PERSPEKTYWA EMILY
– Bryson, co ty tutaj robisz? – szepnęłam, patrząc w jego zniewalające zielone oczy, które lśniły miłością.
Muszę śnić. Dlaczego wpatrywał się we mnie z tak wielką miłością?
Bryson robi krok naprzód, a jego oczy ciemnieją z pożądania, gdy opadają na moje rozchylone usta.
Wypuszczam gwałtownie powietrze pod wpływem intensywności ognia pożądania wirującego w jego leśnych oczach.
Jego spojrzenie sprawia, że moje ciało płonie gorącem, i przygryzam dolną wargę, by powstrzymać się przed głośnym jękiem.
Jestem jak migocząca zapałka pod ciężarem jego spojrzenia, a kiedy odzywa się chropowatym tonem, płonę żywcem.
– Em, pragnę cię – jęknął, a jego oczy pociemniały, aż zawirowała w nich czerwień.
Jego wilk też był podniecony.
Nie tylko on.
– Pragnąłem cię od tak dawna. Chcę cię, Em. Pragnę cię tak bardzo, że to aż boli. – Jego dłonie uniosły się i zacisnął garść na swojej koszulce.
Słyszę to. Słyszę, jak ten organ bije równie wściekle co mój.
Wciągnęłam bardzo ostro powietrze, cofając się o krok, gdy dotarł do mnie sens jego słów.
On mnie pragnie.
Jego kły wysuwają się z dziąseł, a on robi potężny krok naprzód. – Pragnę cię i zamierzam cię naznaczyć. Uznaję cię za swoją, Em. Jesteś moja. – Warczy, pokonuje dzielący nas dystans i wciąga mnie w ramiona.
Trzyma mnie za tył głowy, zmuszając do spojrzenia w górę. Nasze oczy się spotykają, a dreszcze przebiegają po moim ciele i wirują w moich żyłach jak ogień, który już we mnie rozniecił.
– Bryson – wydyszałam, a moje oczy nieco się rozszerzyły.
Uśmiecha się szeroko, prezentując kły, które wciąż były na widoku. – Wiedziałem. Wiedziałem, że jesteś moja. Jesteś moją Luną.
Wydyszałam głośno, gwałtownie siadając na łóżku. Ścisnęłam kołdrę wokół ciała, próbując uspokoić waliące serce.
Drżę i podnoszę rękę, by drżącymi palcami przeczesać włosy.
Świetnie, Em, teraz śnisz o tym, jak twój najlepszy przyjaciel cię naznacza...
Nie możesz być już bardziej obsesyjna niż teraz.
Wypuściłam drżący oddech i oblizałam dolną wargę, która wydawała się sucha.
Brzdęk.
Zmarszczyłam brwi.
Brzdęk.
Co u diabła?
Kolejny brzdęk przerywa ciszę w pokoju.
Spoglądam na okno. W pobliżu nie ma drzewa ani gałęzi, które mogłyby wydać taki dźwięk.
Jedyną osobą, czy raczej powinnam powiedzieć wilkiem, który mógłby to zrobić, był nie kto inny jak mój najlepszy przyjaciel. Chłopak, o którym właśnie śniłam.
Brzdęk.
Miałam rację. Rzucał małe kamyki w moje okno.
Moje serce zaczyna bić tak, jak zwykle bije, gdy on jest blisko.
Chwyciłam koszulkę w miejscu, gdzie w piersi biło moje serce.
Uspokój się, serce. Przestań robić to tak ostentacyjnie.
Kiedy organ w końcu się uspokoił, zrzuciłam z siebie kołdrę i podreptałam do okna.
Rozsunęłam je, pozwalając zimnemu powietrzu uderzyć w moje policzki.
Spojrzałam w dół i rzeczywiście, Bryson stał tuż pod moim oknem, z ręką uniesioną w górę, gotowy cisnąć kolejny kamyk w szybę.
Powstrzymałam go, zanim zdążył to zrobić.
– Bryson! – syknęłam, przykuwając jego uwagę. Zatrzymał się, rzucił kamyk na ziemię i uśmiechnął się do mnie.
– Złapałaś mnie. Będę ci dozgonnie wdzięczny, moja pani – zażartował, trzymając ręce w górze w geście poddania.
Przewróciłam oczami, ale się uśmiechnęłam. Zauważyłam, że nie ma koszulki, a jedynie szorty khaki.
Był w wilczej postaci i przybiegł tutaj całą drogę.
Odwracam się, by spojrzeć na pulsujące czerwone cyfry na zegarze nocnym. Jest druga nad ranem.
To najpóźniejsza pora, o jakiej kiedykolwiek tu przyszedł.
Zmarszczyłam brwi ze zdziwieniem. – Co się stało, Bryce? – szepnęłam zmartwionym tonem, co wychwycił.
– Skacz – odpowiedział.
Pokręciłam głową. – Jest zimno, a przebywanie na zewnątrz o tej porze z moim przyszłym alfą jest niestosowne.
Wiedział, że wciskam mu kit. Nawet jeśli jeszcze się nie przemieniłam, wciąż miałam wilcze geny, które sprawiały, że moje ciało było ciepłe nawet zimą. Trudno było mi zmarznąć.
Po tym śnie, który właśnie miałam, nie chciałam stawać z nim twarzą w twarz tak blisko.
Bryson wyglądał na zirytowanego i wysunął się nieco z cienia. Blade światło księżyca padło na niego, oświetlając jego zielone, leśne oczy.
– A jako twój przyszły Alfa proszę, żebyś ruszyła swój śliczny tyłek na dół w tej chwili. – Uniósł brew w wyzwaniu. – Czy wolisz, żebym tam wszedł i sam cię zabrał?
O cholera, mówił poważnie.
Wzdychając z rezygnacją, otworzyłam okno szerzej i wyczołgałam się na parapet. Spojrzałam w dół, posyłając mu spojrzenie, które mówiło, że lepiej, żeby mnie złapał.
Uśmiecha się chłopięco i puszcza oko. – Zawsze cię złapię, Em – obiecuje, a jego oczy lśnią szczerością.
Gdybym spadła, niekoniecznie bym zginęła. Nie było tak wysoko nad ziemią i wciąż potrafiłam się regenerować. Powoli, tak, ale jednak bym się uleczyła.
Ale to nie znaczyło, że zaryzykuję upadek i być może przypadkowe złamanie kości czy dwóch w trakcie.
Wstrzymałam powietrze w płucach, policzyłam do trzech i skoczyłam.
– Omf – wydałam dźwięk, gdy ramiona szybko mnie oplotły, łapiąc mnie, zanim zdążyłam uderzyć o ziemię.
Ramiona Brysona owinęły się wokół mnie jak obręcz z twardej stali, zaciskając się opiekuńczo.
Przez kilka chwil trwamy tak, tylko ja w jego ramionach i on trzymający mnie tak blisko.
Powoli spojrzałam na niego w górę, tylko po to, by przypomnieć sobie, że jego górna połowa ciała jest naga.
Wściekły rumieniec rozlał się gorąco po moich policzkach, zaczęłam się wiercić i szarpać, żeby postawił mnie na nogi.
– Okej, możesz mnie już postawić – powiedziałam, unikając jego wzroku i czując ogromną wdzięczność, że zostawiłam rozpuszczone, potargane włosy, dzięki czemu tworzyły zasłonę wokół mojej twarzy i blokowały mu widok moich poczerwieniałych policzków.
– O, racja – powiedział Bryson zmieszany i niezręcznie postawił mnie na ziemi.
Poprawiłam za dużą koszulkę i przeczesałam włosy w taki sposób, by zasłaniały policzki.
Patrząc na niego w górę, widzę, że już wpatruje się we mnie z rozbawieniem.
– Czy możesz mi teraz powiedzieć, dlaczego jesteś tu tak późno? – zapytałam, próbując odwrócić jego uwagę ode mnie.
– Przyszedłem tu dla ciebie.
















