Dom był mały, znacznie mniejszy niż pokój, w którym mieszkała w zamku. Wypełniony kilkoma drobiazgami, świadczył o tym, że Laurel była młodą kobietą żyjącą na granicy ubóstwa. Czy nie miała żadnych umiejętności, czy po prostu była w watasze, która krzywo patrzyła na wilczyce robiące wiele poza domem?
Starsza kobieta usiadła przy małym stole z uśmiechem, podczas gdy Laurel rozglądała się za czymś, co mogłaby jej dać. Znalazła koszyk z kilkoma owocami i zaoferowała go kobiecie.
– W podziękowaniu.
Starsza kobieta pokręciła głową, popychając koszyk z powrotem w jej stronę.
– I tak jesteś zbyt chuda! Powinnaś jeść więcej.
Laurel uśmiechnęła się, czując ciepło w sercu. Ta starsza kobieta była dziwna, ale troszczyła się o Laurel. Kobieta potrząsnęła głową i wstała.
– Wpadnij czasem na kolację, hm? – Powiedziała i podniosła się. – Powinnam wracać, zanim zauważą moją nieobecność.
Laurel odprowadziła ją do drzwi. – Dziękuję. Odwdzięczę ci się kiedyś.
Starsza kobieta machnęła ręką lekceważąco. – Nie bądź śmieszna, Laurel.
Wyszła, a Laurel zamknęła za nią drzwi z cichym chichotem. Odwróciła się z powrotem do małego domu i podeszła do okna wychodzącego na podwórko. Wzdłuż krawędzi ogrodu rosły kwiaty, pachnące pąki, które wypełniały powietrze delikatną wonią. Uśmiechnęła się, rozbawiona widokiem wawrzynu rosnącego obok małego zagonka z warzywami.
Dom był schludny i wyglądało na to, że mieszkała w nim tylko ona i jej ojciec, a jednak wydawało się, że nie było go w domu od dłuższego czasu.
Zastanawiała się, do jakiego czasu została cofnięta i jak długo trwała tym razem wojna z wampirami. Potrząsnęła głową. Wampiry, wojna i wszystkie wydarzenia na dworze nie były już jej zmartwieniem.
Była Laurel, a nie Laurą Hamilton, byłą Luną. Ta myśl przyniosła jej ukojenie, gdy przeszła przez mały pokój do stołu, by uporządkować stos papierów. Nie rozpoznawała charakteru pisma, ale większość z nich pochodziła od niejakiego Jacka Millera.
*Najdroższa Córko...*
Laurel uśmiechnęła się i wzięła kartki do stołu, by je przeczytać. Imię jej ojca brzmiało Jack Miller, co czyniło ją Laurel Miller. W stosie było co najmniej dwadzieścia listów pytających o zdrowie Laurel i jej codzienne życie. Jej oczy piekły od ciepła jego słów.
*Bardziej niż czegokolwiek pragnę, abym nie był na froncie. Jak tylko wampiry zostaną ujarzmione, nauczę cię polować, tak jak obiecałem. W międzyczasie poprosiłem Amandę, by miała na ciebie oko. Postaraj się nie sprawiać jej zbyt wielu zmartwień, moja mała psotnico.*
Laurel domyśliła się, że starsza kobieta to Amanda, i zachichotała. Zastanawiała się, jakie psoty wyczyniała Laurel. Jego ton wydawał się raczej przekorny niż karcący, więc może żartował. Naprawdę nie wiedziała, jak to odczytać. Ojciec Laury był zimny i zdystansowany, odkąd przeszła przemianę, ale być może dowie się więcej, jeśli przeczyta resztę listów.
*Bądź bezpieczna, moja ukochana córeczko. Każdej nocy modlę się o twoje bezpieczeństwo. Młoda kobieta bez ojca musi dbać o siebie z wielką ostrożnością. Nie wiadomo, jakie kłopoty mogą cię spotkać.
Nie bój się Lucasa. Masz moje błogosławieństwo, by poślubić kogo zechcesz. Lucas może być następnym alfą watahy, ale jest tchórzem i dezerterem. Kiedy wrócę, naprostuję go za nękanie cię w ten sposób. Idź do Amandy, jeśli poczujesz, że stanowi dla ciebie wielkie zagrożenie. Nawet on ma trochę szacunku dla starszych.*
Pociągnęła nosem, wzruszona i pełna podziwu dla Jacka i jego relacji z córką. Poczucie winy wynikające z wiedzy, że jego Laurel odeszła z tego świata, zabolało. Jej rodzice zaaranżowali jej małżeństwo dla władzy i pieniędzy, nie zważając na szczęście Laury. Nie musieli wydawać jej za mąż w ten sposób, chyba że po to, by zaspokoić swoją chciwość, ale Jack, człowiek żyjący na samej granicy królestwa, mający pozornie bardzo niewiele, pozwalał jej wyjść za mąż zgodnie z jej wolą!
Podziw i zazdrość walczyły w niej, zanim odłożyła listy na bok. Laurel Jacka nie żyła, ale ona będzie Laurel, zaopiekuje się Jackiem w jej imieniu i będzie cieszyć się szansą, którą otrzymała. Złożyła listy ostrożnie i schowała je, po czym skierowała się z powrotem do lasu, by zapolować.
Młoda kobieta, która zmarła w lesie, nie nauczyła się polować, ale Laura opanowała łowiectwo do perfekcji przed śmiercią. Biegła przez las z Alice, śmiejąc się, gdy pędziła między drzewami jako lśniący biały wilk i złapała kilka królików, by ugotować je i zjeść z kilkoma warzywami z grządki za domem.
Nasycona i szczęśliwa, zwinęła się w kłębek w swoim małym łóżku i podziękowała Bogini za nowe życie, po czym zapadła w spokojny sen.
*******
Dni w małej wiosce mijały spokojnie. Dowiedziała się, że wioska należała do Watahy Szafirowego Jeziora, nazwanej tak od jeziora w pobliżu, które było tak błękitne i czyste jak doskonale oszlifowany szafir. Była to odległa osada. Najbliższe miasteczko znajdowało się kilka mil dalej, a do Cesarskiego Miasta była co najmniej tydzień drogi konno, ale było tu pięknie – wioska usadowiła się w cieniu dwóch wielkich gór, na dnie doliny.
Nie przypominało to w niczym miasta watahy Szmaragdowego Zmierzchu i Laurel była za to wdzięczna.
Jak w większości watah na granicy, większość młodych mężczyzn dołączyła do działań wojennych. Kobiety zajmowały się dziećmi oraz transportem żywności i zaopatrzenia.
Po sprawdzeniu i ponownym sprawdzeniu swojej wiadomości, Laurel wręczyła list wioskowemu listonoszowi.
Wyglądał na zmartwionego, patrząc na list.
– Czy wszystko w porządku?
– Oczywiście – powiedział i włożył list do torby. – Po prostu... dawno nie miałem wieści od tego urwisa.
Szczęka Laurel zadrżała od nagłego uderzenia przerażenia, ale on uśmiechnął się i machnął ręką lekceważąco.
– Jestem pewien, że nic mu nie jest. Prawdopodobnie jest po prostu zajęty dawaniem popalić tym kłatym draniom! Zobaczysz. Wojna skończy się wkrótce, skoro prowadzi ich król Adolf Niezwyciężony!
*Król Adolf Niezwyciężony...* Laurel skinęła głową i odwróciła wzrok. Pamiętała to imię.
Poślubiła Basila tak szybko, że król nie zdołał wrócić na ceremonię. Basil był tak zdenerwowany nieobecnością ojca, że nawet nie spędził z nią nocy, by skonsumować małżeństwo. Wojna zdawała się eskalować po tym wydarzeniu, więc Laura nigdy nie spotkała swojego teścia.
Zostawiła listonosza w znacznie gorszym nastroju, niż przyszła, błądząc po wspomnieniach z pałacu i próbując je odepchnąć.
Była teraz Laurel Miller, siedemnastoletnią kobietą mieszkającą samotnie w oczekiwaniu na powrót ojca z linii frontu, a nie Laurą Hamilton, byłą Luną i porzuconą naznaczoną partnerką księcia.
Cesarskie Miasto było o tyle mil stąd. Basil i wszelkie troski dworu należały do poprzedniego życia. Musiała skupić się na teraźniejszości. Nie wpadła na swojego przeznaczonego w Watasze Szafirowego Jeziora, ale może był na polu bitwy z jej ojcem, walcząc o ich bezpieczeństwo.
Zastanawiała się, czy jest przystojny i odważny, rzucając się w wir walki z siłą wielkiego wojownika. Może był jakimś generałem? Łucznikiem? Może zwiadowcą albo szpiegiem. Jej twarz rozgrzała się, gdy wyobraźnia zaczęła pracować, i przyspieszyła kroku, gwiżdżąc na wietrze.
Kto to jest? zapytała Alice. Spojrzała w górę, zbliżając się do domu, i zatrzymała się. Wysoki, tyczkowaty mężczyzna stał przed jej drzwiami wejściowymi, trzymając dodatkowego królika, którego upolowała poprzedniego dnia. Planowała dać go Amandzie w prezencie.
Jakim prawem brał jej rzeczy i kim był?
Podniósł wzrok, widząc ją, i uniósł królika, piorunując ją spojrzeniem. Jego ton był szorstki i gniewny.
– Kto ci to dał? – syknął, maszerując w jej stronę. Laurel cofnęła się, przerażona, że zbliża się do niej w takim stanie. Odwróciła się, chcąc uciec, ale złapał ją za ramię. Krzyknęła, gdy szarpnął ją bliżej i wepchnął królika w twarz. – Nie potrafisz polować. Ktoś musiał ci go dać. Jak śmiesz zdradzać mnie z innym mężczyzną!
Zdradzać go? Z nikim się nie spotykała. Z pewnością Jack wspomniałby o zalotniku z imienia, gdyby taki istniał, ale w żadnym z listów, które znalazła, nie było o tym ani słowa. Serce waliło jej jak młotem, ale uniosła podbródek wyzywająco.
Jeśli Laurel spotykała się z takim mężczyzną, to i tak najlepiej, żeby ucięła to teraz.
*On nie jest naszym przeznaczonym*, prychnęła Alice.
– O czym ty mówisz? – wyrwała się z jego uścisku. – Kim jesteś?
Uśmiechnął się do niej szyderczo. – Jestem Lucas, twój przyszły mąż.
















