Cichy, delikatny głos Lyry natychmiast przyciągnął uwagę wszystkich.
„Co do cholery? Kim jest ta kobieta w telefonie?” — zastanawiali się.
Killian, najwyraźniej nie przejmując się spojrzeniami otaczających go osób, odsunął się od tłumu. Nie mógł powstrzymać kpiącego uśmiechu, który wkradł się na jego twarz, gdy mówił lekkim, drwiącym, choć podszytym rozbawieniem tonem: — Co się dzieje? Już nie przyjeżdżasz?
Celowo nie podawał adresu, chcąc sprawdzić, czy zapyta o niego wprost, tak jak miał nadzieję.
Ale zamiast tego Lyra brzmiała na coraz bardziej sfrustrowaną, a jej głos był napięty z irytacji. — Teraz jest już za późno! Nie mogę złapać żadnej cholernej taksówki. W końcu jedną znalazłam, ale powiedzieli, że to twoje miejsce jest za daleko i nie przyjadą...
Wydała z siebie ciche westchnienie zniecierpliwienia. „Gdybym wiedziała, że tak będzie, uparłabym się na podwózkę, kiedy mój zespół mi ją oferował. Co za klapa”.
Uciszył się na moment, a jego myśli pędziły, gdy analizował jej słowa. Chwilę później zapytał ostrożnym głosem: — Czy ty w ogóle wiesz, gdzie jestem?
— Oczywiście, że wiem! — odparowała Lyra, wciąż wyraźnie zirytowana całą sytuacją. — Czy nie jesteście na Peak Obsidian? Właśnie dlatego nikt nie chce mnie tam zawieźć!
Killian zamrugał, a jego tętno na moment przyspieszyło. Rzeczywiście znajdował się na Peak Obsidian — głównym terenie klubu strzeleckiego, gdzie odbywały się polowania. „Ale skąd ona o tym wiedziała?” — zastanawiał się.
Jego podejrzenia wzrosły. — Skąd wiesz, że jestem na Peak Obsidian?
Lyra nie zawahała się ani na sekundę, brzmiąc całkowicie bezceremonialnie. — Namierzyłam twoją lokalizację. Rozmawiamy przez telefon, prawda? Dopóki odbierasz, mogę ustalić, gdzie jesteś.
Przez sekundę kręciło mu się w głowie. „Czy ona jest do bólu szczera? Czy może jest w tym zbyt biegła, by czuć się komfortowo?”.
Tylko dzięki rozmowie telefonicznej potrafiła wskazać jego dokładną lokalizację? Tego nie uczyło się z dnia na dzień — to była umiejętność godna profesjonalisty.
Głos Lyry nieco złagodniał, gdy dodała: — Killy, co mam teraz zrobić? Nie wierzę, że to się dzieje. — Ale nagle jej ton się zmienił — stał się radosny i podekscytowany. — Czekaj! Widzę samochód! Zaraz go zgarnę!
Serce Killiana zabiło mocniej. Ogarnęła go panika. — Czekaj, ani drgnij! Nie ruszaj się! Powiedz mi dokładnie, gdzie jesteś, a natychmiast wyślę kogoś po ciebie!
Głos Lyry stał się nieco nerwowy. — O! Pospiesz się, jestem przy...
Wyrecytowała swoją lokalizację, a Killian nie zmarnował ani sekundy. W głowie już układał plan działania.
Natychmiast wysłał jednego ze swoich ludzi będących w pobliżu, by ją odebrał, a jego myśli pędziły jak szalone.
Killian potarł czoło z westchnieniem, czując nadchodzący ból głowy. — Po prostu siedź tam i się nie ruszaj, jasne? I nie próbuj porywać niczyjego samochodu, zrozumiałaś?
— Zrozumiałam! — odparła Lyra, choć w jej głosie pobrzmiewała lekka nutka irytacji.
Gdy połączenie dobiegło końca, Killian oparł się wygodnie, wypuszczając długi, pełen rezygnacji wydech.
To był dopiero pierwszy dzień, odkąd poznał Lyrę, a on już czuł się, jakby przejął rolę jej nadopiekuńczej niani, kontrolującej każdy jej krok. „Co jest ze mną nie tak?”.
Właśnie wtedy Orson i reszta, którzy nigdy nie przepuszczali takich okazji, osaczyli go, żądni wyjaśnień.
— Jasna cholera! Killian, kim była ta kobieta w telefonie? Nazwała cię „Kianem”. Stary, nigdy nikomu nie pozwalałeś na taką poufałość! — powiedział Orson z niedowierzaniem w głosie.
Jako trzeci spadkobierca rodziny Vane, Killian był zazwyczaj tytułowany przez obcych jako „pan Vane”. Nawet bliscy przyjaciele i rodzina mówili do niego po imieniu — Killian.
Ale „Kian”? To był dla nich pierwszy raz.
Odette, zauważając zaczerwienione oczy Camille, nie mogła powstrzymać ciekawości. — Killian, co tu się dzieje? Kim jest ta kobieta, która tak do ciebie mówi? Powinieneś to ukrócić!
Killian rzucił leniwe spojrzenie na plotkujące rodzeństwo, a na jego ustach wykwitł triumfujący uśmiech. — To moja narzeczona. Jaki masz problem z tym, że mówi do mnie „Kian”?
— Narzeczona?! — Orson i Odette zamarli z szeroko otwartymi oczami.
— Nie ma mowy. Myślałem, że nie chcesz żenić się z Aurelią Caldwell? Czy cała ta twoja szopka z byciem playboyem nie miała na celu jej odstraszenia? Jakim cudem wy dwoje tak się do siebie zbliżyliście? — zapytał Orson, kompletnie zdezorientowany.
Odette przytaknęła bratu, kiwając głową, jakby próbowała ogarnąć tę sytuację. — No właśnie!
— To nie jest Aurelia Caldwell — powiedział Killian obojętnym tonem.
— Więc kto to, do cholery, jest? Kolejna narzeczona z aranżacji twojego ojca? — dopytywał Orson, wciąż próbując to pojąć.
Ponieważ rodzina Caldwell trzymała prawdę o tym, że Aurelia nie jest ich biologiczną córką, w tajemnicy, nikt poza rodziną nie znał faktów.
Orson i reszta nawet nie słyszeli o Lyre.
Killian krótko nakreślił im sytuację z przybraną i prawdziwą córką Caldwellow.
Orson mlasnął językiem, wyraźnie pod wrażeniem. — Kurczę... to jakby wyjęte prosto z telenoweli.
Odette zauważyła, że twarz Camille marnieje w oczach, więc wzięła głęboki oddech i drążyła dalej. — I co sądzisz o tej „prawdziwej” dziewczynie Caldwellow?
Odette nie mogła pozbyć się przeczucia, że Camille wypadła z gry.
I rzeczywiście, gdy padło imię Lyry, wyraz twarzy Killiana złagodniał, jego brwi lekko się uniosły, a w kąciku ust pojawił się cień uśmiechu. — To interesujące ziółko.
Oczy Odette o mało nie wyszły z orbit. To było to. Nigdy nie widziała, żeby Killian tak się uśmiechał, mówiąc o kobiecie. Gdyby go nie znała, przysięgłaby, że już go usidliła.
Camille? Tak, bez szans.
— Kurczę, nie wierzę, że właśnie użyłeś słowa „interesująca”. Ta dziewczyna naprawdę jest taka zabawna? — zapytał Orson, jakby nie wierzył własnym uszom.
Killian wrócił myślami do uroczej, nieco zagubionej twarzy Lyry, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech. — Sami zobaczycie, jak ją poznacie.
— Czekaj, ona tu dzisiaj przyjedzie? — zapytał Orson, wyraźnie zaciekawiony.
— Tak. Przyjedzie — odparł Killian swobodnym tonem, choć w jego oczach czaiło się coś jeszcze.
*****
Godzinę później Lyra została wysadzona pod willą u stóp Peak Obsidian.
Z daleka natychmiast dostrzegła Killiana rozwalonego na sofie w strefie wypoczynkowej.
Jej oczy rozbłysły i bez chwili wahania pomachała do niego podekscytowana, podbiegając i wołając: — Hej! Kian!
Orson, który widział w życiu niejedną piękną kobietę, nie mógł powstrzymać się od wykrzyknięcia: — Jasna cholera, ta dziewczyna jest olśniewająca!
— No nie? — odparł leniwie Killian, śledząc wzrokiem każdy jej ruch. — Nie jest najgorsza. — Wstał i swoimi długimi nogami bez wysiłku pokonał dystans dzielący go od niej.
Lyra, zupełnie nie zważając na ludzi wokół nich, bez zastanowienia rzuciła mu się prosto w ramiona.
Wtuliła głowę w jego pierś, szczerząc się z zachwytu. — W końcu cię znalazłam!
Killian uniósł brew, lekko rozbawiony. „O co chodzi z tym całym przedstawieniem pod tytułem „ponowne spotkanie”? Widzieliśmy się niecałą dobę temu”.
Zaśmiał się cicho, delikatnie wygładzając jej włosy, które rozczochrały się podczas tego entuzjastycznego skoku w jego ramiona. Postawił ją do pionu i powiedział: — Dobra, chodźmy. Przedstawię cię moim znajomym.
— Dobrze! — Lyra promieniała, a jej uśmiech był szeroki i zaraźliwy. Swobodnie wzięła go pod ramię i ruszyli w stronę Orsona i reszty.
— To jest Lyra Caldwell — Killian przedstawił ją grupie.
Lyra uśmiechnęła się ciepło, a jej oczy lśniły. — Cześć, miło was wszystkich poznać!
— Cześć, Lyro, jestem Orson Whittaker.
— Jestem Odette Whittaker, miło mi.
— Desmond Thorne.
— Witaj, jestem Camille Rhodes.
Po powitaniach Killian wręczył Lyrze przygotowany sprzęt ochronny i zaczął wyjaśniać zasady polowania. — Zrozumiałaś zasady?
— Tak! — Lyra skinęła energicznie głową.
Ponieważ czekali na przyjazd Lyry, zespół Killiana opuścił ostatnią rundę polowania. Mając czas do zabicia przed kolejną turą, wszyscy przesiadywali w salonie.
Wtedy zadzwonił telefon Killiana, a on wyszedł na zewnątrz, by odebrać.
Wykorzystując moment, wiecznie ciekawskie rodzeństwo Whittakerów nachyliło się, by zagadać do Lyry. Orson uśmiechnął się, a w jego oczach błysnęły ogniki psoty. — Więc, Lyro, ty i Killian wydajecie się dość blisko. O co w tym wszystkim chodzi?
Lyra, radośnie zajadając smażonego kurczaka i popijając sodę, którą przyniósł jej Killian, tylko wzruszyła ramionami. — No, jesteśmy zaręczeni!
Odette uniosła brew, wyraźnie zaintrygowana. — Naprawdę? Nie przeszkadza ci, że wszyscy nazywają go skończonym playboyem? To cię nie dręczy?
Słyszała, że poznali się dopiero dzisiaj i nie mogła pojąć, że ktoś taki jak Killian tak szybko porzuciłby swoją maskę bawidamka.
— Nie, wcale — odparła Lyra rzeczowo, ani trochę się tym nie przejmując. Oderwała kawałek kurczaka i wzięła kolejny kęs, wyraźnie niewzruszona.
Odette była w szoku. — Czekaj, ty serio nie masz nic przeciwko temu, że on zabawia się z innymi kobietami? Żadnego problemu?
Lyra spojrzała na nią tak, jakby nie rozumiała pytania. — No, serio.
Lekko przechyliła głowę, zdziwiona zaskoczeniem Odette i dodała: — Jak byłam wcześniej u Kiana, to widziałam taką starszą babkę, która wychodziła z jego pokoju w kompletnym nieładzie. Była super miła i nawet powiedziała, że następnym razem powinniśmy wszyscy razem poszaleć.
Lyra nie miała w tych kwestiach żadnych zahamowań. Nie miała pojęcia, co oznacza dla jej narzeczonego bycie z kimś innym — po prostu była ciekawa „seksu” jako takiego.
Każdy, kto był chętny na odrobinę zabawy, wydawał jej się w porządku.
Cała grupa oniemiała. „Jasna cholera” — pomyśleli wszyscy, a w ich głowach się kręciło. „Ta dziewczyna nie jest po prostu beztroska — ona nie ma żadnych hamulców”.
Nigdy wcześniej nie poznali kogoś takiego jak ona.
















