*„Morderczyni…”*
*„Kłamczucha…”*
*„Zdrajczyni!”*
Każde podłe słowo splunięte w stronę Lo piekło niczym cięcie ostrza, wnikając głęboko i rozrywając ją od środka. To nie byli obcy ludzie, którzy ciskali w nią wulgarnymi wyzwiskami i mierzyli nienawistnym spojrzeniem jarzących się oczu; to byli ci sami, którzy patrzyli, jak dorasta, i uczyli ją, co to znaczy być Wilkiem.
Teraz szczerzyli na nią kły w gniewie, a cienie ich wewnętrznych Wilków groziły wydostaniem się na powierzchnię, by rozszarpać Lo na strzępy. Kiedyś byli jej ludźmi, ale dzisiejszej nocy stało się jasne, że są jej wrogami.
– Giń, ty *pieprzona* zdrajczyni!
Z ciemności wyleciał kamień i uderzył Lo prosto w czoło. Syknęła z bólu i opadła na kolana.
– Na kolana, tam gdzie twoje miejsce, renegacka suko! – Tłum wybuchł chrapliwym wiwatem na widok upadającej dziewczyny.
Strażnicy trzymający łańcuchy jej kajdan szli dalej, zmuszając Lo, by czym prędzej wstała, jeśli nie chciała być wleczona przez błoto. Zdeterminowana, by zachować godność mimo narastającej paniki, Lo mrugnięciem pozbyła się strużki ciepłej krwi napływającej do oka i szybko odzyskała równowagę.
Była wschodzącą Betą Watahy Szkarłatnego Księżyca, czy im się to podobało, czy nie. Odmawiała okazywania takiej słabości przed podwładnymi.
Lo stłumiła ciężki oddech.
Znowu poczuła na sobie przytłaczający ciężar jego spojrzenia.
**Vander**. Alfa. Najlepszy przyjaciel. Potencjalny kochanek. A teraz – potencjalny kat.
Przez całe życie był dla niej wszystkim. Zanim wyrósł na potężnego samca, zanim odziedziczył tytuł Alfy Watahy Szkarłatnego Księżyca, był po prostu Vanem. Był jej. Razem z Sienną i Saffron, był jej najbliższym towarzyszem i powiernikiem.
Teraz wszystko się zmieniło. *Wszystko*.
Straż Lo w końcu zatrzymała się na środku znajomej polany. Przepływał przez nią mały strumień, a prześwit w koronach drzew sprawiał, że było to idealne, spokojne miejsce do obserwowania gwiazd.
Często przychodziła tu z przyjaciółmi. I choć dawno nie odwiedzali tej polany, zapach Saffron i Sienny wciąż unosił się w powietrzu, zdominowany jedynie przez wszechobecną woń ich krwi. Ciał nigdzie nie było, ale wiedziała, że to tutaj zginęły.
Lęk narastający w jej piersi przybrał na sile, gdy wiatr przyniósł kolejny zapach. Niewytłumaczalnie czuła własną, fiołkową nutę piżma zmieszaną z ich zapachami. Była na tyle słaba, by odróżnić ją od swojej obecnej obecności, ale wystarczająco silna, by sugerować, że niedawno tu była. Lo zaczęła się pocić. Skoro ona czuła tu samą siebie, inne Wilki też to poczuły.
Teraz skraj lasu gęstniał od przedstawicieli ich społeczności, którzy przybyli, by być świadkami procesu i kary dla tak zwanej morderczyni. Na środku polany stały dwie postacie, których cienie rzucały na nocne tło budzące respekt sylwetki.
Pierwszą był Vander. Obok niego, stojąc wysoko i dumnie, trwał jego ojciec, Alistair, który nie okazywał absolutnie żadnych emocji, mimo że właśnie stracił córkę.
– Niech spłonie!
– Niech ta plugawa renegacka dziwka zapłaci!
Drwiny trwały, gdy Lo została zatrzymana przed byłym i obecnym Alfą. Uważnie przyglądała się mężczyznom, desperacko szukając jakiegokolwiek znaku, który zdradziłby ich zamiary.
Alistair ruszył do przodu, ale cichy warkot Vandera sprawił, że się zawahał. Ta wymiana zdań była niemal niedostrzegalna, ale Lo i tak wyłapała drobne skinienie głową, jakie Alistair posłał Vanderowi, oddając mu lejce władzy w jego pierwszym prawdziwym akcie jako Alfy.
Krocząc naprzód, Vander uniósł rękę w stronę tłumu, który niemal wibrował od wściekłej energii. – Spokój, Wilki! Obiecuję wam, że przed końcem nocy sprawiedliwości stanie się zadość.
Lo ciężko przełknęła ślinę, gdy okoliczne Wilki wiwatowały i uspokajały się, gotowe na rozpoczęcie rozlewu krwi. Vander skinął głową, usatysfakcjonowany, że wataha natychmiast zareagowała na jego rozkaz. – Zatem niech rozpocznie się trybunał.
Podszedł do miejsca, w którym stała zakuta w kajdany Lo. Pragnęła, by powiedział, że nie wierzy w te kłamstwa, że zna ją lepiej niż ona sama – tak jak ona znała jego. Nie zrobił tego. Zamiast tego zlustrował ją wzrokiem, od wymiętej piżamy, którą miała na sobie, gdy wywleczono ją z domu, po świeżą, sączącą się ranę na czole. Z tak bliska pozwolił Lo dostrzec niepewność i żal wypisane na jego przystojnej twarzy.
Za nim Alistair odchrząknął, krótko i ostro – to była wyraźna reprymenda, przypominająca Vanderowi, kim jest i po co tu przyszli. Upomnienie zadziałało; wyraz twarzy Vandera stężał, zabierając jej przyjaciela i pozostawiając na jego miejscu jedynie surowego przywódcę.
– Klękaj.
– Vander... – Lo zaczęła protestować.
– *Klękaj* – jego głos stał się twardy.
– Vander, proszę! Wiesz, że nie miałam nic wspólnego z S–
– Twoja lojalność wobec watahy już i tak stoi pod znakiem zapytania. Zastanów się dobrze, czy chcesz również otwarcie sprzeciwiać się jej przywódcy. – Lo usłyszała ukrytą prośbę w jego słowach, by nie pogarszała swojej sytuacji.
Przełykając ślinę, Lo pochyliła głowę w geście uległości i opadła na kolana przed Vanderem. Skinął głową z satysfakcją i powiedział cicho: – Będziesz miała okazję przemówić.
– Jak wszyscy wiemy – Vander stanął twarzą do niej, ale zwrócił się do tłumu – zebraliśmy się tutaj, by wspólnie opłakiwać stratę dwóch naszych członkiń. Sloane Vance, jesteś podejrzana o zdradzieckie konszachty i wyrwanie w Watasze Szkarłatnego Księżyca dziury, której nigdy nie uda się załatać. Co masz na swoją obronę?
– Jestem niewinna! – Rozejrzała się po tłumie, po czym ponownie utkwiła błagalne spojrzenie w Vanderze. – Wszyscy mnie znacie... Vander, *ty* mnie znasz. Sienna i Saffron były dla mnie jak siostry, nigdy nie mogłabym ich skrzywdzić.
Szczęka Vandera zacisnęła się na słowo „siostra” i Lo wiedziała, że myśli o Siennie.
Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą. – Przyjęto do wiadomości. – Odwracając się w stronę drzew, zawołał: – Viktorze, to ty wysunąłeś te oskarżenia przeciwko Lo. Powiedz nam, dlaczego.
– Alfo! – Viktor wystąpił naprzód, by dołączyć do nich na środku polany. Ten drobny Omega był prawą ręką Alistaira przez lata i był ojcem Saf. Trząsł się z wściekłości, patrząc na nią, a jego oczy wypełniała mściwa satysfakcja na widok jej zakutej w kajdany, upokorzonej postaci. – To dla mnie zaszczyt pomóc wymierzyć tej brudnej zdrajczyni karę, na jaką zasłużyła.
Mruknięcia aprobaty przeszły przez tłum, gdy Viktor odwrócił się do nich. – Ta... *bestia* zamordowała naszych.
Lo zaczęła kręcić głową w zaprzeczeniu, mimo że on mówił dalej. – Ja wcale nie–
– Były przyszłością naszej watahy, a ona zdradziła ich zaufanie. Zdradziła zaufanie *nas wszystkich* – splunął, ani razu nie patrząc jej w oczy, gdy dyktował jej wyrok śmierci.
– Viktorze, wiem, że cierpisz... – błagała Lo.
– Bo to była moja córka! – Viktor obrócił się ku niej, rycząc.
Jego krzyk odbił się echem w nocy, a ból był ostry jak nóż. Wziął kilka oddechów, by się uspokoić, zanim ponownie zwrócił się do watahy. Słusznie czy nie, trafił do nich. Członkowie stada, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, płakali otwarcie w swoim gniewie, czując ranę, jaką śmierć Saf i Sienny zadała ich społeczności.
– Twoje dowody, Omego – zażądał spokojnie Vander.
Ten proces był farsą; większość zebranych już ją osądziła i uznała za winną w swoich umysłach. Mimo to, nie mogła zostać ukarana bez odpowiednich dowodów.
– Wszyscy poczuliśmy jej zapach na wietrze po przybyciu – zaczął, wywołując wściekłe potakiwania mas. Z ciężkim sercem Lo zauważyła, jak nozdrza Vandera drgnęły, gdy on również uroczyście skinął głową. – Poza tą wymowną prawdą... telefon mojej córki!
Wszelka nadzieja, jaką czuła Lo, zgasła, gdy Viktor wyciągnął z kieszeni płaszcza telefon komórkowy. Etui w panterkę wysadzane kamieniami wyglądało rażąco nie na miejscu na tym ponurym polu.
Wyświetlił ich wątek wiadomości i zaczął czytać na głos. – „Saf, zrobiłaś ze mnie cholerną idiotkę. Musimy porozmawiać”. Wysłano z numeru *oskarżonej* wczoraj po południu. Potem, o wpół do pierwszej w nocy, moja córka odpowiedziała: „Jestem tutaj. Gdzie jesteś?”. – Jego rewelacja została przyjęta ciężką ciszą.
– To nie jest dowód! – krzyknęła Lo, a łzy frustracji w końcu przebiły się przez jej obronę, rozrywając ostatnie resztki jej maski pod wpływem rażącego oskarżenia.
Takie dowody nigdy nie ostałyby się w ludzkim sądzie, ale to nie był ludzki świat. Tutaj panowało Prawo Watahy, a wataha kierowała się emocjami i instynktem.
Fala opinii publicznej odwróciła się przeciwko niej i to wystarczyło. – Jaki miałabym powód, żeby to zrobić?
– Miała to, czego ty nie mogłaś mieć! – Sugestia Viktora była jasna.
To było śmiałe twierdzenie, które malowało przed przysięgłymi mroczny obraz. Najwyraźniej krążyły plotki o rodzącym się związku Saffron z Vanderem. Niestety, Lo nie słyszała ich, zanim wyznała mu swoje uczucia.
Zaryzykowała spojrzenie na Vandera, ale jego oczy były uparcie utkwione w Viktorze. Jego brwi były mocno ściągnięte i Lo wiedziała, że on również myśli o tamtej nocy.
Dwie noce temu wylała przed nim serce, mając nadzieję, że on również widzi przyszłość, którą ona sobie wymarzyła. Wtedy jego delikatne odrzucenie zdruzgotało ją, nawet jeśli nie pozwoliła mu tego po sobie poznać. Teraz stało się motywem zabójstwa.
Była taka pewna siebie, taka pewna ich relacji. Jako córka drugiego po Alfie, nie została wychowana na nieśmiałą; wręcz przeciwnie, uchodziła za tę najbardziej przebojową w ich grupie. Nikogo by nie zdziwiło, że złożyła propozycję Alfie – nie tak, jak gdyby zrobiła to Saffron. Biorąc pod uwagę różnicę w rangach między nią a Saffron, wybór Saffron przez Vandera byłby szokiem dla hierarchii watahy.
Dla wielu wyglądało to na obrazę rangi i honoru Lo. Odwet z jej strony mógłby zostać zaakceptowany, a nawet oczekiwany, ale *morderstwo*...
– Twoja żałosna duma została zraniona, a moja córka za to zginęła – kontynuował Viktor. – Co więcej, nasza ukochana księżniczka znalazła się w ogniu twojej nienawiści!
Wspomnienie Sienny wywołało silną reakcję tłumu, dokładnie tak, jak przewidział. Sienna rzeczywiście była kochana. Była ciepłem i lekkością, najmilszą przyjaciółką i najzacieklejszą obrończynią. Viktor tak to ujął, że wataha wybuchła żałobnym wyciem, które szybko ustąpiło okrzykom żądającym jej głowy.
– Zdrajczyni! Morderczyni!
Pod skórą Lo pojawiło się intensywne swędzenie. Nyssa, jej Wilczyca, groziła uwolnieniem się, by chronić Lo przed innymi Wilkami, ale była uwięziona przez srebrne kajdany na nadgarstkach.
– Vander, *proszę*, wiesz, że to wszystko nieprawda. – Upokorzyła się przed nim jeszcze bardziej, z pochyloną głową i odsłoniętą szyją.
Vander spojrzał na tłum i już miał zacząć mówić, gdy jego ojciec podszedł do niego po raz pierwszy od rozpoczęcia procesu. Krzyki tłumu zagłuszyły słowa, które miały przypieczętować los Lo.
– Zastanów się bardzo dobrze, Vander. – Głos starszego samca był surowy, ale spokojny, nasycony subtelną charyzmą mistrza manipulacji. – Spójrz na swoich ludzi i na ból, który ta dziewczyna spowodowała.
– Dowody są w najlepszym razie poszlakowe, ojcze – powiedział Vander, choć wydawał się niepewny, zwłaszcza pod badawczym spojrzeniem ojca.
– Dobro watahy jest na pierwszym miejscu, Vander. Zawsze. – Subtelnie skinął w stronę szalejącego tłumu, nakręcanego gniewnymi okrzykami Viktora żądającego odwetu. – Ten chaos nie może gnić w naszych szeregach. To musi się skończyć tutaj.
W jego głosie pobrzmiewało zbyt wiele dawnego tonu rozkazodawcy, a Vander spiął się na tę dostrzegalną próbę ingerencji w jego kontrolę. Alistair cofnął się o krok i uśmiechnął drwiąco: – Ale oczywiście decyzja należy do ciebie... Alfo.
Vander stał przez chwilę, rozważając szeptane słowa ojca i coraz bardziej wrogi tłum żądający głowy Lo. Dowody nie były niezbite, ale istniały. To wystarczyło.
Odwrócił się do Lo. – Wiadomości, twój zapach... To zbyt wiele, Lo. To zbyt oczywiste. Wataha przemówiła!
– Nie! – wrzasnęła, gdy wyzwiska zmieniły się w wiwaty.
Szorstkie dłonie postawiły Lo na nogi.
– Biorąc pod uwagę zebrane dowody i hańbę, jaką sprowadziłaś na tę watahę – głos Vandera poniósł się nad polaną niczym grzmot – jako Alfa Watahy Szkarłatnego Księżyca, skazuję cię, Sloane Vance, córko Bety, na dożywotnie więzienie.
Lo zamilkła. Dożywocie. Resztę życia spędzi w czymś, co było tylko ulepszonym lochem.
Odrętwiała, odwróciła się do rodziców w ostatniej próbie szukania ratunku. Nie wiedziała, czego się spodziewała.
Nikt nie wystąpi przeciwko decyzji Alfy. W końcu pierwszym obowiązkiem Bety jest lojalność wobec Alfy.
Vander podążył za jej wzrokiem, mierząc jej drżących rodziców bezlitosnym spojrzeniem. – Czy sprzeciwiacie się mojemu wyrokowi i woli waszej watahy?
Zapadła napięta cisza; wszyscy wstrzymali oddech, czekając na odpowiedź Bety, w tym Lo. Pod czujnym okiem stada ramiona jej ojca wyprostowały się, podczas gdy ramiona matki opadły – tylko odrobinę. Lo wiedziała już, co powiedzą.
– Nie sprzeciwiamy się, Alfo – ogłosił jej ojciec.
Nic nie mogło już powstrzymać smutku i paniki Lo. Z jej piersi wyrwał się dławiący szloch, wszelkie pozory dumy zniknęły całkowicie. Jednak została potępiona.
Gdy strażnicy wyprowadzali Lo z polany obok Vandera, ten wbił ostatni gwóźdź do jej trumny.
– To powinnaś być ty.