Perspektywa Emily
Wszedł we mnie powoli, zagłębiając się na całą swoją długość.
Jego opuszki palców wplotły się w moje włosy, a jego oddech mieszał się z moim na moich rozchylonych ustach.
Jego przenikliwe zielone oczy wbiły się w moje, zaglądając w głąb mojej duszy, gdy wsuwał się i wysuwał z mojej cipki.
Z moich ust wyrwał się duszny jęk, gdy wszedł głębiej.
– Tak dobrze cię czuć, Em – jęknął Bryson w moje rozchylone usta, muskając wargami moje.
W chwili, gdy mieliśmy się pocałować, ostry dźwięk brzęczenia wyrwał mnie z tego gorącego snu.
Obudziłam się z szeroko otwartymi oczami, z piersią falującą pod ciężarem przyspieszonego oddechu, a resztki pożądania wciąż tliły się w moim umyśle.
To wydawało się tak prawdziwe, jego dotyk, jego pocałunki... uczucie jego członka napierającego na wargi mojej cipki i wchodzącego we mnie.
To wydawało się tak prawdziwe...
A jednak nie było.
To nie był pierwszy raz, kiedy śniłam o moim najlepszym przyjacielu, Brysonie, który pieprzy mnie do utraty zmysłów. W rzeczywistości stało się to powracającym snem, na który, przyznaję, czekałam każdej nocy.
To był jedyny sposób, w jaki mogłam wyrazić swoje prawdziwe uczucia i pokazać mu, jak bardzo pragnę go bardziej niż przyjaciela.
Wiem... to niemożliwe, żebyśmy kiedykolwiek byli razem.
Był poza moją ligą, i to nie tylko pod względem wyglądu; Bryson wkrótce miał zostać Alfą, a ja... byłam tylko omegą.
Nasze dwa światy nigdy nie mogłyby połączyć się w sposób, w jaki bym tego chciała.
A jednak w moich snach się zderzają.
Westchnęłam ciężko, przekręcając się i wyłączając budzik.
Jęknęłam, opadając z powrotem na plecy, ze wzrokiem wbitym w sufit.
Moje ciało wciąż pulsowało tym bólem pożądania, który Bryson pozostawił w moim śnie, bólem, który wiedziałam, że tylko on mógłby uśmierzyć.
Ale oczywiście w rzeczywistości nie było to możliwe.
Ale w mojej wyobraźni...
Zamknęłam oczy, mocniej przygryzając dolną wargę, gdy moje palce powędrowały w dół ciała, między piersi, schodząc coraz niżej.
Wyobrażałam sobie, że to nie moje, ale jego szorstkie, spracowane palce tak dobrze czuły się na mojej skórze.
Jęknęłam, wyobrażając sobie, jak szepcze mi do ucha sprośne rzeczy, jego ciało obok mnie, jego dłonie... na mojej cipce.
Złapałam powietrze, gdy moje palce wsunęły się w majtki, całując drogę w dół do mojej pulsującej łechtaczki.
Wyobrażałam sobie jego dotyk, szorstki, a zarazem czuły. Jego zapach. Sposób, w jaki by mnie całował, podczas gdy jego palce zataczałyby kółka wokół mojej łechtaczki.
Sposób, w jaki jego palce szukałyby mojej...
– Wygląda na to, że dobrze się bawisz – jego głośny głos tuż przy moim uchu sprawił, że gwałtownie otworzyłam oczy.
Połączyły się z leśną zielenią i krzywym uśmiechem. Bryson Taylor. Mój najlepszy przyjaciel i przyszły alfa watahy Srebrnego Księżyca. Ten, który nawiedzał moje niespokojne, gorące sny w nocy.
Klęczał obok mojego łóżka, by być na tej samej wysokości co ja. Ale wciąż musiał się pochylić, żebyśmy byli na równi. Z łokciami wciśniętymi w mój materac, Bryson zachichotał. – Przerwałem ci twoją małą sesję?
Jego oczy błyszczały rozbawieniem, gdy moje policzki pokryły się brzydkim, czerwonym rumieńcem wstydu. Prawie zakrztusiłam się własną śliną.
Tak zagubiona w wyobraźni, nie usłyszałam, kiedy wszedł do mojego pokoju.
Usiadłam, niezręcznie wyjmując rękę z majtek, gdy zorientowałam się, że wciąż ją tam trzymam. Zauważyłam, jak jego nozdrza się rozszerzają, gdy wziął głęboki wdech, zanim odchrząknął i wstał.
– Jak długo tu jesteś? – wydukałam niezręcznie, z twarzą gorącą, niezdolna na niego spojrzeć.
Jakie to żenujące.
Bryson wypuścił krótki śmiech. – Wystarczająco długo, by zobaczyć, że dobrze się bawiłaś, Em – drażnił się.
Jęknęłam, naciągając kołdrę na głowę; moje upokorzenie pogorszyło się przez jego żartobliwe docinki.
– Proszę, udawaj, że tego nie widziałeś – jęknęłam, płonąc ze wstydu pod kołdrą.
Nie mogę uwierzyć, że wszedł, gdy się masturbowałam. Dzięki Bogu, że nie wyjęczałam jego imienia. Chociaż byłam tak blisko.
Nagle poczułam ugięcie łóżka i palce ściągające pościel z mojej twarzy.
Otworzyłam oczy i wciągnęłam powietrze, widząc, jak blisko mnie się znajduje.
Bryson uśmiechał się szeroko, a dołeczki w jego policzkach były w pełni wyeksponowane. Zabrakło mi tchu. Tak jak zawsze, gdy się uśmiechał. Bryson był uosobieniem określenia „zbyt gorący, by go ogarnąć”.
Z jego zielonymi oczami, ostrą linią szczęki, dołeczkami, prostym nosem, idealnymi brązowymi lokami, szczupłą, a jednak umięśnioną budową i wysokim wzrostem, nic dziwnego, że każda wilczyca chciała być jego partnerką.
Jego oczy utonęły w moich, prawie jakby zaglądał w moją duszę. Czułam się, jakbym znów była we śnie, tylko tym razem wiedziałam, że to rzeczywistość.
Czubek mojego języka wysunął się z ust i przejechałam nim po dolnej wardze.
Jego wzrok przeskoczył na moje usta, uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony poważnym wyrazem.
Powietrze nagle stało się naelektryzowane, jego spojrzenie pociemniało, co sprawiło, że mój oddech uwiązł w gardle.
– Em...
– Śniadanie gotowe, dzieciaki! – krzyknęła moja mama z dołu, wyrywając Brysona z jego transu. Potrząsnął głową, oczy wróciły do normy, a na jego usta powrócił uśmiech.
– Jestem pewien, że umierasz z głodu po tej małej sesji, którą tam miałaś, Em. Może zejdziemy na dół, żeby cię nakarmić? Wiem, że to nie to, czego naprawdę pragniesz, ale jestem pewien, że trochę pomoże – mrugnął, prostując się na pełną wysokość.
Poczułam, jak moja twarz rozgrzewa się jeszcze bardziej; zażenowanie sytuacją nasiliło się, gdy Bryson kontynuował swoje droczenie.
– Za-a-mknij się – wydukałam. Zachichotał, odwrócił się i ruszył do drzwi. Zanim całkowicie wyszedł, zatrzymał się i rzucił żartobliwie przez ramię:
– Może będziesz chciała założyć świeże majtki. – Z lekkim chichotem wyszedł z pokoju, zostawiając mnie zawstydzoną i zarumienioną w samotności, ze świadomością, że zdecydowanie wyczuł zapach mojego podniecenia.