Perspektywa Viktora
Główny dom watahy majaczy przede mną; jego ciemne, drewniane konstrukcje i szerokie kamienne schody witają mnie – są mi tak bliskie jak krew płynąca w moich żyłach. Idę zdecydowanym krokiem, a moje buty uderzają o ziemię miarowo i bez pośpiechu. Ból w klatce piersiowej znów się odzywa, tępy puls, który osiada nisko pod żebrami, by po chwili zniknąć, jakby nigdy go nie było.
Zac
















