Gdy wstaję, strażnicy podchodzą bliżej. Chcę im powiedzieć, że nie muszą się martwić, że nie spróbuję znów uciec, tyle że oni nie boją się mnie uderzyć. Zresztą to nie tak, że ojciec nie dał całej watasze przyzwolenia na karanie mnie, jeśli usłyszą, że się odzywam.
Wychodzę z gabinetu, a oni prowadzą mnie z powrotem do cel. Przynajmniej ja tak to nazywam. Kiedy docieramy na miejsce, odsuwają się, a ja wchodzę do środka. Mój pokój to nic innego jak ciasny schowek. Gołe ściany, nic, co zakrywałoby wytartą, pełną drzazg drewnianą podłogę i oczywiście brak okna.
Nie mam nawet drzwi, nie mam prywatności. Strażnicy najwyraźniej muszą mieć mnie na oku przez cały czas. Wszystko, co posiadam, to materac i stos starych, brudnych, znoszonych ubrań, ponieważ nie wolno mi mieć nic nowego ani ich prać.
Więc choć nie ma tu metalowych krat ani więźniów, to wciąż jest cela. Nawet nie należy do mnie. Od najmłodszych lat wbijano mi do głowy, że nie mogę rościć sobie prawa do tej przestrzeni, nie mogę nic do niej dodać ani nadać jej osobistego charakteru. Więc tak, to cela przebrana za sypialnię.
Powinnam być wdzięczna za tę małą rzecz, którą mam, bo jutro, kiedy zostanę przekazana temu potworowi, mogę wylądować w prawdziwym lochu. Nie jestem pewna, dlaczego on mnie chce ani co daje mojemu ojcu w zamian.
Ściskając jedyne prześcieradło, jakie mam, podciągam je pod samo gardło, próbując ukryć narastający we mnie niepokój. Strażnik na zewnątrz wpatruje się we mnie. Nie wiem dlaczego – przecież nie ucieknę z tego pokoju. Nie wiem, co jest gorsze: fakt, że ojciec sprzedał mnie jak bydło, czy to, że człowiek, który mnie kupuje, jest typem odszczepieńca, którego lęka się każdy wojownik.
Opowieści o nim niosą się szeroko. Ilekroć mój ojciec wydaje przyjęcia, Viktor zawsze staje się tematem rozmów. Nie ma watahy, nie ma królestwa, a jego armia składa się z odrzuconych. Odszczepieńcy, wygnańcy i mordercy pozbawieni lojalności. On nie przestrzega zasad naszego świata. Tworzy własne. Zastanawiam się, skąd się wziął – tego też nikt nie wie. Wiedzą tylko, że budzi grozę.
Trudno się dziwić temu lękowi. Ludzie mówią, że nie zna litości, że nie negocjuje, by dostać to, czego chce. Jest typem człowieka, który bierze, co mu się podoba, a potem niszczy wszystko, co stanie mu na drodze, jakby było niczym.
Palił już domy całych watah i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że na kogoś lub na coś poluje. Szuka, a te poszukiwania doprowadziły już do wielu ofiar.
Teraz należę do niego i nic nie mogę na to poradzić.
Mimo to zastanawiam się, co mój ojciec na tym zyskuje. Myślałam, że wyda mnie za Alfę z innej watahy, z którą mógłby się połączyć lub którą mógłby wykorzystać. Viktor Valerius nie jest człowiekiem, który współpracuje z innymi watahami. Nie pomaga im też.
Więc czy zapłacił pieniędzmi? Wbijam paznokcie w dłoń, próbując to rozgryźć. Nie ma mowy, by chciał, abym została jego żoną, skoro na świecie są lepsze kobiety. To nie może być nic więcej niż zwykła transakcja. Mój ojciec nie pozwoliłby mi odejść, gdyby nic na tym nie zyskał.
Wiem, że ojciec prawdopodobnie dostaje pieniądze. On jednak nie jest problemem. Co Viktor mógłby zyskać, biorąc mnie? Płacąc za mnie? Nie ma watahy ani sojuszy, które wymagałyby posiadania Luny.
Prawda jest taka, że to nie ma znaczenia. Jest tylko jedna odpowiedź na to wszystko, jedna rzecz, o której muszę pamiętać.
Mój ojciec chce się mnie pozbyć, a Viktor był gotów zapłacić, by mnie mieć. Już samo to powinno mnie przerażać. Kupił mnie jak przedmiot. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego, prawda?
Zaciskając usta, próbuję uspokoić szaleńczy oddech. Już teraz wiem, że życie z Viktorem będzie gorsze niż tutaj. Mój ojciec może mnie bić, torturować i sprawiać, że czuję się, jakbym ukradła komuś miejsce na ziemi. Tutaj jednak wiem, czego się spodziewać. To moja siatka bezpieczeństwa. Viktor Valerius jest w tej sytuacji niewiadomą i tego właśnie się boję. Tego, że nie znam jego planów wobec mnie.
Noc spędzam na krótkich, urywanych drzemkach. Nie potrafię wyłączyć myśli. Nie mogę przestać zastanawiać się, jak Viktor wygląda. Nigdy go tu nie było, tyle wiem na pewno. Mój ojciec dobija targu z człowiekiem, którego nigdy nie widział na oczy.
Stukanie o ścianę sprawia, że wzdrygam się, ale nie ruszam z miejsca. Trwam w bezruchu i patrzę, jak strażnik wchodzi do ciasnej przestrzeni. „Wstawaj”.
Nie kłócę się ani nie waham, bo wolałabym nie cierpieć, gdy będę przekazywana Viktorowi. Ruszam się powoli, żebra wciąż bolą mnie po wczorajszej karze, ale ignoruję to i wstaję na nogi.
Strażnik odsuwa się na bok, a ja wychodzę, idąc za nim przez dom watahy. Zatrzymują się przed drzwiami, a ja stoję zdezorientowana. Drzwi otwierają się, a służąca daje mi znak, bym weszła do środka.
Wchodząc, rozglądam się. To dla mnie pokój zakazany. Nie wolno mi korzystać z łazienek.
„Mamy cię umyć i upewnić się, że będziesz się prezentować odpowiednio dla Alfy i na ślub”.
Umyć mnie? Rozglądam się i dostrzegam wiszącą suknię. Pod nią leży stos ubrań.
Nie ruszam się, gdy kobieta próbuje przyciągnąć mnie do wanny.
„Twój ojciec zażyczył sobie, byś dobrze wyglądała. Nie chce, byś reprezentowała tę watahę, ale nie ma wyboru, więc jego jedyną opcją jest dopilnowanie, byś była czysta i ubrana. Zabierzesz te kilka rzeczy ze sobą, aby pokazać, że ojciec o ciebie zadbał”.
A więc chce udawać, że nie jest potworem. Prawie się na to śmieję. Stoję tutaj, gdy ona mnie rozbiera i wyrzuca moje stare łachy. Nie wiem, czy mi się to podoba. Szorowanie mnie, jakbym była towarem do przekazania. Nic jednak nie mówię. Łazienka to najgorsze miejsce na kłótnię z zasadami i rozkazami ojca. Nie mam wątpliwości, że nie przeżyłabym, gdyby donieśli mu, że odrzuciłam jego „uprzejmą ofertę”.
Kiedy jestem już czysta, ubrana i gotowa, wpatruję się w swoje odbicie w lustrze. Moje ciemne włosy opadają kaskadą aż do kości ogonowej. Są falowane. Zawsze widziałam je tylko skołtunione i w nieładzie. Mam zielone oczy i bladą cerę, ale nie w chorobliwy sposób. Wyglądam dobrze, jakby zmyto ze mnie cały brud.
Strażnicy znów zaczynają mnie eskortować. Korytarze milczą, gdy jestem prowadzona ku mojemu losowi – takiemu, którego mogę nie przetrwać. Skupiam się na oddechu, serce mi wali. Chciałabym odmówić wyjścia za niego, ale wiem, do czego by to doprowadziło.
Więc trzymam głowę nisko i idę za nimi w milczeniu. Jedyne, co mogę robić, to mieć nadzieję, że tam, dokąd idę, nie czeka mnie piekło. Moja nadzieja jest jednak naiwna. Wiem o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Miejsce, do którego zmierzam, nie będzie wolnością ani ucieczką. Będzie nową wersją piekła.
















