**Trzy lata później...**
– Sloane Vance!
Szorstki okrzyk strażnika wywołującego jej nazwisko wyrwał Lo z niespokojnego snu. Przez krótką chwilę, uwięziona w zamglonym stanie między marzeniem sennym a światem jawy, Lo czuła błogosławione odrętwienie – te cenne kilka sekund, zanim rzeczywistość znów ją dopadła.
Zbyt szybko ciemne kamienne ściany otaczające ją odzyskały ostrość, a stęchły zapach niemytych Wilków sprawił, że jej nozdrza zadrgały. Gdy poruszyła się na twardej jak skała pryczy, ból w plecach wycisnął wymuszony jęk z jej wiecznie wyschniętego gardła. Spragniona. Głodna. Obolała i zmęczona. Lo wstrzymała oddech, gdy nędza jej egzystencji przytłoczyła ją niczym głaz miażdżący klatkę piersiową.
A jednak dzisiejsza noc nie była wyjątkowa. Budziła się w podobnym stanie, lub gorszym, każdej nocy przez ostatnie trzy lata. Odkąd wszyscy, których znała i kochała, odwrócili się od niej i zostawili ją, by gniła, samotna i zapomniana. Wtedy przypomniała sobie swój sen. *Na miłość księżyca*, myśli Lo były tak samo nędzne jak reszta jej ciała. *Nawet w snach nie mogę mieć cholernego spokoju*.
– Vance, powiedziałem: ruszaj się! – Strażnik uderzył pałką w drzwi celi. – Callista Maddison! Ty też.
Ostry ból przeszył tułów Lo, gdy próbowała wstać. Tłumiąc kolejny jęk, poświęciła tylko chwilę, by ucisnąć obite żebra, zdeterminowana, by złapać oddech i opanować się przed podejściem do drzwi. Ból tętniący w talii sięgał do szpiku kości, ale Lo zacisnęła zęby i nie wydała żadnego dźwięku.
Przez ostatnie trzy lata Lo nauczyła się, jak działa to miejsce i co jest ważne, by przetrwać. Jej nazwisko i status – nic z tego nie miało znaczenia w tym przygnębiającym piekiełku. Co więcej, na początku sprawiły tylko, że stała się celem. Szybko zrozumiała, że duma nie zaprowadzi jej daleko wśród więźniów. Jeszcze szybciej dotarło do niej, że duma nie pomoże jej w starciu ze strażnikami. Każdy był tu więźniem, niezależnie od tego, czy został skazany, czy nie, a Lo reprezentowała system, który zrujnował ich życie.
Tu nie było pocieszenia ani ratunku. To była jej pierwsza lekcja, ale nie ostatnia.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Nie siedziała długo, gdy po raz pierwszy wywleczono ją z pryczy. Brutalne ręce szarpnęły ją po zimnej betonowej podłodze i zanim jej wilcze oczy zdołały przyzwyczaić się do ciemności, but uderzył ją w brzuch.
– Podoba się, suko od Bety? – Głos, który z niej drwił, był niski jak na kobietę i chrapliwy. – Kto teraz tu rządzi?
Zaciskając zęby z bólu, Lo złapała stopę napastniczki i mocno szarpnęła, wytrącając ją z równowagi. Gdy mroczna postać runęła na ziemię, Lo już na niej była. Przetoczyła się na kolana i skoczyła na klatkę piersiową napastniczki z refleksem wyostrzonym przez lata treningu walki.
– Wciąż ja – warknęła Lo.
Lo cofnęła pięść i uderzyła w twarz przeciwniczki raz, drugi, trzeci, zanim inna ręka złapała ją za nadgarstek.
– Oho, jest zadziorna! – krzyknął inny głos.
Szlag. Było ciemno i założyła, że osoba, która ją zaatakowała, jest sama – głupi błąd nowicjuszki.
Nieznany napastnik za nią wykręcił jej rękę, wyrywając ramię ze stawu, aż chrupnęło. Lo zachłysnęła się powietrzem, jej ciało zesztywniało, co pozwoliło napastnikowi odciągnąć ją od pierwszej zbirki, która wiła się z bólu, trzymając rękę na zmiażdżonym nosie.
Lo poczuła ostatni błysk satysfakcji, zanim została pchnięta na ziemię. Nagle napastnicy zdawali się mnożyć, aż otoczyło ją pół tuzina agresywnych cieni.
– Czego ode mnie chcecie? – wydyszała, a jej głos był pełen gniewu i bólu.
Gorąca, mokra plama uderzyła ją w twarz. – Wciąż myślisz, że jesteś od nas lepsza. Zaraz nauczysz się swojego miejsca.
Wtedy but uderzył w jej wybite ramię, wgniatając sponiewierany staw w kamienną podłogę.
Lo wrzasnęła, a jej bolesny krzyk stał się sygnałem dla tłumu – grad ciosów spadł na nią na dobre i nie ustawał.
Lo odruchowo zwinięta w kłębek, trzymała jedyną sprawną rękę nad głową, próbując rozpaczliwie i bezskutecznie się chronić. Za każdym razem, gdy próbowała kopnąć, ktoś ją przytrzymywał. Za każdym razem, gdy otwierała usta, by krzyczeć, czyjeś ramię owijało się wokół jej gardła, tłumiąc wołanie o pomoc.
Było ich po prostu zbyt wielu, a ona nigdy nie uczyła się walczyć sama. Powinna mieć wsparcie swojej watahy – tak wychowywano każde Wilczę. Samotny wilk rzadko przeżywa. Teraz Lo była samotnym wilkiem przeciwko wściekłej zgrai. Wiedziała, że gdyby nie srebrne kajdany trzymające ich Wilki w ryzach, już by nie żyła. I nikogo by to nie obchodziło.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tamtej nocy Lo nauczyła się wartości milczenia i służyło jej ono dobrze przez ostatnie trzy dręczące lata. Po tym, jak została napadnięta, poszła do strażnika i w nagrodę za „kłopot” została odesłana na pryczę bez kolacji.
Mimo że uniknięcie fizycznych starć w więzieniu było niemal niemożliwe, zbiorowe pobicia skończyły się po tamtej nocy. Lo podejrzewała jednak, że miało to więcej wspólnego z Laną niż z którymkolwiek ze strażników.
– Vance. Nie będę prosić po dobroci drugi raz. – *Szlag*. Zbyt długo zwlekała i strażniczka wróciła pod jej celę. Potężna kobieta wpadła do środka, chwyciła Lo za posiniaczony nadgarstek i wyciągnęła ją na zewnątrz. Na korytarzu została pchnięta na koniec kolejki dziewcząt wyprowadzanych z głównej części mieszkalnej. – Czy tamta noc nie nauczyła cię trzymać się zasad?
Lo stłumiła łzy, które natychmiast napłynęły jej do oczu na to ordynarne przypomnienie o wydarzeniach sprzed trzech nocy – zdecydowanie najtrudniejszej lekcji, jaką Lo otrzymała w Więzieniu Obsydian.
*Racja*, pomyślała Lo. *Tutaj nie potrzeba tłumu, żeby sytuacja stała się śmiertelna*.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Lo leżała na plecach, oszołomiona nagłym zerwaniem więzi z Nyssą, jej Wilczycą. Inaczej niż przy zwykłym tłumieniu przez srebrne kajdany, Nyssa... zniknęła.
Usłyszała zduszony dech i spojrzała w bok, by zobaczyć Lanę, *kochaną Lanę*, walczącą o powietrze, które nie mogło przedostać się przez głęboką ranę na jej gardle.
– *Nie* – Lo walczyła z bólem i dezorientacją, czołgając się, by uklęknąć przy umierającej dziewczynie. Jak do tego doszło? Kto skrzywdził Lanę? Była najmilszą duszą, jaką Lo spotkała w życiu, jedyną więźniarką, która nigdy nie szukała ani nie przyciągała kłopotów. Wzięła Lo pod swoje skrzydła i niezliczoną ilość razy ratowała ją przed samą sobą. To było... nie do pojęcia. – Lana, tak mi przykro – łkała. – Proszę, wytrzymaj.
Przez własną krew i łzy, usta Lany drgnęły w uśmiechu. Szepnęła coś, czego Lo nie zdołała wyłapać, tuż przed tym, jak światło zgasło w jej ciepłych, brązowych oczach.
– Lana... – Pałka spadła na plecy Lo, gdy ją odciągano; szlochała nie tylko z powodu straty kolejnej przyjaciółki, ale nad duszą, która nigdy nie zasłużyła na to miejsce i nigdy nie dostanie szansy, by stąd wyjść.
Lo wiedziała, że musi to zrobić dla niej, w jakiś sposób. To było ostatnie życzenie Lany – nawet jeśli Lo go nie usłyszała, wiedziała, o czym Lana przypomniała jej ostatnim tchnieniem. *Pacific City*.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
– Mamy wystarczająco dużo.
Lo podniosła wzrok i zobaczyła, że jest w sali przejściowej z tuzinem innych kobiet. Nieznajoma kobieta szła wzdłuż szeregu, uważnie im się przyglądając. Gdy doszła do Lo na końcu kolejki, skrzywiła się na widok jej głębokich, fioletowych sińców. – Dadzą radę – skinęła głową.
Pchnięciem strażniczka zachęciła ją, by poszła za linią dziewcząt przez stalowe drzwi, których Lo nie widziała, odkąd tu trafiła.
Delikatna bryza pogłaskała jej rozgorączkowaną skórę, sprawiając, że Lo zamarła w miejscu. Spojrzała w górę i prawie się rozpłakała na widok księżyca otulonego morzem gwiazd. Były na zewnątrz! Po raz pierwszy od trzech lat Lo widziała niebo. Po szlochach wokół niej wiedziała, że nie jest jedyną, która poczuła, jak ciężar spada jej z ramion.
– Dość! Zabierzcie je do środka, zanim nas zobaczą. – Ten krótki rozkaz był ostatnią rzeczą, jaką Lo usłyszała, zanim na jej głowę zarzucono worek. Krzyki dziewcząt zostały zagłuszone przez ryk zapalanego silnika. Lo została uniesiona w górę, jej żebra zapłonęły bólem, i wrzucona do czegoś, co mogło być tylko wnętrzem furgonetki. Jej protesty dołączyły do krzyków innych kobiet, gdy metalowe drzwi zatrzasnęły się i ich nowa klatka ruszyła. Po trzech latach Lo w końcu opuszczała Więzienie Obsydian. Miała jednak przeczucie, że jeszcze zatęskni za tym miejscem.
















