Valeria wpatrywała się w kobietę wychodzącą z mroźnego pokoju. Jej umysł walczył, by przetworzyć znajomą twarz kobiety, która miała być jej sąsiadką przez cały czas trwania Prób Luny.
– Zakładam, że to o mnie chodzi – powiedziała kobieta, opierając się o futrynę drzwi. – Kopę lat, Valerio.
– Maeve? – wyszeptała Valeria. Zamaskowała swój szok za pomocą lat królewskiego treningu, utrzymując neutralny ton głosu, pomimo burzy dezorientacji szalejącej w jej piersi.
Nigdy nie spodziewała się zobaczyć tu zmiennokształtnej z rodu niedźwiedzi. Maeve była jedną z uwięzionych „czerwonych dziewcząt”, przetrzymywanych w niesławnym haremie, który brat Valerii, król Alaric, pomógł zlikwidować. Kiedy Maeve po raz pierwszy odzyskała wolność, mówiła tylko o powrocie do spokojnego życia i odnalezieniu swojego przeznaczonego. A jednak stała tutaj, tysiące mil stąd, na brutalnej Północy, prezentując się jako pretendentka w bezlitosnej grze politycznej, w której prawdziwi przeznaczeni nie mieli żadnego znaczenia.
– Księżniczko Valerio – odpowiedziała Maeve. Jej ton był pozbawiony ciepła. Wypowiedziała ten tytuł tak, jakby były sobie obce, odpychając na bok krwawą historię, którą dzieliły. Zaledwie kilka miesięcy temu walczyły ramię w ramię, przetrwając bitwę, która powinna była wykuć więź na całe życie.
Valeria bacznie ją obserwowała. Maeve zrzuciła z siebie każdy ślad bycia ofiarą, którą niegdyś była. Córka Alfy zmiennokształtnych białych niedźwiedzi stała wyprostowana i władcza. Jej długie włosy zostały ścięte na krótkiego, lśniącego boba, który ledwie muskał jej ramiona. Miała na sobie metalicznie szarą suknię, która naśladowała ciężkie pancerze wojenne, ozdobioną misternymi srebrnymi łańcuchami udrapowanymi na obojczykach. Wyglądała jak zimna, kalkulująca wojowniczka, gotowa do wojny.
Valeria zrozumiała tę niewypowiedzianą wiadomość. Lojalność była rzadką walutą, a wyświadczenie komuś dobrego uczynku nie gwarantowało jego wierności. Zmusiła się do przyklejenia jasnego, uprzejmego uśmiechu.
– Nie spodziewałam się cię tu zobaczyć – powiedziała gładko Valeria. – To wspaniała niespodzianka.
– Nie ma takiej potrzeby – przerwała jej Maeve, unosząc pewnie dłoń, by uciąć uprzejmości. – Doskonale wiem, że w ogóle się tego nie spodziewałaś. Ale nie zamierzam przepraszać za to, że tu jestem. Robię to dla moich ludzi. Mam zamiar wygrać te próby, bez względu na koszty.
– Proszę bardzo – powiedziała Valeria. Niedbale wzruszyła ramionami, emanując całkowitą obojętnością. – Jedyne, czego potrzebuję od Północy, to sojusz wojskowy. Od samego początku nie chciałam poślubiać tego dupka. Król jest twój, bierz go śmiało.
Dłoń Sorena zacisnęła się mocno na przedramieniu Valerii. Jego uścisk był cichym, pilnym ostrzeżeniem. Nazywanie Króla Północy dupkiem w samym środku jego własnej fortecy było niebezpieczną grą, zwłaszcza że nie mieli pojęcia, kto mógł ich podsłuchiwać ukryty w cieniach.
– W takim razie nie mamy problemu. Prawda? – Maeve uniosła brew, opuszczając próg i mijając ich krokiem. Nie zadała sobie trudu, by poczekać na odpowiedź. – Nie martw się, Valerio. Kiedy zostanę Luną Północy, przyznam Królestwu Likanów Zachodzącego Słońca sojusz. Tyle mogę ci obiecać.
Valeria wymieniła z Sorenem wymowne spojrzenie. W świecie królewskiej polityki obietnica rzucona tak bez ogródek zazwyczaj nie miała najmniejszego znaczenia.
– Wracaj do domu, Valerio – zawołała przez ramię Maeve. – Nie ma tu nic dla ciebie.
Zmiennokształtna odwróciła się za róg i zniknęła w mrocznym, wilgotnym korytarzu, a ciężki łoskot jej butów oddalił się w nieskończoność. Soren otworzył usta, by dać wyraz swojemu niedowierzaniu, ale Valeria natychmiast przyłożyła palec do ust. Kamienne ściany niosły echo, a jej likańskie zmysły mrowiły z wrażenia, że wcale nie byli sami.
– Och, przepraszam. Nie miałam zamiaru podsłuchiwać.
Delikatny, słodki głos dobiegł z przeciwnego końca korytarza. Młoda kobieta wyłoniła się z innego zaniedbanego pokoju, załamując ręce. Miała jasnoblond włosy zaplecione w schludny warkocz opadający na ramię, a ubrana była w zwiewną szyfonową sukienkę midi z bufiastymi, odsłaniającymi ramiona rękawami. Wyglądała krucho, wręcz boleśnie nie na miejscu w ponurym, przypominającym lochy otoczeniu opuszczonej wieży.
– Trudno to nazwać podsłuchiwaniem, biorąc pod uwagę to, jak mikroskopijny jest ten korytarz i jak blisko są nasze drzwi – odparła Valeria. Ponownie przykleiła do twarzy swój wyćwiczony uśmiech księżniczki, przeczesując pamięć w poszukiwaniu wskazówek dotyczących tożsamości dziewczyny.
– Wiem, kim jesteś. Jesteś Valeria Ironcrest, księżniczka z Królestwa Likanów Zachodzącego Słońca – powiedziała blondynka, pomachawszy radośnie i przyjaźnie dłonią. – Miło cię poznać. Wygląda na to, że będziemy sąsiadkami podczas Prób.
– Tak. Ekscytujące – powiedziała Valeria, powstrzymując ochotę, by się skrzywić.
– Jestem Thalia Kress – kontynuowała dziewczyna, nerwowo bawiąc się końcówką warkocza. – Jestem jedną z córek Alfy Magnusa ze stada Gór Cienia. Jesteśmy jedną z mniejszych watah z Południa i, jak możesz sobie wyobrazić...
Valeria niczego nie musiała sobie wyobrażać. Doskonale rozumiała, dlaczego Thalia została zesłana w to zapomniane miejsce w zamku. Południowe terytoria, znane jako Republika Australna, były całkowicie pozbawione królewskich rodowodów. Kilka dekad temu, podczas Karmazynowej Rewolucji, arystokracja Południa została wybita, a ocalali likanie musieli uciekać, by ratować życie. Obecnie Republiką rządziła rotacyjna Rada zwykłych wilkołaków, którzy szczycili się brakiem monarchii.
Dla arystokracji Północy narzeczona z Południa przynosiła zerową wartość polityczną. Thalia nie posiadała armii, nie miała królewskiego rodowodu, nie dysponowała żadnymi wpływami. Księżniczka Katerina Frostbane najprawdopodobniej przyjrzała się życiorysowi Thalii i natychmiast wrzuciła ją do najgorszego możliwego pokoju, uznając ją za kompletnie bezużyteczną dla Króla Dravena. Z założenia Próby Luny miały opierać się na zasługach i zdolnościach, ale prawda o tej grze już teraz ukazywała swoje niesprawiedliwe i stronnicze oblicze.
– To wyjaśnia, dlaczego zostałaś ulokowana w tym zapomnianym zakątku razem z nami – zauważyła Valeria, starając się, by jej ton był lekki.
– Tak, domyśliłam się tego w chwili, gdy odkryłam, że mieszkam tuż obok zmiennokształtnej białej niedźwiedzicy i... – Thalia zasłoniła usta dłonią, a jej oczy rozszerzyły się w panice.
– I obok mnie – dokończyła za nią Valeria, wydając z siebie cichy śmiech. Nie czuła się urażona. – Mój brat i Król Północy nie są ze sobą w najlepszych stosunkach. Raczej nie spodziewałam się ciepłego przyjęcia.
– Naprawdę? – wypaliła Thalia, a jej nerwowa energia wzięła nad nią górę. – Dziwi mnie, że od razu cię nie poślubił. Wszyscy na Południu słyszeli, że Król Draven w przeszłości wielokrotnie prosił o twoją rękę.
Uśmiech Valerii zesztywniał. To niezdarne przypomnienie o minionej obsesji Dravena zagrało jej na nerwach, ale utrzymała spokój. – Zapewne zmienił zdanie. – Zrobiła krok w stronę swoich drzwi, by szybko zakończyć tę rozmowę. – W każdym razie, muszę się rozpakować. Miło było cię poznać, Thalio.
– Oczywiście! – Thalia cofnęła się, rozumiejąc aluzję. – Do zobaczenia na dzisiejszej kolacji?
– Raczej nie – odmówiła gładko Valeria. – To była długa podróż. Chcę po prostu odpocząć i nacieszyć się odrobiną prywatności.
– Rozumiem. W takim razie na Przyjęciu Powitalnym jutro?
– Tak. Tam się pojawię. – To było wydarzenie obowiązkowe, co nie pozostawiało jej wyboru.
Valeria po raz ostatni uprzejmie pomachała jej dłonią, po czym nacisnęła ciężką, żelazną klamkę i pchnęła drzwi. Thalia wydawała się miła, ale Valeria wiedziała, że lepiej nie opuszczać gardy w oparciu o nieszkodliwe, pierwsze wrażenie.
Wewnątrz pokoju Phaedra już rozpakowywała torby. Valeria weszła o krok w głąb pomieszczenia i cicho gwizdnęła z niedowierzaniem. To zakwaterowanie było wręcz obraźliwie minimalistyczne. Wąskie łóżko, proste drewniane biurko, ciasna szafa i maleńka przylegająca łazienka. Na kamiennej podłodze brakowało dywanu, a przez pojedyncze okno wpadał lodowaty podmuch wiatru. Była to rażąca zniewaga dla goszczącej ich rodziny królewskiej.
– Złożę oficjalną skargę – syknęła Phaedra, opierając dłonie na biodrach. Na jej skroni pulsowała wyraźna żyła. Zmiennokształtna asystentka praktycznie wibrowała ze wściekłości. – To skandal! Twój pokój ma dokładnie taki sam rozmiar jak mój i Sorena! Taki brak szacunku to po prostu coś niewiarygodnego!
– Nie zrobisz niczego takiego – rozkazała ostrym szeptem Valeria.
Zamknęła oczy i wciągnęła głęboko powietrze, pozwalając, by jej likańskie zmysły przeczesały kąty ciasnego pokoju. Szukała obcych zapachów, magicznych zabezpieczeń czy ukrytych mechanizmów. Gdy uznała, że pokój wydaje się czysty, otworzyła oczy dokładnie w momencie, gdy Soren otworzył usta, by zaprotestować. Uniosła w górę dłoń, przecinając nią powietrze, by go uciszyć.
Zamykając swój umysł na fizyczny świat, Valeria sięgnęła przed siebie i ustanowiła bezpieczną więź telepatyczną z obojgiem swoich przyjaciół.
*Od teraz wszystko, co poufne, będziemy omawiać wyłącznie przez więź* – w ich umysłach odbił się echem głos Valerii. *Katerina mnie nienawidzi. W tym pokoju może być podsłuch. Wszyscy będą patrzeć nam na ręce, a ja odmawiam popełnienia jakiegokolwiek błędu.*
Soren zamknął usta i ponuro skinął głową. Opadł na zimną, kamienną posadzkę, opierając plecy o szafę, żeby zostawić dziewczynom jedyne krzesło i łóżko. *Masz ten specyficzny błysk w oku* – odpowiedział Soren przez połączenie, a na jego ustach pojawił się drwiący uśmiech. *Masz plan.*
*Owszem* – odparła Valeria, opadając na wąski materac i rozprostowując obolałe nogi. *To oczywiste, że poślubienie Króla Północy nie wchodzi w rachubę. Biorąc pod uwagę to, jak potraktowała nas jego siostra, i fakt, że zmusił mnie do tych Prób, najwyraźniej on też nie jest fanem tego pomysłu.*
*To arogancki dupek* – warknęła Phaedra przez więź.
*Tak, ale to możemy wykorzystać na naszą korzyść* – wyjaśniła Valeria, a iskra strategii rozświetliła jej oczy. *Skoro nie chce się ze mną żenić, to znaczy, że po tym wszystkim będę wolna. Ale nie mogę po prostu spakować swoich rzeczy i wyjechać. Mamy przed sobą dwa kolosalne problemy. Po pierwsze, wciąż potrzebujemy sojuszu wojskowego. Zagrożenie z jakim boryka się Królestwo Zachodzącego Słońca jest zbyt duże, by poradzić sobie z nim w pojedynkę. Po drugie, muszę uratować dumę mojego brata. To nie może wyglądać tak, że Król Północy zlitował się nad nami i ofiarował nam sojusz w ramach przeprosin za to, że mnie odrzucił.*
Soren potarł tył szyi, marszcząc brwi. *Więc w jakiej nas to stawia pozycji? Nie możesz wyjechać bez potwierdzenia sojuszu na piśmie, ale odmawiasz wzięcia z nim ślubu.*
*To pozostawia nam tylko jedną opcję* – oznajmiła Valeria, a jej mentalny ton stał się ostry i stanowczy. *Muszę wygrać Próby Luny.*
Phaedra przerwała rozpakowywanie i spojrzała na Valerię. *Ale jeśli wygrasz, zostaniesz jego Luną.*
*Nie, na tym właśnie polega piękno ich starożytnych praw* – odpowiedziała telepatycznie Valeria, a tryumfalny uśmiech rozjaśnił jej twarz. *Zgodnie z północnym regulaminem, zwyciężczyni Prób zyskuje prawo do wyegzekwowania trzech życzeń od Króla.*
Oczy Sorena rozszerzyły się w zrozumieniu. *I poprosisz o...*
*Życzenie numer jeden: sojusz wojskowy, zagwarantowany na piśmie* – zadeklarowała Valeria. *Życzenie numer dwa: moja całkowita wolność. Oficjalnie odrzucę go na oczach całego jego dworu, powołując się na to, że do siebie nie pasujemy. Życzenie numer trzy: pakt wiecznej przyjaźni pomiędzy naszymi królestwami.*
Phaedra parsknęła na głos, zapominając na moment o istnieniu więzi, nim zdołała się powstrzymać. *Naprawdę myślisz, że to uszanują? Właśnie przeciągnęli cię przez cały kontynent tylko po to, by cię upokorzyć.*
*Nie będą mieli wyboru* – odpowiedziała przez więź Valeria z niezachwianą pewnością. *Ludzie Północy opierają całą swoją kulturę na honorze i dotrzymywaniu słowa. Przysięga złożona przez Króla na zakończenie Prób jest nierozerwalna z uwagi na ich własną starożytną magię. Musimy po prostu wykorzystać ich dumę.*
*Nie mają pojęcia, co ich czeka* – zaśmiał się Soren przez połączenie myślowe, kręcąc głową. Pomasował się po brzuchu. *Ale koniec knucia na chwilę obecną. Dlaczego omijasz kolację? Umieram z głodu.*
*Chcę dzisiejszego wieczoru nie rzucać się w oczy. Niech inne pretendentki poczują się wygodnie* – powiedziała Valeria. Usiadła i sięgnęła po grubą, pergaminową kopertę, leżącą na niewielkim drewnianym biurku. *Poza tym, mamy robotę do wykonania. Jutrzejsze Przyjęcie Powitalne to nie jest tylko impreza. To jest pierwsza eliminacja.*
*Eliminacja? Już?* – Phaedra skrzywiła się i podeszła do łóżka, by spojrzeć na zaproszenie.
Valeria wyjęła gruby kartonik z koperty. *Tak. Na zaproszeniu napisano, że to maskarada, na której pretendentki zostaną formalnie przedstawione. Ma to być widowisko. Król robi z tego show, a my zamierzamy pokonać go w jego własnej grze.*
Soren pochylił się do przodu. *Skąd wiesz, że to pułapka?*
Valeria postukała wypielęgnowanym paznokciem w elegancki kursywą wypisany tekst na pergaminie. *Przyjrzyj się uważnie atramentowi. Próby Luny przesiąknięte są stuleciami tradycji i każdy szczegół stanowi tu test wiedzy uczestnika na temat północnych zwyczajów. Spójrz na moje imię na samej górze.*
Phaedra zmrużyła oczy, patrząc na papier. – Jest napisane czerwonym atramentem.
– Dokładnie – mruknęła na głos Valeria, celowo zniżając głos ledwie do szeptu. – Ciało zaproszenia zapisane jest w złocie. A podpis Króla na samym dole podbity został niebieskim tuszem. To jest ukryty kod ubioru.
Soren zmarszczył brwi, przyglądając się papierowi. – Jesteś tego pewna?
– Całkowicie – odparła Valeria. – To stary, północny test na odsianie ignorantek. Pretendentkom wolno zakładać suknie wyłącznie w odcieniach czerwieni, złota i błękitu. Jeśli którakolwiek z dziewcząt pojawi się jutro wieczorem ubrana na zielono czy fioletowo, zostanie natychmiastowo zdyskwalifikowana za obrazę tradycji Północy, zanim jeszcze Król zdąży wypowiedzieć choć jedno słowo.
Soren cicho gwizdnął. – Czy ten facet nie ma nic lepszego do roboty, niż bawić się w gry umysłowe kolorami atramentu?
– On nie wymyślił tej zasady. To pułapka stosowana przez rodzinę królewską Północy od stuleci – wyjaśniła Valeria. – Ale to oznacza, że mamy gigantyczny problem. Nie pakowałam swojej garderoby pod względem kodowania kolorystycznego sukien. I nie posiadam maski na maskaradę. Będziemy musieli spędzić resztę dnia na przekopywaniu się przez kufry. Ty, Soren, w standardowej czerni poradzisz sobie bez problemu.
– Szkoda. Mój złoty smoking będzie musiał poczekać w szafie – zażartował Soren, podnosząc się, by rozprostować kości.
– Zobaczmy, z czym musimy pracować – powiedziała Phaedra, nurkując w największym kufrze. – Jeśli nie zdołamy znaleźć maski, która by pasowała do tej kolorystyki, zmienię formę i polecę do najbliższego miasta, żeby coś kupić.
Cała trójka spędziła resztę popołudnia, wywracając ten ciasny pokój do góry nogami. Suknie z jedwabiu, aksamitu i koronek lądowały na łóżku, gdy oni skrupulatnie odseparowywali wszystko, co nie pasowało do ściśle określonych rygorów – czerwieni, złota i błękitu. Nie wychodzili na zewnątrz, decydując się, by to Phaedra zamówiła tacę pieczonych mięs i chleba z dostawą wprost pod ich drzwi.
Zanim nad fortecą zapadła noc, udało im się skomponować zachwycający strój, który spełniał te ukryte wymogi. Skrajnie wyczerpani, w końcu zakończyli na tym ten dzień, upewniając się wcześniej, że obudzą się przed świtem, by dopiąć na ostatni guzik sprawy związane z włosami i makijażem.
Gdy Soren i Phaedra wycofali się do swoich identycznych cel w głębi korytarza, Valeria wreszcie została sama. Jedyne, czego teraz pragnęła, to wejść pod ten maleńki prysznic i zmyć ze skóry brud długiej podróży. Jednak głęboko w jej piersi jej wilczyca, Bellona, wydała z siebie niespokojne skomlenie.
Stres tego dnia, zamknięcie w powozie i duszące mury kamiennej wieży zepchnęły jej likańskiego ducha na krawędź. Bellona drapała z tyłu głowy Valerii, domagając się świeżego powietrza i wolności potrzebnej do rozprostowania czterech łap. Valeria wiedziała aż za dobrze, że nie wolno jej odmówić swojej wilczycy. Jeśli chciała, by Bellona była sprawna i skora do współpracy podczas prób, musiała pozwolić jej się przebiec.
Valeria zrzuciła z siebie ciężkie podróżne ubrania. Spragniona uczucia, w którym nic jej nie krępowało, wsunęła się w cienki, mieniący się jedwabny szlafrok. Luźno związała pas wokół talii, w pełni polegając na palącym cieple swojego likańskiego ciała w kwestii ochrony przed przenikliwym chłodem Północy.
Otwierając drzwi z cichym kliknięciem, wymknęła się z wieży. Przesuwała się przez ciche dziedzińce z gracją cienia, wykorzystując ciemność, by umknąć patrolującym zamkowym strażom. Tereny otaczające fortecę były ogromne; stanowiły rozległą przestrzeń pełną starych drzew i pokrytych szronem kamiennych alejek.
Podążając za dźwiękiem kapiącej wody, Valeria zapuściła się głębiej do ustronnych ogrodów. Wkrótce odkryła, że stoi na skraju cichego, nieskazitelnego wewnętrznego stawu. Woda była spokojna, odbijając skrzące się w górze, srebrzyste światło księżyca. Gęste zarośla i potężne sosny, które otaczały wodę, zapewniały tu absolutnie perfekcyjny, ukryty azyl.
Było to idealne miejsce na przemianę.
Valeria zamknęła oczy, pozwalając by rześki, mroźny wiatr smagał jej nagie nogi. Sięgnęła w dół i chwyciła jedwabny pas szlafroka, rozluźniając supeł. Materiał rozsunął się, eksponując gładką skórę jej piersi i brzucha na nocne powietrze. Przetoczyła ramionami, przygotowując się na to, by obezwładniająca bólami w kościach transformacja wzięła nad nią górę.
Ale dokładnie w chwili, gdy jedwab zaczął zsuwać się z jej ramion, w jej nozdrza uderzył jakiś zapach.
Był ostry. Leśny. Igły sosnowe zmieszane z bogatym zapachem wilgotnej ziemi i wyraźnie odurzającym, męskim piżmem. Był niebezpiecznie znajomy.
Panika zapłonęła w piersi Valerii. Szarpnęła do siebie brzegi jedwabnego szlafroka; jej ręce drżały, gdy zacisnęła materiał mocno na swoim w połowie nagim ciele. Obróciła się gwałtownie do tyłu, rozszerzonymi oczyma przeszukując mroki ogrodu.
Jakąś postać wysunęła się zza grubego pnia masywnego dębu.
„Ogrodnik” z biblioteki wkroczył leniwie w snop księżycowego światła. Poruszał się z ospałą, drapieżną gracją, ze swoimi wielkimi dłońmi wciśniętymi głęboko do kieszeni ciemnych spodni. Przystanął kilka stóp dalej, a jego potężne ramiona rzucały długi cień na zmrożoną trawę. Przejechał po niej wzrokiem z góry na dół, chłonąc jej potargane włosy i kurczowy chwyt, którym zaciskała jedwabny szlafrok.
Niski, głęboki chichot zadudnił w jego piersi, a na jego wargach zakwitł zadowolony z siebie, pełen wiedzy uśmiech, na to tylko, że wparował w sam środek tak prywatnej chwili.
















