Perspektywa Emily
Po tym, jak założyłam świeże majtki i umyłam ręce, zeszłam na dół. Zastałam Brysona w kuchni z kawałkiem bekonu zbliżającym się do jego lekko rozchylonych ust.
Kiedy mnie zauważył, posłał mi krzywy uśmiech, który odsłonił jego białe zęby. – Próbowałaś dokończyć to, co zaczęła? – zadrwił, wpychając bekon do ust.
Zgromiłam go wzrokiem, czując gorąco na policzkach. Zachichotał, wyraźnie zadowolony, że jeszcze bardziej mnie zawstydza swoimi docinkami.
Zignorowałam go. Cóż, próbowałam.
Spojrzałam na moją matkę, która przygotowywała śniadanie. Jej blond włosy, podobne do moich, były upięte w bardzo wysoki, niedbały kok, który był na skraju rozpadnięcia się.
– Dzień dobry, mamo – powiedziałam, wchodząc powoli do kuchni.
Odwróciła się, by spojrzeć na mnie przez ramię i rozpromieniła się. – Dzień dobry, Emily. Dobrze spałaś?
– Zdecydowanie miała świetny poranek, sądząc po tym, co widziałem i słyszałem – prychnął Bryson pod nosem. Dzięki mojemu wyostrzonemu słuchowi szybko to wyłapałam.
Zgromiłam wzrokiem jego profil, a kiedy do niego dołączyłam, pacnęłam go w tył głowy, odpowiadając matce: – Tak, spałam dobrze.
Bryson szarpnął się dramatycznie do przodu, pocierając tył głowy i syknął.
Przewróciłam oczami i usiadłam obok niego, tłumiąc śmiech, gdy zobaczyłam, jak się dąsa. Jak na kogoś, kto jest następnym w kolejce na alfę, Bryson z pewnością jest dramatyczny.
Mama odwraca się z patelnią w ręku i zaczyna wrzucać kawałki bekonu na czysty talerz.
– Będę dziś robić nadgodziny, Emily, więc wrócę trochę później. Poradzisz sobie z przygotowaniem kolacji dla siebie i taty? – zapytała mama, zdmuchując pasma blond włosów, które zasłaniały jej widok.
Nie byłam najlepszą kucharką i zazwyczaj nie potrafiłam nawet poprawnie ugotować makaronu z serem z pudełka, więc nic dziwnego, że Bryson nie mógł powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.
Posłałam mu mordercze spojrzenie, ale on tylko zaśmiał się jeszcze głośniej. Nawet mama dołączyła. To było tak, jakby się ze mnie naśmiewali.
– Nienawidzę waszej dwójki – mruknęłam, sięgając po talerz, na którym mama położyła niekończące się kawałki bekonu.
– Miałam na myśli to, że... zostawiłam w lodówce kurczaka z wczoraj i trochę ryżu. Wszystko, co musisz zrobić, to podgrzać to na kolację. Czy mogę ci z tym zaufać? – drażniła się mama, odwracając się, by odłożyć patelnię z powrotem na kuchenkę.
Bryson prychnął. Przewróciłam oczami.
– Brzmi super łatwo – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby.
– Niech się pani nie martwi, pani Snow, nie pozwolę jej spalić pani cennego domu. Może pani na mnie liczyć. – Bryson zrobił przedstawienie, kładąc rękę na piersi i posłał mi mrugnięcie, które mogło, ale nie musiało sprawić, że moje serce podskoczyło.
–
– Na miłość boską, Bryson, zwolnij! W tym tempie zginiemy, zanim w ogóle dotrzemy do szkoły – krzyknęłam, gdy wiatr smagał moje ciemnoblond włosy.
Bryson rzuca mi spojrzenie, uśmiecha się szeroko i zwalnia trochę... a mówiąc trochę, mam na myśli ledwo co.
– Musisz trochę pożyć, Em. Jesteśmy wilkołakami, nie zginiemy tak łatwo. – Prychnął, kręcąc kierownicą.
Światło słoneczne, które przebijało się przez wielkie gałęzie nad nami, pieściło jego twarz i wprawiało mnie w zachwyt, dopóki nie odwrócił się, by na mnie spojrzeć. Szybko odwróciłam wzrok, nie chcąc zostać przyłapaną na gapieniu się.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i odpowiedziałam: – To nie znaczy, że jesteśmy nieśmiertelni. Poza tym ty jesteś alfą, ty jesteś praktycznie prawie nieśmiertelny z tym super szybkim leczeniem. A ja jestem tylko omegą, praktycznie człowiekiem, wciąż leczę się szybko, ale nie wystarczająco szybko – zauważyłam.
Nienawidziłam wspominać, jak bardzo się różnimy. Bryson był przywódcą, a ja byłam na dnie łańcucha pokarmowego. W rzeczywistości to było dziwne, że omega i alfa są tak blisko.
Ale Bryson nigdy nie przejmował się naszymi różnicami ani oceniającymi spojrzeniami innych członków watahy.
Dostawaliśmy cholernie dużo dziwnych spojrzeń, zwłaszcza że byłam znana jako wilk, który nie potrafił się przemienić.
Więc dlaczego Bryson i ja byliśmy praktycznie nierozłączni? Nie mam pojęcia. I wciąż próbuję zrozumieć, dlaczego w ogóle poświęcił mi choćby sekundę uwagi tamtego dnia.
*wspomnienie*
Dasz radę, Emily, to nie jest tak wysoko. Uspokajałam się, patrząc w górę na drabinki. Były wysokie, a moje małe, płochliwe ja cofnęło się odrobinę, aż uderzyłam w coś twardego.
Odwróciłam się, by spojrzeć w górę na Giovanniego. – Co? Jesteś cykorem!? – szydzi.
Giovanni nie był per se wyższej rangi, ale był wyżej w hierarchii niż ja.
On i jego koledzy śmiali się moim kosztem.
Ponieważ byłam tutaj najniższa rangą i najmniejsza, on i jego przyjaciele zawsze mi dokuczali.
Myślałam, że mogę im pokazać, jak twarda jestem, robiąc coś, z czego zawsze szydzili, że nie potrafię...
Ale wydaje się, że moje dłonie nie mogą przestać się pocić, a moje serce nie chce przestać tak głośno bić. Bałam się wysokości. Wilki nie powinny się niczego bać, a jednak ja bałam się wysokości.
– Taaak! – usłyszałam głośny krzyk z pewnej odległości.
Odwróciłam się w stronę zamieszania. To był chłopiec w moim wieku, dopingujący innego chłopca w moim wieku, który trzymał w ręku kij. Grali w krykieta. I byli wilkami wyższej rangi.
Zmrużyłam oczy, obserwując chłopca z kijem. Znałam go...
Zarumieniłam się mocno, gdy złapał mój wzrok i posłał mi uśmiech. Oderwałam oczy, pąsowiejąc wściekle. To był syn alfy. Bryson Taylor.
Był jednym z niewielu, którzy nie dbali o swój status i mieszali się z niższymi rangami. Wiele razy widziałam go na korytarzach bawiącego się z kilkoma osobami niższej rangi, ale nigdy nie miałam dość odwagi, by powiedzieć cześć.
Nagle dostałam zastrzyku pewności siebie, wciąż czując na sobie jego wzrok. W moim głupim umyśle pomyślałam, że będę wyglądać fajnie w jego oczach, jeśli przejdę te drabinki.
Więc to zrobiłam. Zebrałam w sobie dość odwagi, by to zrobić, ale zmusiłam oczy, by patrzyły przed siebie, a nie w dół. Ale wtedy głupia gęba Giovanniego musiała się otworzyć.
– Trzęsie się jak cykor! Patrzcie na nią! – zaśmiał się.
Udało mu się przyciągnąć moją uwagę do niego i jego przyjaciół... oraz do ziemi, która wydawała się o wiele wyżej niż myślałam. A teraz o wiele bardziej rozmazana.
Poczułam, jak moje palce się ślizgają i poczułam ostre rozcięcie na kolanach, gdy spadłam na ziemię. Zostałam na kolanach, w sporym szoku, że faktycznie spadłam. Nie mogłam płakać, mimo że czułam ból.
Ale wtedy usłyszałam jego imię, krzyk. – Bryson! – A potem usłyszałam brzęk ogrodzenia, gdy przeskoczył przez nie i podbiegł do mnie.
– Zamknij mordę, dupku! – warknął na Giovanniego, który śmiał się moim kosztem, i popchnął go brutalnie, aż Giovanni upadł na ziemię.
– Mamusiu! – zapłakał Giovanni, wstając i uciekając stamtąd ze łzami płynącymi po policzkach. Jego przyjaciele pobiegli za nim, wołając jego imię.
Prawie zachichotałam, bo wszyscy wyglądali jak psy z podkulonymi ogonami.
Wtedy i tam spojrzałam na Brysona jak na mojego bohatera, ale potem, gdy pomógł mi wstać i otrzepać się, uśmiechając się do mnie z góry, rozwinęłam w sobie coś, czego bałam się, że nigdy nie będę w stanie zatrzymać.
















