju na odpowiadanie na ich pytania.
— Nie — szepnęłam. — Daj mi tylko minutę.
Sloane delikatnie poklepała mnie po ramieniu, dając mi czas na zebranie myśli.
— Lepiej? — zapytała, a ja posłałam jej słaby uśmiech, wyczuwając litość w jej oczach.
Powoli ruszyłam za nią z powrotem do sali wspólnej, ale gdy tylko mijałyśmy podwójne drzwi prowadzące do ogrodów, zamarłam.
To było tak, jakby wszystko we mnie krzyczało, by wyjść na zewnątrz.
I znów poczułam ten słodki zapach szarlotki z kruszonką.
— Co się dzieje, Era? — zapytała Sloane, spoglądając na drzwi. — Dziwnie się zachowujesz.
Powoli odwróciłam wzrok, by spojrzeć na nią, a ona z głośnym wdechem przyłożyła dłonie do ust, cofając się o krok.
— Wszystko w porządku — powiedziałam, choć mój głos brzmiał w moich uszach wyżej niż zwykle. — Muszę tylko coś sprawdzić. Dołączę do ciebie za kilka minut!
Sloane mrugnęła kilka razy, zanim zareagowała. Potem obróciła się na pięcie i pognała w stronę sali wspólnej, jakby ktoś ją gonił.
Gdy tylko zniknęła mi z oczu, zwróciłam się w stronę drzwi.
To, co stało się później, sprawiło, że mój świat zawirował bez kontroli.
****
















